piątek, 6 maja 2016

54. Pull over!



*oczami Harry`ego*
  Jak długa może być ta noc?
Spoglądając na zegarek tylko utwierdzam się w przekonaniu, że czas to mój kat.
Minęła zaledwie godzina, a ja czuję jakbym przeżył już dwie wieczności. Każda sekunda mnie dobija.
Od nadmiaru emocji i tych cholernych myśli, czuję że zaraz głowa mi ekspoloduje.
Najgorsza jest ta niemoc. Chciałbym w tym momencie paść na kolana przed leżącą obok mnie Julie i błagać ją, żeby wybaczyła mi kolejną głupotę i zatajoną prawdę.
Zamiast tego leżę w bezruchu i mam wrażenie, że między mną a nią jest co najmniej kilometrowy dystans.
Bycie przez nią odsuwanym i ignorowanym jest o wiele gorsze od jej pretensji i łez. Bo kłótnie chociaż do czegoś prowadzą, a pełne złości milczenie doprowadzają mnie jedynie do szału.
 Cholerny ból głowy nie ułatwia zaśnięcia. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej potęguje męczące mnie myśli. Stworzyłem milion scenariuszy jak mogę to wszystko w logiczny sposób wyjaśnić Julie.
Każdy kolejny wydaje się być gorszy od poprzedniego.  Co jest lepszym rozwiązaniem?
Powiedzieć jej prawdę, która pociągnie za sobą potrzebę wyjaśnienia kolejnych moich większych i mniejszych kłamstw i półprawd?
Czy może wymyślić jakąś bezpieczną wersję i zostawić to wszystko za sobą? I oczywiście przysporzyć sobie kolejnych wyrzutów sumienia.
Zdążyłem zauważyć, że moje omijanie prawdy nie zawsze kończy się dla nas dobrze. Ale z drugiej strony mam dużo do stracenia. Jeśli powiem, co dawałem Cody`emu i skąd to miałem, będę musiał się przyznać do narkotyków, a to już nie jest takie łatwe do wybaczenia.
Wiedziałem, że to byłoby zbyt proste, gdyby cała ta sprawa skończyła się tylko na wycofaniu się z "interesu" Damiena. Jedno udało się uspokoić, musiało się zjebać gdzie indziej.
Co robię nie tak? Cały czas staram się robić wszystko co trzeba, żeby być odpowiednim facetem dla Julie, dokłanie takim jakiego potrzebuje. Wszystko robię z myślą o niej, usiłuję wszystko poukładać, a i tak co chwila coś się pierdoli. Po prostu przerasta mnie to.
I właśnie dlatego sam nie wiem co powinienem zrobić, co powiedzieć Julie. Nie wiem co zamierza powiedzieć Cody.
On sam też ma akurat idealną okazję, żeby mnie udupić, tak jak do tej pory się odgrażał. Jeżeli tylko zechce, jest po mnie. A w tych okolicznościach nawet nie łudzę się, że Julie uwierzyłaby mi.
Cholera. Gdyby tylko Julie nas wtedy nie usłyszała, wszystko byłoby prostsze. Nie wspominając o tym, że oprócz Julie, nie nurtowałaby mnie też nagła zmiana zachowania Cody`ego. Nagle z pewnego siebie, bezczelnego idioty zmienił się w zrezygnowanego i zagubionego dzieciaka. Jego wymijające i pokrętne tłumaczenia, które zresztą były bardzo lakoniczne, zastanawiały mnie.
Co mogli dla niego zrobić dwaj kolesie na chaju? Z czym się pogubił?
  Mam ogromny mętlik w głowie. Sam już nie wiem co myśleć, co mam teraz zrobić.
Jedyne czego jestem pewien to, że muszę się kierować tym co jest dobre dla mnie i dla Julie.

