poniedziałek, 14 marca 2016

52. Never enough



BACK FROM DEAD, YES.
jest tu jeszcze ktoś?

Lips so good I forget my name
I swear I could give you everything
I don’t need my love, you can take it
I don’t need my heart, you can break it 
I just can’t get too much of you, baby
It's never, it's never enough
Never enough.



 *oczami Harry`ego*

  - Cholera stary, nie gadaliśmy dość długo, ale nie spodziewałem się, że aż tyle się u ciebie w tym czasie działo. – przyznał Zayn.
 - Taaa… - westchnąłem, biorąc łyk piwa.
- Teraz po kolei. Co z twoim ojcem, jak się czuje? – zapytał
- Rozmawiałem z nim dzisiaj przez telefon, mówi że czuje się w miarę, ale podejrzewam, że czuje się po prostu chujowo. – powiedziałem smętnie.
- Przykro mi Harry, naprawdę. – powiedział szczerze Zayn. Pokiwałem tylko głową i posłałem mu krzywy uśmiech wdzięczności. – Ale wiesz, cieszę się, że udało ci się z nim jakoś porozmawiać. To dużo dla niego znaczyło i myślę, że dla ciebie również.
- Nie spodziewałem się takiego obrotu akcji. Gdy to wszystko mówił, czułem się jakbym rozmawiał z kimś innym. To było aż niedorzeczne słuchać jego przeprosin. nie wiedziałem jak mam zareagować, bo przecież… on mnie nienawidzi. –westchnąłem opuszczając ramiona w dół.
- Stary, on wcale cię nie nienawidzi. Dlaczego tak myślisz?
- Bo każdy mnie nienawidzi… -mruknąłem jak mały bachor i wziąłem porządnego łyka piwa.
Zayn zaśmiał się szczerze i pokręcił z niedowierzaniem głową. Walnął mnie pięścią w ramię i dodał w uśmiechem.
- Jaki z ciebie dzieciuch, Styles!
- Taka prawda! Julie też zaczyna mnie nienawidzić. Coraz bardziej się boję, że przestanie mi ufać, a wtedy ją stracę. Zayn, nie mogę jest stracić, rozumiesz? Jest dla mnie najważniejsza, a tymczasem ja pakuję się z jednego gówna w drugie nie mówić jej niczego i jest za mną niekończący się sznur kłamstw, z którego nie umiem się wyplątać. Jeszcze ten przeklęty Dylan się znowu koło niej kręci! Jak mam spokojnie żyć, nie mówiąc jej co mnie dręczy?! - mówiłem czując narastającą irytację z mojej bezradności.
- A nie pomyślałeś, żeby jej po prostu powiedzieć co cię dręczy, geniuszu?
- Oh, tak. Z rozkoszą przyznam jej się, że siedzę po uszy w narkotykach. - mruknąłem z sarkazmem.
- No przecież nie jest już tak źle… próbujesz to jakoś zakończyć, mam rację?- upewnił się.
- No tak, ale i tak nie mogę jej powiedzieć. Ona myśli, że ten etap jest już dawno za mną, że go pewnie w ogóle nie było.
- Julie jest w tobie zakochana na zabój, więc im dłużej odwlekasz tym bardziej będzie zraniona jeśli dowie się o wszystkim. Pomyślałeś o tym co się z nią stanie?
- Stary, cały czas o niej myślę, rozumiesz?! Dlatego nie chce jej w to pakować. Jedyne na czym mi zależy, to żeby była szczęśliwa i robię to co dla niej dobre.
- Więc wolisz ją okłamywać… To też jest jakieś rozwiązanie, Harry. Ale wiesz jakie…? Zacnie chujowe! –krzyczy w moją stronę.
- Oh błagam! Ty też jesteś taki lojalny wobec Vicky?! Bo jakoś mi się nie wydaje. –podnoszę głos z frustracji i marszczę czoło, patrząc na niego wrednie.
- A właśnie ci się wydaje. Coraz lepiej nam się układa, jeśli cię to obchodzi…
- Ta? –pytam szczerze zaskoczony.
- Ta dziewczyna jest taka… szalona. Zaczynam czuć, że dobrze zrobiłem, wiesz? Z Perrie to nie było to… dużo się kłóciliśmy, pogadać też już nie mieliśmy o czym, cały czas jej coś nie pasowało w moim zachowaniu i wiesz… Nie mogę powiedzieć, że jej nie kochałem, bo byłem w niej zakochany jak cholera, ale to jakoś zaczęło przemijać. Nie czułem, że ona odwzajemnia to tak samo jak ja. A Vicky… Nie jesteśmy jeszcze na takim etapie, żeby sobie słodzić i w ogóle, ale… Sam nie wiem. Dobrze nam razem i nie chciałbym tego zmieniać.
- To dobrze, Malik. Po tej twojej pijackiej rozróbie sądziłem, że długo z tego nie wyzdrowiejesz, a tu proszę. Znowu w akcji. –uśmiechnąłem się do niego promiennie na co jakby trochę się zawstydził i spuścił wzrok na dół. – Nie spierdol tego.
-Nie spierdolę. I tobie też to radzę.
- To nie jest takie proste. -westchnąłem.
- No jakbym tego nie wiedział, stary. Ale ściskaj dupę i rób co trzeba, a nie udajesz, że ci zależy a i tak pakujesz się w niezłe gówno.
- Chcę się z tego wyplątać. Tłumaczyłem ci to osiemnaście milionów razy, ale teraz przeszkadza mi ten dzieciak i wszystko psuje.- powiedziałem niezadowolony.
- Jaki dzieciak? -spojrzał na mnie marszcząc brwi.
- Nie słuchałeś mnie, debilu. Ten cały Cody!
- Aaa. Ten dzieciak. Myślałem, że postanowiłeś zabawić się z J  na inny sposób i będziemy mieli jeszcze jedno dziecko w rodzinie.- powiedział z uśmiechem.
- A weź, Malik! Nie da się z tobą chwilę normalnie porozmawiać! –wyrzucam z siebie wściekle a on zaczyna się śmiać.
- No i co z tym Codym? Wkurza cię, ok, każdy nowy człowiek, cię wkurza, powiedzmy to sobie szczerze. Nie dał ci powodów, żeby go od razu znienawidzić.
- No jak to nie dał!? Gówniarz mi grozi, że wypapla Julie o tym, że siedzę w narkotykach. I jeszcze muszę mu załatwiać działki na free. Jak mam się na niego nie wkurwiać?
- Jakbyś powiedział Julie prawdę, nic by na ciebie nie miał a działki mógłbyś podrzucać mnie jak tak bardzo ci kasa ciąży, że możesz nią sobie szastać na lewo i prawo. - wzruszył ramionami.
- Przynajmniej już nie jestem przywiązany do Damiena. Działki działkami, ale nie muszę już dla niego pracować. Ostatnimi czasy bardzo mnie wkurzało to całe usługiwanie.
- Nie podoba mi się to, wiesz? - powiedział z zastanowieniem - Damien nie jest typem człowieka, który tak łatwo odpuszcza. Byłeś najlepszy, nie miałeś problemów z glinami tak często jak inni, cenił cię. Nie sądzę, że zerwanie z nim umowy jest takie proste, jak w twoim przypadku. Nie ufam mu, nikt mu nie ufa, Harry. A jeżeli tak naprawdę wcale się z tego nie wyplątałeś? Stamtąd tak łatwo się nie odchodzi…
- Wiem, dlatego zdziwiłem się, że tak łatwo odpuścił. Powiedział, że musi tylko znaleźć godnego mi zastępcę. I… Zayn. On wie o Julie. -westchnąłem.
- Co? –zapytał wyraźnie zaskoczony.
- Powiedział, żebym ją pozdrowił.
- O staryyy. Źle, bardzo źle to wróży. To jest Damien, powtarzam. Jakbym miał się z nim znowu spotkać sam na sam, zesrałbym się w gacie. A tymczasem on mówi ci, żebyś pozdrowił swoją laskę. Nie wiem jak ty, ale ja bym się teraz bał o jej bezpieczeństwo.
- Stwarzasz nerwową sytuację, Malik.- burknąłem - Nie ma co się od razu tak denerwować, tak? Może po prostu mnie sprawdzał, przecież musiał sprawdzić wszystkich.
- Chcesz mi powiedzieć, że masz to w dupie? –prycha w moją stronę.
- Aż tak to nie, ale nie będę się denerwował na zapas niepotrzebnymi rzeczami, które mogą się w ogóle nie wydarzyć.
- Łaaał. Wcale się teraz nie dziwię, że się miedzy wami nie układa.- prychnął ironicznie,
- Ej, no nie o to chodzi, rozumiesz? Mam teraz tyle rzeczy na głowie, że nie chce sobie dokładać problemów.
- Sam je sobie dokładasz, nie mówić Julie prawdy. Pomyśl ile mógłbyś zyskać gdyby tylko wiedziała?
- Mógłbym stracić Julie… A tego bym nie przeżył. Umarłbym, gdyby ode mnie odeszła.
- Może warto jej o tym powiedzieć? Skoro nie masz jaj, żeby powiedzieć jej, że załatwiasz dzieciakowi narkotyki i Damien ma cię na widelcu, to chociaż pokaż jej, że ją kochasz i módl się, żeby to wystarczyło. Druga taka kobieta ci się nie trafi, Styles.
- Wiem… Wiem, Zayn. – mówię trochę smutno i obaj wpadamy w krótką zadumę. Pijemy piwo i patrzymy przed siebie, jedynie oddychając.
      Z jednej strony chciałbym, naprawdę szczerze, chciałbym jej wszystko powiedzieć, ale strach zawsze wygrywa. Przez tę rozmowę zaczynam się obawiać Damienia i jego potęgi. Cholera, a nie przejmowałem się tym tak bardzo. Nie wiem co jest lepsze, między czym mam wybrać?
Czeka mnie jeszcze długi weekend z tym szczylem, ugh. Pomóż mi , Boże, żebym go tylko nie udusił gołymi rękoma. Mam być miły i spokojny, gdy w środku, będzie mnie rozrywało, podczas jego żałosnych prób zaimponowania przed Julie i jej ojcem. Aż mi się rzygać chce jak sobie pomyślę o tym, że będę musiał z nim żyć pod jednym dachem. Ale czego się nie robi dla kobiety? Dla mojej cudownej, prześlicznej kobiety.
Uświadamiam sobie, że nawet okłamuję ją wtedy gdy ją zadawalam, ciesząc się na ten głupi wypad razem. Cały nasz związek utrzymuję na kłamstwie. Jedyną prawdą jest to, że ją cholernie kocham.
Ale to dla jej dobra, prawda?
- Harry? –pyta Zayn wyrywając mnie z zadumy.
- Hm? –mruczę jedynie nawet na niego nie patrząc.
- Jedź do niej.
- Czekałem aż to powiesz. –oddycham w ulgą i czuję w brzuchu dziwny skurcz, ciesząc się na myśl, że zobaczę Julie.
- Powodzenia na weekendzie. I błagam nie spierdol tego. –uśmiecha się do mnie Malik a ja porywam swoją dżinsową kurtkę, przybijam z nim piątkę i wychodzę w pośpiechu z mieszkania.