***
     Gdy w końcu po wielogodzinnym czekaniu, zobaczyłem na zegarku godzinę siódmą rano, od razu zwlokłem się ostrożnie z łóżka. Nie zmrużyłem oka całą pieprzoną noc i czułem pulsujący ból głowy, nasilający sie z każdą chwilą. Spojrzałem tylko na Julie, opatuloną pościelą. Niesamowicie wierciła się w nocy, bardzo niespokojnie spała. Pewnie mordowała mnie w snach. 
Nawet spróbowałem raz ją przytulić, żeby była spokojniesza, jak zwykłem to robić, ale nawet przez sen szybko się odsuwała. 
 Westchnąłem i możliwie jak naciszej poszedłem do łazienki. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze nikt nie wstał, może udałoby mi się zadzwonić do Lou, albo Niall`a i porozmawiać. 
Szybko się ogarnąłem, wziąłem telefon i wyszedłem po cichu z pokoju, Słyszałem własne bicie serca, schodząc powoli po schodach. Ku mojej uciesze, wygląda na to, że wszyscy jeszcze śpią. 
Wypiłbym najchętniej kawę, ale nie chcę ryzykować, że jakimś trafem kogoś obudzę, więc od razu kieruję się na zewnątrz.
Czując rześkie, chłodne powietrze, odetchnąłem z ulgą, nieco mnie to obudziło.
Od razu poszedłem w kierunku ulicy, nie chcąc ryzykować, że ktoś mnie usłyszy. Gdybym tylko pomyślał o tym wczoraj, może nie byłoby tej chorej sytuacji. Cholera.
Oddaliłem się o kilka kroków od wjazdu na teren domu rodziców Julie i usiadłem na krawężniku.
 Niesamowicie spokojna okolica. O tej porze w Northland prawie wszędzie jest ruch, ktoś się gdzieś śpieszy.
Tutaj nie widać żywego ducha.
Idealne miejsce, aby zeżarły mnie wyrzuty sumienia.
   Westchnąłem i wziąłem do ręki telefon. Już od wieczora wiedziałem, że chcę z kimś pogadać, bo zwariuję. Problem w tym, że nie do końca wiedziałem, z kim powinienem pogadać.
Pierwsza myśl to Louis i Niall, zdecydowanie. Tylko kwestia tego, od kogo i co chcę usłyszeć.
Wiem, że Niall doradziłby mi mądrze, przede wszystkim kierując się sercem. Właściwie jestem prawie pewny, że powiedziałby mi, żebym przyznał się do wszystkiego. I tego właśnie się obawiam.
Jednocześnie, tego właśnie chcę.
Cholera, jest ze mną chyba gorzej niż myślałem.
To wszystko przez to, że sam chcę powiedzieć prawdę, ulżyć sobie i w końcu mieć czyste sumienie. A z drugiej strony cholernie się tego boję, wiem że zawiodę jej zufanie, gdy wszystko wyjdzie na jaw. Co zrobię, jeżeli stwierdzi, że to za dużo?
Potrzebuję kogoś, kto popchnie mnie w jedną stronę. Wiem, że Niall popchnie mnie w kierunku prawdy. Tego się boję.
A Lou? Nie wiem. I dlatego mniej obawiam się rozmowy z nim.
Pieprzyć to. 
Nie myśląc już dłużej, wybrałem numer Tomlinsona.
Z bijącym sercem czekałem, aż odbierze, licząc każdy sygnał. Przy czwartym, straciłem nadzieję. Tak jak przeczuwałem, usłyszałem sekretarkę.
Chuj by to wszystko strzelił.
Chyba nie pozostało mi nic innego, jak zadzwonić do Horana...
Tym razem takze nie czekałem, aż strach wygra i nie zadzwonię i szybko wybrałem numer blondyna.
Nic nie poradzę, że wsłuchując się w każdy sygnał, miałem cichą nadzieję, że moze nie odbierze.
- Halo? - usłyszałem głos przyjaciela.
No dobra. 
- Niall, cześć. Słuchaj, jesteś zajęty? - zapytałem, zły sam na siebie za to, jak posrany byłem.
- Nie, coś się stało? - usłyszałem w jego głosie niepokój.
- Nie... To znaczy tak. - westchnąłem.
- Mów, co jest. - powiedział tylko. Po krótce wyjaśniłem mu całą sytuację od mojego potajemnego układu z Damienem po wczorajszą sytuację. I jakieś milion razy miałem ochotę strzelić sobie w ryja, gdy słuchając sam siebie, zdałem sobie sprawę jak bardzo wszystko się popierdoliło.
Sam Niall nawet nie odezwał się słowem, nie przerwał mi i cierpliwie słuchał, do mojego ostatniego słowa.
Słyszałem jak bierze oddech i przygotowałem się na wszystko, co mogę usłyszeć.
- Dobra, po pierwsze: przy najbliższym spotkaniu urwę ci jaja za to, że nie odezwałeś się słowem o Damienie i o tym, że nadal w tym siedzisz. - wywróciłem oczami na jego słowa. Mogłem się tego spodziewać. - Po drugie: ja pierdole Styles, nie wierzę, że wpakowałeś się w takie gówno. I dlaczego w ogóle nie powiedziałeś Julie od razu o sprawie z Damienem?
- Kurwa Niall, jak? ,,Hej kochanie, nie mam czasu dzisiaj wieczorem, jadę opylać narkotyki, spotkamy się później"?
- Nie idioto, ale mogłeś jej powiedzieć jak już ze wszystkiego się wycofałeś. Wtedy miałbyś czyste konto.
Cholera, o tym to nie pomyślałem.
- Dobra Horan, masz rację ale błagam Cię, potrzebuję rady co robić. - jęknąłem. Przysięgam, mam dosyć wszystkiego.
- Rozumiem, sorry Hazz. Powiem ci szerze, tkwisz w zajebistym gównie. - zaczął.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem. - westchnąłem.
- I moim skromnym zdaniem - ciągnął dalej - najlepszym wyjściem jest powiedzenie Julie wszystkiego, od początku do końca. Mówię poważnie stary, im wcześniej tym lepiej. Potem nagle znowu coś wyskoczy i co? Nie wiesz ile kłamstw Julie jest w stanie ci wybaczyć i lepiej tego nie testuj.
CHOLERA.
- Bałem się, że to powiesz. - mruknąłem zrezygnowany.
- Domyślam się. Bo ty nie dzwonisz po radę co masz robić. Ty już wiesz co powinieneś zrobić, Harry. - powiedział pewnie. - Tylko jesteś tchórzem, więc ktoś musi cię kopnąć w dupę, żebyś miał odwagę chociaż raz zrobić coś mądrego.
I tak bardzo jak mi się to nie podoba, tak Niall ma pieprzoną rację.
Westchnąłem ciężko.
- Tylko co jeśli to będzie za dużo, żeby Julie mi wybaczyła? - zadałem pytanie, które najbardziej mnie dręczyło.
- Nie wiem, Hazz. Ale musisz to zrobić, zaufaj mi.- powiedział.
Nie mam innego wyboru. 
- Cholera, dobra Niall. Zrobię to. Dzięki stary. W ogóle jak tam Lucy? - zapytałem, nie chcąc wyjść na kompletnego dupka.