20 minut później
*oczami Harrego*
Będzie czerwoooonoooo :3
    Stoję pod drzwiami mieszkania Julie i dzwonię dzwonkiem jak porąbany, po prostu cały czas, już od jakichś dwudziestu sekund. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest środek nocy i dziewczyna może najzwyczajniej w świecie spać, ale muszę ją zobaczyć i to w tym momencie. Oddycham niespokojnie w oczekiwaniu i nadal gwałcę przycisk dzwonka. Drzwi otwierają się na moje szczęście i stoi w nich moja cudowna kobieta w potarganych lekko włosach, w luźnej koszulce, która chyba kiedyś należała do mnie i przeciera dłonią oczy, jakby chciała się rozbudzić.
- Co się stało, do chol…? -zaczyna, ale nie mogę się powstrzymać przed nie pocałowaniem jej.
Leciutko mruczy, zaskoczona moim nagłym ruchem. Otulam jej twarz dłońmi, ale zaraz przenoszę je na plecy, to na szyję, to na ramiona. Nie wiem, gdzie mam je podziać, bo chciałbym dotykać jej wszędzie.
Ona umiejscowiła swoje ręce na moim karku i stara się oddawać moje szybie, niesamowicie pożądliwe pocałunki, jakimi ją obdarowuję.
- Har…co…stał…hmm? –tyle jedynie potrafi powiedzieć, jestem zbyt natarczywy, aby pozwolić jej mówić. 
   Zamykam jakimś cudem drzwi i prowadzę ją swoim ciałem na równoległą ścianę. Gdy czuję w końcu opór, bo nie mogę jej wcisnąć dalej opadam przed nią na kolana. Jest w takim szoku, że odpowiada na to tylko głośnym, oh naprawdę głośnym, westchnięciem.
- Jesteś sama w domu? – pytam patrząc się w jej oczy, a ona jedynie kiwa potwierdzająco głową. – Dobrze. –dodaję nonszalancko i całuje jej brzuch przez materiał koszulki.
   Podwijam ją delikatnie w górę i znów składam mały pocałunek tym razem na gołej skórze. Raz po raz przykładam wargi do jej brzucha po czym leciutko drażnię zębami jej zgrabne boczki. Zaciskam ramiona wokół jej bioder zostawiając małe buziaczki na środku jej brzucha. Jest taka rozpalona, cała moja.
Pieszczę dłońmi jej słodkie pośladki, tył ud i znów wracam na plecy. Nie jestem już wstanie się powstrzymać od upragnionego i zsuwam jej majtki w dół. Opiera się przez sekundę, ale moje pocałunki pozwalają jej się odprężyć.
Czarna bielizna ląduje tuż obok jej stóp, tak żeby mogła na nią spojrzeć w każdej chwili. Żeby wiedziała, że nie ma jej teraz na sobie. Urwany oddech opuszcza jej gardło i instynktownie dotyka moich włosów obok uszu gdy mój język wita ochoczo zwieńczenie jej nóg. Jest taka wilgotna, że trzeba jej przygotowywać, lecz mimo wszystko chcę ją zadowolić. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nie sprawiałem jej przyjemności w taki sposób, będąc głową między jej nogami gdy stoi. Cóż, teraz na pewno nigdy tego nie zapomni.
Zaciskam palce na jej biodrach, więc ucieka odruchowo w tył lecz nie ma wielkiego pola do ucieczki przez ścianę tuż za nią. Wygina się łopatkami w tył, dlatego kładę jedną rękę między jej piersiami i prowokuję do pozostania w wyprostowanej pozycji. Moje usta jeszcze mocniej drażnią jej najdelikatniejsze miejsce. To takie podniecające, cholera.
- Harry… -wydusza z siebie moje imię i przyciąga mnie do siebie bliżej. Warczę lekko a Julie znów jęczy i podnosi się na palcach u stóp.
    Nie wie co ma zrobić z dłońmi podobnie jak ja, ale mimo wszystko i tak mam więcej miejsc do obmacania niż ona. Czuję jak napina mięśnie i wstrzymuje oddech. Jest tak blisko, ale nie chcę jeszcze pozwolić jej na to by doszła. Odnajduję jej dłonie i łączę je razem z moimi. Zaciska je tak mocno, że potwierdza jak dobrze jej robię, nie musząc używać słów.
Odsuwam się od niej i zaczynam całować delikatnie jej dłonie, które tak mocno mnie trzymają. Dźwięk zawodu opuszcza jej usta, a ja lekko i nostalgicznie całuję jej skórę dłoni, czy knykcie, które zrobiły się białe przez wbijanie we mnie paznokci. Spogląda na mnie pragnąc w ten sposób uspokoić oddech, ale marnie jej to wychodzi. Śpiące przez chwilą oczy, płoną z pożądania. Wstaję nadal trzymając jej ręce przy ustach. Góruję nad nią, nad jej maleńką, jakże bezbronną postacią.
- Kocham cię, skarbie. – mówię w jej usta i otulam jej policzki dłońmi.
- Harry…
- Tak strasznie cię kocham. Kocham cię najbardziej na świecie, Julie. –ponownie przyciskam do niej usta, tak mocno jak wcześniej i całuję ją namiętnie.
Podsadzam ją sobie wyżej, żeby mieć ją na swojej wysokości dzięki czemu, może opleść nogi wokół mnie. Jeszcze przez krótką chwilę walczy ze mną chcąc przejąć kontrolę, ale nic z tego. Przeciągam jej koszulkę przez głowę i zaczynam całować jej szyję i ramiona. Czuję jakbym nie widział jej całe wieki, a tak naprawdę spotkaliśmy się kilka godzin temu. Jęczy głośno gdy zagryzam jej skórę na szyi i przystawiam usta na tak długo i w takiej pozycji, aby być pewnym, że zostanie na niej ślad.
- Harry, co się stało? –pyta z trudem, ale jednak udaje jej się wypowiedzieć te słowa całkiem spójnie.
- Kocham cię, tak cholernie cię kocham. – powtarzam ponownie i składam serię szybkich, drobnych buziaczków na jej twarzy.
- Dlatego przyszedłeś w środku nocy, dzień przez wyjazdem, żeby mi to powiedzieć? –pyta próbując pozbyć się ze mnie kurtki.
- Nie mogłem czekać. –kończę tę niepotrzebną rozmowę i przylegam do niej na długo. – Kocham cię, Shawty.
Nie mówi nic więcej, bo nawet ja nie spodziewałem się, że znajdę się w niej tak szybko. Nie pamiętam nawet momentu, kiedy rozsunąłem spodnie i po prostu, bez żadnego oporu, się w niej znalazłem. Jakby mi brakowało czasu zacząłem się z niej poruszać, zupełnie nie dając nam chwili na przyzwyczajenie się do swoich ciał.
Ja byłem całkowicie ubrany, ona zupełnie naga, do tego znajdywaliśmy się przed samym wejściem do otwartego domu. Marzenie. Nie mogłem nacieszyć się jej pocałunkami. Wtuliłem się w jej włosy i nieustannie się poruszając oddychałem gardłowo w jej skórę, co jakiś czas całując ją za uchem.
- Ooh, boże! –kwili krótko i przytula mnie do siebie mocniej. Czuję, że jest blisko. Wszystkie mięśnie proszą o rozluźnienie. Oh, jeszcze chwila, Skarbie, jeszcze chwila.
Pokrywam ją pocałunkami i zgarniam jej włosy z twarzy obserwując jak pięknie wygląda. Przenoszę dłonie na jej biodra, żeby je unieruchomić, bo moje pchnięcia nie są na tyle delikatne, żeby utrzymać je w tej samej pozycji. Powiedziałbym, że podchodzą pod brutalne, no ale…
- Harry, ja… - Julie za wszelką cenę pragnie dokończyć to zdanie, lecz najwyraźniej jej organizm ma inne plany. Zaciska oczy i tworzy z ust literkę „o”. Wulgarne słowa, które wypowiadam widząc ten widok sprawiają, że ciało Julie przechodzi dreszcz.
- Julce, kotku…
Słyszę jedynie jej krzyk rozkoszy, jakim obdarowuje wszystkie pomieszczenia i przedmioty w jej mieszkaniu puls oczywiście mnie. Ciężko opada czołem o mój bark i dyszy podczas, gdy ja usilnie staram się nie ruszać. Jeszcze kilka pchnięć i mógłbym w niej dojść nie mając prezerwatywy. Więc trzymam swoją silną wolę w bezruchu i pozwalam się przyzwyczaić Julie do normalności po szczytowaniu. Za to we mnie gotuje się jak w kotle z wrzątkiem.
- Skarbie… -zaczynam delikatnie, podczas powolnego głaskania jej pleców.
Julie podnosi swoją głowę i łączy nasze usta w powolnym i przeciągłym pocałunku.
- Kotku, już nie wytrzymam… - syczę przez zęby i uśmiecham się niemrawo.
- Ty nie…?
- Nie mam gumki, złaź szybciutko. –mówię do niej słodko i pomagam jej się wyplątać z mojego ciała.
W szybkiej drodze do łazienki, żeby dokończyć to co zacząłem słyszę szczery i głośny śmiech Julie.
- Kocham cię, Harry! –krzyczy z korytarza, co pomaga mi w tej chwili zajebiście bardzo.