- Oboje wiemy, że wcale nie masz teraz ochoty o tym gadać, Hazz. Wszystko w porządku, a o reszcie porozmawiamy, kiedy ogarniesz to całe gówno. Dzwoń, jak będzie po wszystkim, w każdej chwili wychodzę z tobą na piwo.
Niall jest naprawdę dobrym przyjacielem. Zdecydowanie.
I co ważniejsze, mimo moich zajebistych obaw, wiem co zrobię.
- Dziękuję, stary, - powiedziałem z ulgą. - I przepraszam.
- Nie ma sprawy, Hazz. W razie czego, dzwoń. - zapewnił mnie.
Pożegnaliśmy się i rozłączyłem się.
Okej, tego właśnie potrzebowałem. Już miałem wstawać i wracać do domu, gdy zobaczyłem, ze mam nieodebrane połączenie od Lou.
Szybko do niego oddzwoniłem. Muszę mu powiedzieć co się dzieje,
Jakby nie patrzeć, jeszcze kilkańaście minut temu tylko on i Zayn wiedzieli wszystko o Damienie i Cody`m.
- Hazz? Czy jest jakieś logiczne wytłumaczenie na to, że w mój pieprzony wolny dzień, dzwonisz do mnie o 7 rano? - usłyszałem jego zaspany głos.
- Siema Tommo. Wybacz stary, że cię obudziłem, ale wszystko się u mnie zjebało i potrzebowałem z kimś pogadać, złupiałem i nie wiedziałem już co mam kurwa robić. - westchnąłem.
- Zaraz, moment. Co się stało? - zapytał już bardziej rozbudzony.
Szybko powiedziałem mu wszystko, na szczęście w tym przypadku nie było tego tak dużo, bo większość już wiedział.
- Ty kretynie! Co ty odjebałeś, stary!
- Tommo, wiem. - syknąłem.
- Mówiłem, żebyś to jakoś ogarnął i zaczął jej mówić chociaż o części z tego całego syfu, bo będzie chujnia, to nieeeee! Naprawdę Styles, zjebałeś to. - kontynuował w najlepsze opieprzanie mnie, jeszcze bardziej mnie denerwując.
- Dobra, czaję Tommo. - starałem się mu przerwać.
- W ogóle, jak można być takim tępym ciulem, żeby kłócić się w najlepsze pod jej domem? Wyobraź sobie stary, że ta dziewczyna, tak samo jak jej ojciec i ta cała macocha, mają uszy! A myślałem, że tylko Horan spał na biologii...
- Kurwa, Tommo, już dotarło! - zawołałem. - Już wiem co mam robić, skończ.
- Wiesz co masz robić? To coś nowego, stary, jestem szczerze zaintrygowany. - powiedział z ironią.
Wywróciłem oczami.
- Możesz przestać mi dopierdalać, Lou? Naprawdę nie mam na to siły, żeby wysłuchiwać twojego sarkastycznego pieprzenia.
- Dobra, już! - westchnął.- Powiedz mi geniuszu, co zamierzasz?
- Powiem jej w końcu prawdę. - odparłem.
- No, na mówienie prawdy to już chyba trochę za późno, nie sądzisz? - prychnął.
- Jak to?
- Nie no, ty naprawdę jesteś jakiś opóźniony w rozwoju! Od kilku miesięcy ci gadam, że musisz zacząć być szczery z Julie, a ty dochodzisz do tego wniosku dopiero, gdy tkwisz już w jednym, wielkim gównie, stary. Gratuluję, naprawdę. - powiedział z przekąsem.
- Tommo, naprawdę nie wkurwiaj mnie. - warknąłem.
- Sorry Hazz, ale naprawdę jesteś idiotą. I moim zdaniem jest już za późno na twoje olśnienie, że powinieneś powiedzieć prawdę, Styles.
- Co ty gadasz? - zapytałem głupiejąc coraz bardziej.
- Harry, dobrze wiesz, że jestem zwolennikiem bycia szczerym, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi kobieta, bo po tym gatunku można się spodziwać wszystkiego i o ile ci zależy, to lepiej jest być szczerym i dostać po mordzie niż kłamać, a potem dostać torbę ze swoimi rzeczami, wystawioną za drzwi. Ale całkiem poważnie stary, ty w tej chwili zaplątałeś się już tak bardzo, że Bóg jeden wie jak Julie zniesie taką ilość informacji naraz, gdy do tej pory była niczego nieświadoma i myślała, że tak dobrze cię zna.
Przymknąłem powieki i przetarłem twarz dłonią. Przysięgam, zaraz zwariuję.
- Chwila, Tommo. Czy ty mi kurwa próbujesz powiedzieć, że nie powienienem mówić Julie prawdy? - zapytałem, tracąc resztki cierpliwości.
- Nie wierzę, że to mówię, ale tak. Po prostu wygląda to bardzo chujowo stary, nawet dla mnie, gdzie wiedziałem o większości spraw, a Julie nie wie o niczym. Sam mówiłeś, że kłócicie się za każdym razem, gdy twoje kłamstwo wyjdzie na jaw, co będzie gdy na jaw wyjdzie kilkanaście tych kłamstw? Tu chodzi o zaufanie, Styles. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ciężko jest je odbudować, zwłaszcza jak porządnie je spieprzysz. Czasami trzeba wybrać mniejsze zło. Przynajmniej ja tak uważam.
  Aż zaniemówiłem. Jeżeli mówiłem, że wcześniej miałem mętlik w głowie, to kurwa kłamałem, bo to co dzieje się w niej teraz, to jest istny chaos.
- Nie możesz mi mówić teraz takch rzeczy Louis. - powiedziałem zdenerwowany.
- Harry do cholery! Wiem, że to chujowe, ale naprawdę możesz ją stracić, rozumiesz? Chciałeś wiedzieć, co myślę, więc ci mówię. Co ty z tym zrobisz, to już twoja decyzja. To twoje życie. Ale musisz się liczyć z pewnymi rzeczami, stary. Na przykład z tym, że Julie może po prostu mieć dość i ma do tego święte prawo. - powiedział spokojnym tonem.
Nie wierzę w to, co się dzieje, No kurwa mać.
I właśnie to jest najgorsze. Chcę powiedzieć prawdę, ale wiem czym to grozi i za cholerę nie chcę, żeby moje i Lou przypuszczenia się sprawdziły.
- Teraz to zgłupiałem do reszty, Tommo. - mruknąłem zrezygnowany.
- Wiem, Hazz. I przykro mi to mówić, ale naprawdę musisz sam zdecydować co będzie lepsze. Znasz moje zdanie, ale będę po twojej stronie niezależnie od tego, co zrobisz. Albo okłamiesz ją ostatni raz, albo pierwszy raz powiesz jej całą prawdę.
Westchnąłem ciężko.
- Kurwa, dobra Tommo... Dzięki stary, muszę sobie to jakoś poukładać i się zastanowić, a niewiele już czasu mi zostało. Odezwę się do ciebie później, dobra?
- Jasne, Harry. Trzymaj się. - powiedział zmartwionym głosem i pożgenaliśmy się.
Miałem ogromną ochotę cisnąć telefonem o ziemię.
Podsumowując tą chorą sytuację mam dwa wyjścia. Albo chociaż raz być szczerym od początku do końca i ryzykować, że stracę Julie, albo kolejny raz skłamać i jakoś ją przy sobie zatrzymać.
Cóż, kłamstwo jest chujowe ale bezpieczne.
Prawda przyniosłaby mi ulgę, ale może mi rozjebać związek.
Jedyne co wiem, to że kocham Julie i chcę tylko jej szczęścia ze mną.
 - Harry? - usłyszałem nagle głos za moimi plecami. Obejrzałem się.
Przede mną stał nie kto inny, jak Cody z papierosem w dłoni.
- Wygląda na to, że to ja. - mruknąłem nieco zgryźliwie i ponownie spojrzałem przed siebie, niezaintersowany jego towarzystwem. Jest ostatnią osobą, którą chciałbym teraz widzieć.
- Co tu robisz? - zapytał jak gdyby nigdy nic.
Jezu, czy on może się po prostu odczepić?!
- Siedzę. - burknąłem.
Nic nie powiedział, tylko usiadł obok mnie na krawężniku.
NO BŁAGAM.
- Nie masz przypadkiem czegoś do roboty? - zapytałem podirytowany.
- Jakoś nie mam ochoty tam wracać. - odparł tylko, nie zważając na mój ton.
- A ja jakoś nie mam ochoty na towarzystwo, więc byłbym wdzięczny, gdybyś sobie palił gdzie indziej. - warknąłem.
- Kurwa, przepraszam, okej?! - zawołał zdenerwowany. - Naprawdę przepraszam za to, co się wczoraj stało i za to, że masz teraz przejebane z Julie! Nie chciałem jej w to mieszać.
- Zabawne, jakoś miałeś inne zdanie gdy odgrażałeś się, że powiesz o mnie Julie. - prychnąłem.
- Bo byłem głupi i zdesperowany, okej?! Przecież nic bym jej nie powiedział. - wyrzucił ze złością niedopalonego papierosa.
- Czy ty siebie kurwa słyszysz?! Mówisz, że nic byś jej nie powiedział? Więc po to ja kurwa, wypruwam sobie flaki, żeby zamknąć ci usta, a ty teraz mówisz mi takie rzeczy?! - mówiłem wściekły.
Nie wierzę w to co słyszę, no nie wierzę.
- Kurwa, PRZEPRASZAM! Co mam jeszcze zrobić?! - zawołał chłopak.
- Może na przykład zacząłbyś myśleć i odwalisz się od mojego życia?! - zasugerowałem ze złością i wstałem.
- Nie wiesz czemu to wszystko robiłem, więc przestań już mnie oceniać i łaskawie pogadaj ze mną o Julie! Podobnie jak ty, chcę tylko jej dobra!
- No niesamowite, kochający braciszek się znalazł! Czas najwyższy! - mówiłem ze złością.
Nie widziałem jeszcze drugiego tak popieprzonego egoisty jak Cody, przysięgam.
I jeśli zaraz się nie zamknie, dostanie ode mnie w ryj.
- Mówię poważnie. - warknął.
- Ach tak? Więc co zamierzasz zrobić, żeby uszczęśliwić Julie? Udupić mnie? Powiedzieć jej wszystko o mnie, w taki sposób, zeby nigdy więcej nei chciała mnie widzieć?! - byłem bliski istnej furii.
- Nie, kurwa, posłuchaj mnei chociaż przez chwilę! - wstał i podszedł do mnie.
- Nie pieprz głupot, nie jestem tak głupi, żeby ci uwierzyć! - powiedziałem ze złością i chcąc uniknąć rzucenia się na niego z pięściami ruszyłem w kierunku domu.
- Mówię poważnie, posłuchaj mnie! - zawołał i złapał mnie mocno za ramię. Momentalnie się zatrzymałem i zmierzyłem go wzrokiem, czując rosnącą wściekłość.
Muszę skupić się na tym, żeby nic chujowi nie zrobić, bo z tego się już nie wytłumaczę.
Wziąłem głeboki oddech i wyszarpnąłem ramię z jego uścisku.
- Mów. - warknąłem.
- Powiemy Julie taką wersję wydarzeń, jaką będzie  stanie przyjąć bez znienawidzenia mnie albo ciebie.
- Nie wiemy, ile słyszała. - powiedziałem, siląc się na spokojny ton.
- Dlatego pójdziemy w sprawy narkotyków. Powiem jej, że wplątałem się w jakieś ciemne interesy i chciałem twojej rady, czy pomocy bo wiem co robiłeś w przeszłości. Ty się na mnie wkurwiłeś, zaczęliśmy się kłócić, ale to wszystko.
- Ona oszaleje, jak usłyszy, że wplątałeś się w narkotyki. -  zauważyłem.
Czy to możliwe, że on naprawdę nie chce krzywdzić Julie i co ważniejsze, nie chce przy okazji mnie usunąć z jej życia?
- Dlatego powiem, że wszystko jest już pod kontrolą, a chodziło o jakiegoś mojego bliskiego kumpla. Wszystko w bezpieczny sposób, żeby nie miała się o co martwić zarówno z mojej jak i z twojej strony. - powiedział poważnie.
- Jedno pytanie, dlaczego nagle chcesz pomóc? Skąd ta nagła zmiana? - zapytałem niefunie.
- Wyobraź sobie, że nie jestem aż takim dupkiem na jakiego wyglądam i nigdy nie chciałem źle dla Julie. Naprawdę ją lubię i nie chcę rozwalać ani twojego i jej związku, ani związku Charlesa i mojej mamy. - powiedział szczerze, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie.
- Więc czego chciałeś? - dopytywałem, nie mogąc zrozumieć jego zachowania.
Wyraźnie spiął się na moje słowa.
- Twojej pomocy, ale najpierw musiałem być pewien, że zrobisz to, co poproszę, bez wpieprzania mnie w gówno, tak jak tamci kolesie, dla których były te dragi. - odpowiedział po chwili zastanowienia.
- W co ty się wpierdoliłeś, że zadałeś sobie taki trud knucia tego wszystkiego? Ta twoja dziewczyna o tym wie? - zapytałem niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc.
-Nie i się nie dowie.  To już nieistotne, sam to ogarnę. - uciął i chciał mnie wyminąć, ale tym razem to ja go zatrzymałem. Chciał wyrwać rękę, ale przytrzymałem go.
- Nieważne jak bardzo cię nie lubię, ale jeśli nadal tkwisz w jakimś syfie, to mogę spróbować cię z niego wyciągnąć, bo Julie nie zniosłaby, gdyby coś stało się twojej szanownej, zakłamanej dupie. - powiedziałem poważnie, patrząc mu w oczy.
- Najpierw załatwmy sprawę z Julie, Styles. Chcę mieć to już za sobą. - powiedział.
- Chcesz jej wcisnąć to gówno? - zapytałem z powątpiewaniem.
- Po prostu słuchaj co mówię i graj w moją grę, Harry. Akurat kłamać umiesz. - powiedział bez cienia złośliwości. Puściłem jego ramię i pozwoliłem, by poszedł w stronę domu.
Za każdym razem gdy myślę, że już bardziej skomplikować się to wszystko nie może, okazuje się, że jednak może.