***

          Leżę z Julie na jej łóżku i powoli głaszczę jej plecy na linii kręgosłupa. Nadal jest naga, ale tylko dlatego, że zgodziłem również się rozebrać. Delikatne, nostalgiczne ruchy mojej dłoni sprawiają, że dziewczyna wtula się w poduszkę jeszcze bardziej i przymyka oczy z przyjemności. Przysuwam się do jej ciała i całuję przelotnie czubek jej nosa. Jest taka śliczna, nawet zmęczona i senna. Podpieram się na ramieniu i skanuję ruchy mojej dłoni. Julie uśmiecha się lekko i otwiera jedno oko by na mnie spojrzeć.
- Gapisz się. –stwierdza.
- Bo mam na co. –odpowiadam szczerze i ładuję ręką na jej dalszym boku.
Przyciągam ją do siebie maksymalnie zaczynając całować jej ramiona. Nie ma chyba miejsca na jej ciele, którego jeszcze nie całowałem dzisiejszej nocy. Jest moim wszystkim, czego kiedykolwiek pragnąłem i chciałbym, żeby wiedziała o tym. Nigdy nie znalazłem kogoś, kogo usta idealnie pasują do moich. Na świecie jest tyle ludzi, w których mógłbym się zakochać, ale jest tylko jedna, która należy do mnie, którą kocham i bez niej nie czułbym się już tak samo jak wcześniej.
- Co się stało, że obudziłeś mnie… w taki nagły sposób? –pyta cicho i składa drobne buziaki na moim torsie.
- Chciałem ci powiedzieć, jak bardzo cię kocham, wiesz?
- Słyszałam to już jakieś dwadzieścia razy, Harry. Ale chciałabym wiedzieć co cię podkusiło, żeby tu przyjechać w nocy?
- Ty jesteś moją jedyną pokusą. –tłumaczę za co dostaję lekko z pięści w klatkę.
- Bezsensu się z tobą dzisiaj rozmawia. –śmieje się na co się uśmiecham i głaszczę tył jej głowy. Podciąga się w górę i całuje mnie szybko w usta. – U ojca nie możesz pozwolić sobie na takie akcje.
- Sądzisz, że nie zdołam cię po cichaczu przelecieć przed śniadaniem? – pytam jak jakiś bad boy, ale tak naprawdę wiem, że będziemy się musieli pilnować.
- Myślę, że jakoś wytrzymasz trzy dni… - mówi udawanym szeptem i marszczy lekko nos.
Otulam ją ramieniem i ponownie całuję. Mam ochotę całować ją cały czas.
Jej drobne dłonie masują lekko moją szyję i ramiona. Nawet nie zadawałem sobie sprawy z tego jakie to może być przyjemne. Nawet te drobne, krótkie ruchy sprawiały, że czułem się dobrze. Co ta kobieta ze mną wyprawa?
 Cichy, miękki jęk wypływa przez jej lekko rozchylone usta, co umożliwia mi to wtargnięcie językiem trochę głębiej. Przyciskam ją do siebie mocniej i zmuszam by się na mnie wdrapała. Jej ciepły brzuch dotyka mojego i zaraz kładzie się na mnie uśmiechając się przez pocałunek. Odgarniam jej włosy na jedną stronę i delektuję się dotykaniem jej ciała.
- Skarbie… -mówię w jej wargi a ona jakby nie chciała tego słyszeć przylega do mnie ciaśniej i sunie dłońmi od czubka mojej głowy przez policzki i przenosi je kark. Rozprasza mnie tym dotykiem. – Jeszcze chwila i nie pojedziemy do tego twojego ojca, tylko będziemy się pieprzyć non stop przez te trzy dni. –komentuję i obracam ją na plecy górując nad jej sylwetką.
- Harry. Nie możemy teraz nie jechać. –skomli, ale zatykam jej usta pocałunkiem. Przechodzę na jej szyję i zostawiam na niej mokre całusy. – Tak bardzo chcę spędzić to kilka dni w większym gronie. Lepiej poznać Samanthe i Cody’ego. Zobaczyć jak ojciec sobie radzi z tym wszystkim na dłużą metę, a nie na kilka godzin podczas wspólnej kolacji. Tak bardzo się cieszę na ten wyjazd… A ty nie? –dodaje po chwili gdy nic nie mówię.
I to jest właśnie sedno tej sprawy. Że się wcale nie cieszę z tego, że będę musiał tam być. Każdy najmniejszy bodziec będę odbierał ze zdwojoną siłą tylko gdy Cody będzie w pobliżu. A będzie CAŁY CZAS.
Przestaję całować Julie i patrzę jej w oczy. Przykłada dłonie do moich policzków i patrzy się na mnie z uwielbieniem. Jeśli ją okłamię będzie jeszcze szczęśliwsza. A jeśli powiem prawdę…? Może powinienem zacząć robić chociaż te najmniejsze kroczki w stronę prawdy i najzwyczajniej w świecie powiem jej co mi leży na sercu. To dobry początek.