*oczami Julie* 

- Dziękuję wam za wszystko. - mówiła z szerokim uśmiechem Rylie, wkładając ciasto od Samanthy do torby,
- To my dziękujemy skarbie, że spędziłaś z nami czas. - powiedziała Samantha.
- Zawsze jesteście tu mile widziani. - dodał mój tata, obejmując Samanthę w pasie.
- Dobra, dobra, przywiozę wam ją jeszcze! - zaśmiał się Cody wchodząc do pokoju i biorąc torbę od Rylie.
Uśmiechałam się razem ze wszystkimi, mimo że nie miałam na to zbytniej ochoty.
- Mam taką nadzieję! - powiedziała radośnie Samantha.
Widać, że Rylie jest mimo wszystko speszona całą uwagą, jaka została wokół niej skupiona. Jest naprawdę nieśmiałą dziewczyną. Kompletne przeciwieństwo Cody`ego.
- Zbieramy się? - zapytałam Cody`ego. Nic nie poradzę, że mimo uśmiechu przyklejonego do mojej twarzy, nadal gdy muszę się odezwać do niego, czy Harry`ego, mój ton się zmienia.
- Tak. - odparł nieco zgaszonym głosem, Cały czas patrzył na mnie przepraszającym wzrokiem.
Cholera, naprawdę mam już dość tej niewiedzy. Chcę jak najszybciej odwieźć Rylie i w końcu dowiedzieć się prawdy.
 Skinęłam tylko głową i po pożegnaniach dziewczyny z Samanthą i tatą, wsiedliśmy wszyscy do auta.
Cody prowadził auto, Rylie usiadła z przodu, a ja i Harry z tyłu.
Przez całą, okropnie dłużącą się drogę, starałam się brzmieć wesoło i rozmawiać z Rylie. Nie było to łatwe biorąc pod uwagę palące spojrzenie Harry`ego i ogromny stres.
Bałam się tego co mogę usłyszeć za najbliższe pół godziny. A jeszcze bardziej bałam się, czy mogę wierzyć w to, co Harry mi powie.
    W końcu, po kilkudziesięciu okropnie trudnych minutach, doatrliśmy na miejsce i pożegnaliśmy się z Rylie. Zastanawiałam się, czy Cody powiedział jej o tej awanturze z Harry`m, ale zważywszy na ich ciepłe pozegnanie i brak napięcia między nimi, kiedy w drodze rozmawialiśmy, myślę, że nic nie powiedział.
Z bijącym sercem wsiadłam do auta, na miejscu Rylie. Nie chciałam znowu siadać koło Harry`ego.
Cody nie skomentował mojego zachowania, widać było po nim, że czuł się winny.
Niesamowice dręczyło mnie to, że nie wiem co się stało.
Cody kierował się do domu taty, nikt nie odzywał się nawet słowem. Miałam wrażenie, że moje łopoczące serce słyszeli wszyscy, o ile nie całe miasto.
Gdy przejeżdżaliśmy spokojniejszą drogą, zebrałam się na odwagę.
- Zatrzymaj się. - powiedziałam. Cody na dźwięk mojego głosu aż drgnął, ale posłusznie zwolnił.
- Julie... - usłyszałam Harry`ego, ale nie zareagowałam.
Gdy samochód się zatrzymał, wysiadłam z niego, zaraz za mną, wysiedli i oni. Odeszłam bardziej w stronę lasu, by było więcej spokoju. Nie wiem jak moje serce do tej pory wytrzymało takie tempo bicia.
W końcu odwróciłam się do nich i wzięłam głęboki oddech.
- Czy teraz mogę się dowiedzieć co miała znaczyć tamta awantura? I błagam, nie okłamujcie mnie, bo nie zniosę tego. - powiedziałam ostrym tonem, patrząc na Harry`ego.
- Julie, naprawdę nie.. - zaczął mówić Cody, ale nie dane było mu skończyć.
- Nie, Cody, - przerwał mu Harry.
Spojrzałam na nich zdezorientowana. Cody też patrzył na niego zaskoczony.
- Proszę Cię tylko, żebyś wysłuchała mnie do końca, to dla mnie bardzo ważne. I wiem, że będziesz na mnie wściekła po tym co usłyszysz, ale musisz wiedzieć, że bardzo mi na tobie zależy i cię kocham. Popełniam chujowe błędy, ale zwsze wszystko staram się robić dla twojego dobra. - mówił patrząc mi w oczy, a ja cała struchlałam. Co on chce mi powiedzieć?
Wziął głęboki wdech i zaczął mówić dalej.
- Od dłuższego czasu jest coś, o czym ci nie powiedziałem. - na te słowa serce podeszło mi do gardła.- Nie zrobiłem tego dlatego, że nie chciałem, żebyś źle o mnie myślała. Mianowicie, sama wiesz jaką mam przeszłość. Jako jedyny z chłopaków, mimo upływu czasu, nadal tkwiłem w tym gównie i współpracowałem z jednym dilerem. Dawał mi towar, ja go dostarczałem, zbierałem kasę i zawoziłem dilerowi, za co dostawałem pokaźne sumy. Trwało to długo i nie przeszkadzało mi to, zdarzało się, że coś podbierałem i miałem jakieś zielsko dla siebie. Było tak do momentu, gdy między nami zaczęło się robić poważnie, gdy zacząłem coś do ciebie czuć. Od tego czasu, chciałem tylko zrobić wszystko, żeby być facetem, jakiego potrzebujesz. Zacząłem wtedy myśleć, żeby się z tego syfu jakoś wyplątać. I w końcu mi się udało, wycofałem się z tego, nie mam z tym już nic wspólnego. I w tym momencie też pojawił się Cody. - spojrzał na chłopaka, który miał wcale nie lepszą minę ode mnie. Ja tylko stałam, słuchałam i sama nie wiedziałam co mam myśleć, co w ogóle się dzieje. Kiedy to wszystko się działo?
- W każdym razie - ciągnął dalej - Cody wiedział, co robiłem, myślał że robię to nadal. Sam miał trochę problemów, więc stwierdził, że wykorzysta znajomość ze mną. Nie chciałem się na nic zgadzać, ale miał jeden istotny argument. Mogł ci wszystko powiedzieć, a ja chciałem być w twoich oczach idealny, a przynajmniej warty twojej uwagi. Dlatego na wszystko poszedłem, zgadzałem się na wszystko... - mówił dalej, ale ja w pewnym momencie otrzeźwiałam i zdołałam coś z siebie wykrztusić.
- Wszystko, czyli co? - zapytałam trzęsącym się głosem.
Harry westchnął i spojrzał na Cody`ego.
 - Dawał mi narkotyki za darmo. - powiedział Cody, a we mnie się zagotowało.
- Czy ty jesteś normalny?! - zawołałam z pretensją do Harry`ego.
- Julie, naprawdę, zmuszałem go,szantażowałem go, rozumiesz? - powiedział szybko Cody, a mnie zrobiło się niedobrze.
- Co?! - zapytałam z niedowierzaniem. - Kim wy w ogóle jesteście?!
- Błagam cię Julie, wiem jak to wygląda, ale oboje mamy swoje powody. - powiedział Cody.
- Jakie? - warknęłam.
- Miałem zatarg z dwoma ćpunami, nie wiedziałem co mam zrobić, Harry był moją jedyną opcją, więc wykorzystałem to co o nim wiedziałem przeciwko niemu i kurewsko tego teraz żałuję. - powiedział chłopak.
Nie wierzę. Czy to  w ogóle się dzieje naprawdę?
- A ty jaki miałeś powód? - zapytałam Harry`ego z nienawiścią.
- Kocham cię. - odparł po prostu, a ja się roześmiałam. Naprawdę mnie to w tej chwili rozbawiło.
Widziałam ból w jego oczach, gdy po prostu się śmiałam, ale nic mnie to w tym momencie nie obchodziło.
- Bardzo cię przepraszam, Julie. - powiedział cicho Cody.
Powstrzymałam się od chamskiego komenatarza i skupiłam się na tym, żeby nie dać im obu w twarz.
- Chciałem to wszystko jak najszybciej skończyć, żeby nie musieć już więcej niczego przed tobą ukrywać. Przysięgam Julie, chciałem już mieć to wszystko z głowy i móc zając się tym co naprawdę ważne, czyli tobą. Wczoraj, usłyszałem rozmowę Cody`ego z jednym z tych typów. Sam nie wiedziałem, że te prochy nie są dla niego, że on sam ma kłopoty. Więc kiedy już to z niego wydusiłem, wściekłem się i zaczęliśmy się kłócić. Wtedy ty przyszłaś... - urwał, nie wiedząc już co więcej powiedzieć.
- Czy ty chociaż przez chwilę pomyślałeś, jak ja mogę się z tym czuć? - zapytałam go, dusząc w sobie łzy. Wszystko co właśnie mi powiedział, nadal było dla mnie niezrozumiałe i okropne. Po prostu nie wierzę, że przez tak długi czas mógł przede mną ukrywać tyle rzeczy i że mógł być na tyle nieodpowiedzialny, żeby dawać Cody`emu narkotyki.
Nie mieści mi się to w głowie. Jak ja mogłam niczego nie zauważyć? Przecież musiał mieć jakieś potknięcia, jak mogłam być tak ślepa?
- Naprawdę przepraszam. Wiem, że jesteś wściekła i zawiedziona, ale uwierz mi, że wtedy myślałem, że robię dobrze, chroniąc cię przed tym całym gównem. Kocham cię i wszystko robiłem dla ciebie. - mówił szczerze. Albo i nie.  
- Twierdzisz, że wszystko przede mną ukrywałeś i dawałeś narkotyki Cody`emu dla mojego dobra i z miłości do mnie? Czy ty siebie słyszysz?! - syknęłam.
- Wiem jak to wygląda Julie, wiem. - mówił spokojnie i ruszył w moją stronę, ale od razu zrobiłam krok w tył.  Zatrzymał się.
- Naprawdę jesteś dla mnie najważniejsza, Julie. I bardzo cię za to wszystko przepraszam.
- To coś nowego. - prychnęłam. - Zazwyczaj nawet nie wysilasz się na przeprosiny. Szkoda, że tak wolno wcielasz w życie to, co cię proszę. - powiedziałam rozżalona.
- Julie... - zaczął, ale mu przerwałam.
- Nic już nie mów. - ucięłam.  - Ta sprawa z tymi facetami jest już załatwiona? Wszystko jest w porządku? - zwróciłam się do Cody`ego.
- Tak... - powiedział.
- Jesteś pewny?
- Tak. - odpowiedział.
- Możemy już jechać do domu, proszę? - powiedziałam tylko, walcząc ze łzami cisnącymi mi się do oczu. Sama nie wiem czy jestem bardziej wściekła, smutna, zawiedziona czy zraniona.
Nie mogę w ogóle skupić myśli.
- Oczywiście, Julie. - powiedział spokojnie Cody i bez słowa ruszyłam do samochodu.
- Julie... - zaczął Harry.
- Nie będziemy tutaj o tym rozmawiać, Harry. - powiedziałam tylko.


___________________________________________

niesprawdzany, więc wybaczcie
wszelkie błędy :<

Szczery Harry, coś nowego :D
Się narobieeeełooo XD 
Charakter Hazzy nie jest taki zwyczajny jakby się wydawało, huh? 
Swoją drogą, mam nadzieję, że zaczynacie zauważać to, jak wygląda związek Harry`ego i Julie. 
Chyba trzeba czegoś więcej niż tylko szczere uczucie, nie? 

już niedługo będzie wiadomo co w ogóle dzieje się w życiu Cody`ego i jak się w to wszystko wplątał. 
i już się mogę doczekać tego momentu :3 

baj de łej
dziękuję każemu kto to jeszcze czyta, odwiedza i wytrzymuje moją niesystematyczność,
 chwała Ci za to ♥

I byłabym bardzo wdzięczna, 
jakbyście poleciły mi w komentarzach jakieś
fajne filmy, właściwie nieważne jakiego gatunku.
♥

Miłego weekendu i słonecznej pogody misie ♥
tt: @sheeranable




czwartek, 7 kwietnia 2016

53. At the end of the day...

Dedykacja dla kochamspongebobainicwamdotego ♥
Cholernie mi miło, że chciało Ci się szukać i wrócić do mojego opowiadania, to dużo dla mnie znaczy ♥ Dziękuję i miłego czytania :* 



*oczami Harry`ego*
- Od kilku lat marzy mi się architektura i mam nadzieję, że uda mi się to marzenie spełnić. -  mówiła Riley. Szybko znalazły wspólny język z Julie i gadają właściwie cały czas. Może dziewczyna była nieco nieśmiała na początku, ale szybko się oswoiła.
- To świetnie! Na pewno ci się uda. Będziesz miała mnóstwo możliwości, staże, podróże, to bardzo dobry kierunek, zwłaszcza jeśli lubisz się tym zajmować. – mówiła szczerze zainteresowana Julie.
Od początku gdy zasiedliśmy do stołu, przyglądałem się Cody`emu. Obserwowałem dyskretnie jego zachowanie. 
O dziwo, wydawał się naprawdę spokojny, jakby mnie tu nie było. Może to przez moje zachowanie na wejściu?
Albo przez dziewczynę siedzącą obok niego, na którą patrzy właśnie z dumą.
Tak bardzo jak nienawidzę gnojka, tak widać, że zależy mu na tej dziewczynie. Cały czas przyglądał się jej gdy mówiła, z wyraźnym uwielbieniem w oczach. Aż ciężko uwierzyć, że gówniarz ma uczucia.
Chociaż biorąc pod uwagę fakt, ze jest to córka komendanta, nie byłbym taki pewien co do szczerości jego zamiarów względem niej.
- Jesteście świetną parą. – uśmiechnęła się szeroko Julie.
- Nie zaprzeczę. – zaśmiał się chłopak i pocałował Rylie w policzek. Odpowiedział mu nieśmiały uśmiech dziewczyny i westchnięcia zachwytu ze strony Julie i Samanthy.
- Jak w ogóle się poznaliście? – zapytała zaciekawiona Julie.
Zauważyłem lekkie wahanie i spięcie u Rylie i Cody`ego, dziewczyna spojrzała na niego widocznie niepewna, co powinna powiedzieć.
- Pojawiła się wtedy, gdy najbardziej potrzebowałem kogoś bliskiego. – powiedział lakonicznie Cody, unikając mojego wzroku.
Julie chyba zauważyła dziwną atmosferę, jaka pojawiła się wraz z zadanym przez nią pytaniem, wyraźnie czuła się skrępowana, tak samo jak ja. 
Spojrzałem na Samanthę i Charlesa. Samantha patrzyła ze współczuciem na Rylie i Cody`ego, a Charles miał nieodgadniony wyraz twarzy.
Co tu jest grane?
- Swoją drogą, jak radzi sobie Mary? – zapytała chłopaka Samantha.
Julie spojrzała na mnie zmieszana, nie bardzo wiedząc jak zareagować. 
Kto to jest Mary? 
- W porządku, radzi sobie. – odpowiedział chłopak.
Okej, nie mam pojęcia co tu się dzieje.
Chyba po naszych minach było widać, że nie wiemy co się dzieje i jak na to zareagować, bo Cody jakby zrozumiał nasze zdezorientowane miny i się odezwał. 
- To mało przyjemna historia, poznaliśmy się na pogrzebie mojego przyjaciela i… -zawahał się na chwilę – przyjaciółki.  – wyjaśnił  w końcu.
- Oh. – wydusiła z siebie Julie. – Przykro mi z powodu straty.
- W porządku, najważniejsze że wszystko się poukładało. – powiedział Cody uśmiechając się niemrawo.
Cóż, nie powiem, zrobiło mi się go szkoda.
- No właśnie. – zgodziła się Samantha, wyraźnie chcąc zakończyć przykry temat. – Słyszałam, że ta urocza dziewczyna, którą spotkałyśmy kilka miesięcy temu spodziewa się dziecka, to prawda? – zagadnęła Julie.
Zaskoczyło mnie to. Julie nie wspominała, że Samantha poznała Lucy.  
- Lucy, tak, to prawda. Będziemy z Harry`m rodzicami chrzestnymi. – odpowiedziała z uśmiechem dziewczyna, łapiąc mnie za rękę.
Z radością zareagowałem na jej dotyk i poświęconą mi uwagę.
Nie da się ukryć, że rozmowę zdominowało damskie grono.
- Oh to wspaniale! – ucieszyła się szczerze Samatha. – Znają już płeć dziecka?
- Jeszcze nie, w najbliższym czasie się dowiemy.
   Rozmowa toczyła się w najlepsze dalej, a ja nieco się wyłączyłem, wtrącając raz po raz słówko, by nie było to podejrzane. Charles całkiem nieźle radził sobie z zaczynaniem tematów, na które wypowiadaliśmy się za równo my, jak i kobiety, to trzeba mu przyznać.
Natomiast ja skupiałem się w dalszym ciągu na Cody`m, gdyż aż podejrzana wydawała mi się jego postawa. Żadnych wrednych, pełnych pogardy spojrzeń, sugestywnych komentarzy. Wręcz zdarzyło się, że on odpowiedział na coś, co mówiłem ja i to nie we wrogi sposób.
Nie to, żeby mi to szczególnie przeszkadzało, ale zwyczajnie niepokoiło mnie to. Rozumiem, że nie chce sobie psuć w oczach Riley wizerunku idealnego chłopaka, ale błagam, Cody to Cody.
Miejmy nadzieję, ze to nie jest żadna cisza przed burzą.
Gdyby nie ten niepokój, to mogłoby być naprawdę miło. Nie ma sztucznej atmosfery, Julie promienieje mogąc spędzić czas z jej, hm, rodziną, a mi niczego więcej do szczęścia nie potrzeba niż widzieć jej zadowolenie.
No dobra, może jeszcze pewność, ze ten gówniarz nic nie odwali byłaby fajna.
Nie można mieć wszystkiego, tak to szło?