- Wiesz… Tak właściwie to nie za bardzo mi się chce tam jechać i przebywać w takim towarzystwie. –mówię to, moim zadaniem, w najłagodniejszy sposób.
- W jakim? Nie lubisz mojego ojca? Myślałam, że dobrze się dogadujecie czy w pracy czy na prywatności. – jej dłonie uciekają w moich policzków.
 Oh nie, kotku, połóż je tam z powrotem.
Chcę to sobie jakiś zrekompensować i zaczynam głaskać jej ramię.
- Nie, nie o niego chodzi. –zapewniam i całuję ostrożnie jej wargi. Nie próbuje nawet oddać mojego ruchu. Zniszczyłeś, Harry, zniszczyłeś to wszystko.
- Więc o kogo? –pyta przygnębionym głosem.
- O tego dzieciaka… znaczy o Cody’ego. Nie wiem dlaczego, nie pytaj mnie o to. Coś w jego zachowaniu mnie denerwuję, ale… obiecuję, że nie będę się złościł i wkurzał, przysięgam kochanie. To, że mi nie pasuje, nie znaczy, że ty musisz czuć przez to dyskomfort. Jadę tam, bo wiem, że jest to dla ciebie ważne i będę szczęśliwy jeśli będziemy robić to co ciebie uszczęśliwia. Niczego więcej nie chcę, Julie … - szepczę ostatnie słowa dając szybkie buziaki w jej wargi i zastygam wtulony w jej szyję czekając na to co zrobi.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej? –mówi cicho i robi palcami małe kółka na moich żebrach.
- Bo chciałem, żebyś… Wolałem, żebyś się nie dener… Nie chciałem, żebyś myślała… Nie wiem. –naprawdę się plątam we własnych tłumaczeniach. Przez to całe mówienie prawdy, czuję się żałosny i taki… słaby.
- Skarbiee –mówi potulnie i  zmusza mnie bym na nią spojrzał, dzięki czemu jej dłonie lądują znów na mojej skórze. – Cieszę się, że mi powiedziałeś. Nie wiem dlaczego go tak nie lubisz, ale nie zmuszę cię, żebyś robił coś przeciw sobie i udawał przede mną, że jest spoko. Rozumiem, to nie jest dla ciebie łatwe i dlatego naprawdę doceniam to, że się zgodziłeś i że mi powiedziałeś z czym się czujesz źle.
- Naprawdę? –pytam trochę zaskoczony.
Mruczy jedynie aby potwierdzić i uśmiecha się słodko. Myślałem, że zacznie marudzić i zwalać wszystko na moje bezsensowne zachowanie. Tymczasem akceptuje to nadzwyczaj szybko. Nie spodziewałem się tego.
- Cieszę się, że przyjechałeś… -zmienia temat na przyjemniejszy- Mimo, że miałam ochotę cię zamordować w pierwszym momencie.
- Ja też się cieszę, że tu jestem, J.
- Chyba nigdy… nie przeżyłam czegoś podobnego.
- Miło to słyszeć. – stwierdzam zadziornie i moje usta znów na krótko witają się z jej. – Możemy to oczywiście szybko powtórzyć.
Nie pamiętam kiedy ostatnio całowałem kogoś tak często i czule w takim krótkim odstępie czasu. Cały czas ma pewien niedosyt. Jakbym był głodny od miesięcy i nagle znalazł się przy szwedzkim stole. Nie jestem w stanie się od niej oderwać, to takie uzależniające.
- Podobałem ci się taki? –pytam całując jej dekolt – Taki… nieograniczony? Trochę nachalny?
Jej palce wplątują się w moje włosy i lekko za nie pociąga. Klatka piersiowa podnosi się i opada w szybkim tempie. Rozpalona skóra nabiera jeszcze większej temperatury, a oddech staje się urwany, gdy schodzę coraz to niżej.
- Harry… –jęczy bezbronnie próbując mnie podnieść, gdy jestem dwa centymetry od jej pępka.
Nie reaguję na to i powoli schodzę jeszcze niżej.
- Skarbie, proszę… -skomli i lekko się wierzga.
Momentalnie wracam do góry i łaskoczę ją nosem pod linią żuchwy. Krótki chichot towarzyszy naszemu późniejszemu pocałunkowi, którym obdarowuje mnie Julie. Porywam ją na bok i otulam ramionami blokując ją w uścisku.
- Kocham cię. – mówi układając sobie głowę na moim prawym ramieniu.
- Kocham cię. – odpowiadam jej i uśmiecham się chociaż wiem, że tego nie zauważy. – Rano cię budzę i jedziemy po moje ciuchy, a potem na wyzwanie życia.
- Nie będzie tak źleee, zobaczysz –kładzie dłonie na moich łopatkach i czuję jak jej mięśnie rozluźniają się z każdym kolejnym oddechem.


***

- Harry, no proszę cię, wstań już! –słyszę głos mojego anioła i lekkie szarpanie za ramię.
I to ja miałem ją obudzić, tak? Aha, już lecę.
- Pięć… minut. -wymamrotałem sennie.
- Mieliśmy wyjechać o dziewiątej, a jest przed jedenastą. Zaspaliśmy! - jęknęła.
- Przytul mnie. –żądam, nadal nie uchylając nawet powieki, żeby ocenić sytuację.
- Kochanie, no proszę… -skomli przeciągle i potrząsa mną.
Rozkładam tylko ramiona w bliżej nieokreśloną mi stronę i czekam cierpliwie, aż zostanę przytulony. Nie muszę długo na to czekać, bo chwilę później ciepła skóra Julie przylega do mojej. Nadal nie ma na sobie niczego, więc uznaję, że wstała całkiem niedawno, właściwie to prawie równo ze mną. Upajam się tą chwilą kiedy nasze ciała są tak blisko siebie. Mam ochotę zostać w tej pozycji przynajmniej dwa miesiące.
- Nie jedziemy nigdzie –kwituję zachrypiałym głosem i wciągam przeciągle powietrze do płuc, nie będąc jeszcze z kompletnym kontaktem ze światem.
- Harry… - mruczy, ale czuję, że ma ochotę jeszcze chwilę pospać.
 Oddycha tak samo spokojnie jak ja, aż w końcu unosimy nasze klatki w tym samym momencie, wyrównując akcję serca na spokojną.
Leżymy tak jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu Julie po prostu zrywa się nagle po siadu i wzdycha głośno.
- Musimy jechać!
- Yym… A kochasz mnie?
- No kocham cię, kurde, Harry… –śmieje się i kładzie mi dłoń na policzku, niby od niechcenia, ale jednak wkłada to trochę czułości i przesuwa nią w dół lekko głaszcząc.
- Skoro tak, to jedziemy. – mówię i otwieram pierwszy raz tego dnia oczy.
Julie siedzi nieudolnie okryta prześcieradłem. Włosy ma przerzucone na jedną stronę a pojedyncze kosmyki odstają w różne strony nadając jej dziewczęcego uroku. Patrzy na mnie lekko zmęczonymi oczami i unosi jedynie lewy kącik ust, jakby nie miała siły podnieść obu. Podpieram się na ramieniu i wolną ręką przyciągam ją do siebie za kark, łącząc nasze usta.
- Jedziemy. – mówię gdy się od siebie odsuwamy na co wzdycha, jakby nie chciało jej się podnosić, ale i tak to robi i powoli zmierza w stronę łazienki, robiąc mi krótki pokaz jej krągłych pośladków.