***

  - Rylie jest urocza, prawda? Są słodką parą. - zachwycała się Julie, wyjmując z torby swoje ubrania. 
Owa Rylie już jutro rano musiała wracać do domu, bo w poniedziałek ma jakiś ważny egzamin, a więc coś czuję, że resztę dzisiejszego dnia moja dziewczyna spędzi na rozmawianiu z nią. Nie ze mną. 
- Mhm. - mruknąłem w odpowiedzi, nie będąc zbytnio w nastroju na gadanie o ich szczęściu. 
Leżałem na łóżku, na boku, podpierając się na łokciu i przyglądałem się mojej kobiecie. To cholernie satysfakcjonujące, widząc ją tak przejętą i uśmiechniętą. Natomiast mina mi nieco rzedła, gdy zdawałem sobie sprawę z powodu jej radości. 
Z tego wzgędu starałem się skupić bardziej na jej czarującym uśmiechu i ruchach niż na tym, co konkretnie mówi. 
Może i Cody wydaje się być naprawdę zakochany, ale osobiście raczej nie spodziewałbym się po nim niczego głębokiego i bez ukrytego kłamstwa. 
- Naprawdę dziękuję kochanie, że mimo wszystko ze mną przyjechałeś. - powiedziała podchodząc do łóżka i pochyliła się nade mną, chcąc mnie pocałować. 
Nie mogłem nie wykorzystać takiej okazji i złapałem ją szybko w biodrach, pociągając ją lekko  by się na mnie położyła.
Odpowiedział mi jej chichot.
- Mówię poważnie, Harry. - jęknęła rozbawionym głosem. Oparła dłonie na moim torsie i spojrzała mi w oczy.  - Dziękuję,  nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo mnie uszczęśliwiłeś. - powiedziała z uśmiechem i cmoknęła mnie w usta. 
- Dla ciebie wszystko. - powiedziałem nonszalancko, na co się roześmiała i pokręciła głową. 
- Czyżby? - zapytała, z łobuzerskim uśmiechem. 
- Co tylko zechcesz. - mruknąłem, szczerząc się. 
- Wydaje mi się, że zostawiłam w samochodzie okulary przeciwsłoneczne, mógłbyś ich poszukać? - zapytała słodko. 
Wywróciłem oczami, 
- Już myślałem, że to będzie miało podtekst seksualny, a ty jak zwykle umiesz zniszczyć nadzieje człowieka. - westchnąłem teatralnie.
- Harry!- pisnęła ze śmiechem i schowała twarz w zagłębieniu mojej szyi. 
- No co? - zapytałem, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, widząc jej zażenowanie.
- Nie możesz mówić do mnie takich rzeczy w domu moich rodziców, w którym jest mój ojciec, na litość boską! - jęknęła, nie podnosząc głowy. 
Postanowiłem się z nią podroczyć. 
Objąłem ją w talii i nachyliłem się nad jej uchem. 
- Przecież wiem, że lubisz jak mówię do ciebie te wszystkie sprośne rzeczy... - mruknąłem, zachaczając ustami o płatek jej ucha.
- Boże, Harry, przestań!- uderzyła mnie lekko w klatkę piersiową, a w jej oburzonym głosie słyszałem rozbawienie. 
Uwielbiam się z nią droczyć. 
- A jeszcze bardziej lubisz, jak od słów przechodzę do czynów, czyż nie? - mówiłem tym samym tonem, który działa na nią za każdym razem i doskonale o tym wiem. Sprawiało mi to cholerną satysfakcję. 
- Harry proszę cię, ty lepiej poszukaj tych okularów. - prychnęła i dźwignęła się do siadu, Tak bardzo jak tego w tym momencie nie chciała, tak bardzo jej się to podobało. 
Korzystając z okazji, złapałem ją w biodrach i usadziłem na sobie, upewniając się, że idealnie mnie czuje. 
Zaskoczenie i delikatne rumieńce na jej twarzy usatysfakcjonowały mnie jeszcze bardziej. 
Uwielbiam to jak na mnie reaguje. 
- Harry, musisz przestać! - pisnęła, usiłując wstać, ale nie pozwoliłem jej na to. 
- Przecież ja nic nie robię. - powiedziałem niewinnie, uśmiechając się do niej szelmowsko. 
- Harryyy! - zaśmiała się, ponawiając próbę wstania, na co tym razem jej pozwoliłem. 
- Nie ma z tobą żadnej zabawy. - prychnąłem naburmuszony. 
- W domu moich rodziców - nie. - zgodziła się rozbawiona. - A teraz mógłbyś poszukać w aucie moich okularów? - zapytała słodkim głosikiem. 
- No nie wiem. - mruknąłem teatralnie i wskazałem palcem na mój policzek. 
Julie wywróciła tylko na to oczami i nachyliła się nade mną ponownie, całując mój policzek. 
- No dobra, namówiłaś mnie. - powiedziałem, na co się roześmiała. 
Podniosłem się i skierowałem się do drzwi, po drodze klepiąc dziewczynę w tyłek. 
- Jesteś nieznośny! - zawołała. 
- A ty gorąca! - powiedziałem wychodząc, na co usłyszałem tylko jej prychnięcie. 
W lepszym humorze niż wcześniej zszedłem po schodach, wpadając na rozpromienioną Samanthę i Rylie, które przygotowywały wszystko na tradycyjnego już u nich grilla. 
Zamieniłem z nimi kilka słów i wyszedłem z domu, kierując się na tyły domu, gdzie zostawiłem samochód. 
- Nie będę słuchał tego gówna! - usłyszałem nagle czyjś rozwścieczony głos. Zatrzymałem się zaskoczony i poszedłem w jego kierunku, gdzie po kilku krokach rozpoznałem sylwetkę Cody`ego. Rozmawiał z kimś przez telefon. 
- Kurwa mać, wiem! Nie robię was w chuja, przecież wszystko oddaję! - mówił wściekły, chodząc w kółko.  
A to ciekawe. 
Zbliżyłem się jeszcze trochę, by lepiej usłyszeć, co mówi. Ciekawość była silniejsza. Czyżby miał jakieś kłopoty? Co miał oddać? I kogo niby robi w chuja? 
- Mówiłem, że potrzebuję trochę czasu! Niewiele mi już zostało, dostaniecie wszystko w tym tygodniu! 
Co tu się odpierdala?
- Nie próbuj mi nawet grozić gnoju! Dotrzymam słowa i wy lepiej też tak zróbcie! - warknął. 
O cholera. Niby kto i dlaczego miałby mu grozić? 
- Powiedziałem, w tym tygodniu oddam wam resztę. - syknął ze złością i przeczesał dłonią włosy z frustracją. 
Czyżby ten gówniarz wpakował się w jakieś bagno? 
- Dobra, kurwa, okej! - zawołał z irytacją. - Nara. 