***
- Nie denerwuj się tak. –mówi Julie kładąc mi dłoń na mojej, spoczywającej na drążku skrzyni biegów.
     Przez całą drogę zachowywałem pozory rozluźnionego i zapewniałem się w myślach, że dam radę sprostać temu zadaniu. Ale gdy jesteśmy teraz dosłownie dwie minuty drogi do celu, zaczynam sobie przypominać dlaczego nie chcę tam zostać. Gdy podjeżdżam pod bramę wjazdową moje serce przeżywa apogeum. Nienawidzę takich udawanym spotkań. Parkuję pod wejściem i wyłączam ospale silnik samochodu. Przymykam lekko oczy, biorę głęboki wdech i patrzę na siedzącą na miejscu pasażera Julie. Delikatnie biorę w dłoń jej palce ręki i pocieram kciukiem jej udo.
- Wezmę nasz bagaż. –mówię a dziewczyna pochyla się nade mną, żeby mnie pocałować. Opiera na krótko czoło o moje, po czym składam na nim małego całusa i wychodzę na zewnątrz auta.
Gdy zamykam bagażnik trzymając torbę w jednej dłoni z domu wybiega Samantha ubrana w lekko różową sukienkę i z uśmiechem na ustach przytula do siebie Julie. Entuzjastyczne odgłosy kobiety wzbudzają u Julie krótki, szczery śmiech. Podchodzi do mnie witając się z równie dużym uśmiechem i również mnie do siebie przytula.
- Mieliście być dużo wcześniej! Tyle czekaliśmy… Już myślałam, że się rozmyśliliście.
- Mieliśmy małe problemy ze wstaniem… -tłumaczę krótko na co kobieta wyrzuca lekko ramiona w górę i kręci głową.
- Wy, młodzi, to byście tylko spali i spali! Cody’ego obudzić to też nie lada wyzwanie, eh.
Spokojnie, Harry, nie myśl o tym gówniarzu.
W progu pojawia się ojciec Julie i szczęśliwy widząc córkę, całuje ją w policzek na powitanie. Ja podaję mu dłoń i ściskam ją.
- Dzień dobry panie Blackburn. –mówię trochę za bardzo oficjalnie i kiwam głową w jego storę, wysilając się na drobny uśmiech.
- Harry, nie jesteśmy w pracy! –śmieje się- Mieliście bardzo długą podróż, coś się stało?
Raczej bardzo długą noc, człowieku.
- Zaspali! –odzywa się Samantha i ustawia się przy jego boku obejmując go w pasie.
- Daj tę torbę, Harry. Zaniosę wam do pokoju. –proponuje Charles.
Tłumaczę, że zaniosę ją sam, ale on tylko wyrywa mi ją siłą w dłoni i dodaje, żebym lepiej się słuchał. Automatycznie, gdy tylko wchodzimy za nim do domu, odnajduję rękę Julie i łączę nasze palce razem. Bardzo szczelnie. Dzięki temu czuję się trochę pewniej. Samantha zaczyna opowiadać coś o przepisie, który ostatnio znalazła i pyta Julie czy nie chciałbym pomóc jej robić tego czegoś.
Żołądek podchodzi mi do gardła gdy widzę Cody’ego, siedzącego nonszalancko na kanapie. Gdy nasze spojrzenia się spotykają wstaje i uśmiecha się cwaniacko. Zaczyna mnie już denerwować samym istnieniem. Perfidnie się na mnie patrzy a ja mam ochotę go rozszarpać.
- Cody! Cześć. –mówi Julie i robi pół kroku w jego stronę a ja zaciskam rękę tak mocno na jej dłoni, że jej palce samoistnie się prostują.
 Natychmiast zdaję sobie sprawę z tego co robię, więc niechętnie rozluźniam uścisk. Przecież ona chce się tylko przywitać, Harry. Nie zachowuj się jak idiota. Julie z wdzięcznością posyła mi krótkie spojrzenie i odwraca się w jego stronę w momencie, w którym do niej przylega.
- Hej, Julie. Jak miło cię znowu widzieć. – mówi cały czas patrząc na nie, jakby badał na ile może sobie pozwolić… kiedy w końcu wybuchnę.
Jedną dłoń trzyma między jej łopatkami a drugą bardzo powoli przejeżdża w dół po kręgosłupie. Jest coraz niżej… i niżej. Gdy jego dłoń w końcu znajduje się na lędźwiach dziewczyny, zaczynam sobie wyobrażać jak jego głowa roztrzaskuje się pod siłą uderzenia na ścianie, tuż koło mnie. Julie na szczęście odsuwa się od niego i komentuje, że już nie mogła się doczekać, żeby tu przyjechać i cieszy się, że znów może wszystkich zobaczyć.
Nie będąc już w stanie po prostu przyciągam ją z powrotem do swojego boku i obejmuję w talii. A żeby nie wyjść na aspołecznego i wrogo nastawionego do osobnika przede mną wyciągam ku niemu rękę, żeby się przywitać.
Ja jestem zaskoczony własnym zachowaniem, ale jego mina wnioskuje, że to przeszło przez jego najśmielsze oczekiwania, biorąc pod uwagę, właściwie wszystko.
Przez chwilę jest trochę otępiały i jakby moja dłoń miała teraz osiem placów, przygląda się jej ze zdumieniem. Pewnie ją jednak chwyta i patrzy mi w oczy bez cienia emocji.
- Harry. –mówi stanowczo i zacieśnia uścisk.
- Witaj Cody. –nie mam zamiaru bawić się w jakieś gierki i wyprowadzać z równowagi, siłując się teraz z nim, kto dłużej wytrzyma.
Nie mam też zamiaru budować jakieś chorej bariery i odstawiać cyrk przed Charlsem… a przede wszystkim przed Julie. Skoro obiecałem się nie denerwować, to postaram się to zrobić najlepiej jak potrafię. Ostatniego czego chcę to się z nią pokłócić po tym co przeżyliśmy w nocy, kiedy w końcu zacząłem coś naprawiać między nami.
Zabieram rękę i twarz Cody’ego znowu zdobi dziwny grymas zawodu. Jakby chciał, żebym się nakręcił. Unosi teatralnie brwi w górę i wdycha. Julie na mnie patrzy po czym wtula się w moje ramię i ukradkiem mnie całuje. Oh, chyba opłaca się być miłym. Chociaż dla takiego szczeniaka, naprawdę ciężko to zrobić.
- Rylie, nareszcie. To jest właśnie córka Charlesa. Tyle ci o niej opowiadaliśmy. – z korytarza wychodzi śliczna, młoda dziewczyna o  ciemnych włosach. Skromnie się uśmiecha i poprawia sobie delikatnie włosy umiejscawiając je za uchem.
 A więc oto i Rylie!
- Przepraszam, że nie przywitałam się z wami razem we wszystkimi. Jestem Rylie. –mówi i podaje nam dłoń. – Miło was poznać.
Julie z szerokim uśmiechem podaje jej dłoń, po czym ja robię to samo.
Wyczuwam stres za tym szerokim, uroczym uśmiechem.
- Dobrze dzieci, siadajcie już do stołu! Skoro już wszyscy są mogę zacząć nakładać obiad. – mówi Samantha i idzie do kuchni pełna życia.
Cody bierze dziewczynę za rękę i idzie do jadalni, zostawiając nas w korytarzu.
- Jest taka cicha, prawda? –komentuje ojciec Julie – Aż dziwne, że umawia się z taką duszą towarzystwa jaką jest Cody.
,,Dusza towarzystwa" umawia się z  cichą i skromną córką komendata policji, cóż za paradoks.


______________________________________
HEJ HEJ HEJ HEJ ♥
Chyba jeszcze az tak długo to nie czekaliście, nie? xd
Od razu mówię - przepraszam. 
Jak Wam sie podobał rozdział?
Pytam nie bez powodu, gdyż ten jest autorstwa mojej kochanej +Agnieszka Bębacz  
z którą postanowiłyśmy zamienić się i tak powstał ten rozdział u mnie i kolejny u niej :3
Serdecznie zapraszam na owoc naszych chorych wyobraźni xd http://lead-me-not-into-temptation.blogspot.com/
Myślę, że po przeczytaniu tego cholernie dobrego rozdziału, nie będziecie miały wątpliwości co do tego jak świetnie czyta się to co pisze i zajrzycie do niej :3 

BTW

JEŚLI PODCZAS CZYTANIA CZERWONEJ SCENY CZUŁAŚ SIĘ JAK


to:
1) nie jesteś sama
2) czuj się zobowiązana do skomentowania chociaż słowem 

TAKŻE TAK
Miłego tygodnia skarbeczki, mam nadzieję, ze jeszcze ktoś tu został i czekał.
BYE ♥
L.