Rozłączył się i zaklął pod nosem. 
Postanowiłem nie czekać, wkroczyć i dowiedzieć się co jest grane. 
- Widzę, że nawet ty potrafisz wpaść w niezłe gówno. - powiedziałem podchodząc do niego. 
Spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony, Tego chyba się nie spodziewał. 
- Spieprzaj Styles. - warknął tylko i odwrócił wzrok, chociaż widziałem po nim, że nie jest taki pewny siebie jak zawsze. 
- Komu i co masz oddać? - zapytałem, ignorując jego wrodzoną uprzejmość. 
- Nie twój interes. Zajmij się swoimi sprawami. - syknął. Co za uparty gnojek. 
- Właśnie to robię. - prychnąłem. 
- Co? - spojrzał na mnie nic nie rozumiejąc. Wywróciłem oczami. 
- Dla mnie najważniejsza jest Julie. A że jakimś pieprzonym cudem jesteś dla niej ważny, wolałbym zapobiec temu, że straci swojego głupiego braciszka przez to, że jest coś winny jakimś szemranym typom. Więc czy chcesz, czy nie, to jest moja sprawa. - wzruszyłem ramionami, starając się dalej grać wyluzowanego, mimo że po pierwsze: szczeniak cholernie działa mi na nerwy, a po drugie: jeśli naprawdę jest komuś coś winien i ten ktoś mu grozi, to trzeba się tym zająć i głupkowi pomóc mimo, że to ostatnie na co mam ochotę. 
- Nie potrzebuję twojej pomocy. - syknął.
- Gadaj i nie wkurwiaj mnie. - warknałęm. - W co się wjebałeś?
Uparcie milczał i unikał mojego wzroku, bijąc się z myślami. 
- Nie mamy całego dnia, mów. - ponagliłem go stanowczo. 
- Te dragi, które mi dajesz nie są dla mnie, - wykrztusił w końcu. 
To pięknie, kurwa. 
Wydaję grube pieniądze na porządny towar, żeby gnojowi nie zaszkodziło, a to nawet nie dla niego. 
- Dla typów, od których kupowałem to gówno, które też zresztą nie było dla mnie. 
- Ni chuja nie rozumiem, co ty w tym momencie mówisz. - powiedziałem zirytowany. 
- Umówiłem się z dwoma ćpunami, żeby coś dla mnie zrobili, wzamian chcieli dragi. Więc je kupowałem od tych typów. Plan się zjebał, towaru nie było, a tamci chcieli kasę, której nie mam. A wtedy napatoczyłeś się ty i postanowiłem to wykorzystać. - mówił wściekły.  
- Ty idioto! Czy ty w ogóle siebie słyszysz? To ja kurwa rzucam to cholerstwo, wydaje pieniądze, żebyś się nie zaćpał jakimś gównem, bo Julie by tego nie przeżyła, okłamuje ją cały czas, a ty kurwa odwalasz coś takiego?! - nie mogłem pohamować złości. 
- Rzuciłeś robotę u Damiena? - spojrzał na mnie zaskoczony. 
- Wyobraź sobie dupku, że tak! - warknąłem. 
- I kupowałeś to wszystko co mi dawałeś? Tylko dlatego, że bałeś się, żebym nie wziął jakiegoś lewego towaru?  - dopytywał dalej, co mnie jeszcze bardziej wkurwiało.
- Po jakiemu jak mam ci to powiedzieć, żeby dotarło? - syknąłem wściekły. 
Nie wierzę w głupotę tego dzieciaka!
- Kurwa, przepraszam. - jęknął sfrustrowany, a ja aż przystanąłem. 
- Co, proszę? 
- Przepraszam stary, okej? - zawołał. - Kurwa, nie chciałem tego wszystkiego! Pogubiłem się w tym całym gównie, nie chciałem w to wszystko wciągać jeszcze ciebie i Julie. - przetarł twarz dłońmi, zdenerwowany. 
A mnie szlag trafił. 
- Pogubiłeś się? Nie chciałeś tego? Czy ty siebie kurwa słyszysz? Jak bardzo głupi ty jesteś?! 
Chciał już coś odpowiedzieć, ale zamiast jego usłyszałem inny głos, który znałem bardzo dobrze. 
- Co tu się dzieje?! - Julie nagle pojawiła się znikąd, a moje serce sie na chwile zatrzymało. 
Cody patrzył na mnie spanikowany, nie wiedząc co zrobić, podczas gdy ja wcale nie byłem lepszy. 
Co teraz, CO TERAZ?!
Brunetka wbijała we mnie rozwścieczone spojrzenie, które gdyby mogłoby zabijać, to już bym nie żył. 
- Ja... - zacząłem ale nie miałem pojęcia co mam jej powiedzieć. 
- Nie wierzę, Harry! - krzyknęła. - Jak możesz tak do niego mówić?! A ty, Cody?! Co tu się stało?! - patrzyła na nas wściekła. 
Cody patrzył to na mnie to na nią, nie wiedząc jak sie zachować. 
Przysięgam, zaraz padnę na zawał. 
- Dowiem się w końću? - warknęła, aż drgnąłem. 
Co mam jej powiedzieć? Jak z tego wybrnąć? 
Do głowy nie przychodziło mi zadne logiczne i mało ryzykowne wytłumaczenie. 
- To nie tak... - zacząłem, ale znowu wpadła mi w słowo. 
- Nawet tak nie mów, Harry! Chcę wiedzieć, co się stało, o co się kłóciliście. TERAZ. 
 Boże, co ja mam zrobić? 
Po kolejnych chwilach ciszy, odetchnęła głęboko i ponownie się odezwała. 
- Jutro, gdy odwieziemy Rylie, chcę znać prawdę. Podkreślam: prawdę. I nawet nie próbujcie mnie okłamywać. A teraz do domu, i beż żadnych głupich odzywek i docinek, macie się zachowywać normalnie. - mówiła tonem nie znoszącym sprzeciwu.  
- Julie... - zacząłem, chcąc jakoś ratować sytuację, ale nie było mi to dane.
- Nie. - warknęła tylko. Nie obdarzyła mnie nawet dłuższym spojrzeniem.
Cody bezradnie poszedł do domu, a zaraz za nim, szybkim krokiem powędrowała Julie, nie czekając na mnie.
Nie wierzę w to co się właśnie stało.
Jak ja się z tego wytłumaczę? Co jej powiem?
I przede wszystkim, jak dużo słyszała? 
 Czułem jak krew pulsuje mi w żyłach.
Gorączkowo starałem się wymyślić jakiś racjonalny powód naszej kłótni z Cody`m, ale na próżno.
Nawet nie wiem, w którym momencie nas usłyszała. Starałem sie przypomnieć sobie co mówiłem, ale miałem zbyt duży mętlik w głowie.
Kurwa, już dawno nie widziałem jej tak bardzo wściekłej i wyprowadzonej z równowagi.
- Możesz chociaż raz zrobić to o co cię proszę i wejść do tego domu?! - jej podirytowany głos wyrwał mnie z otępienia.
Cholera.
Jestem skończony.

*oczami Julie* 
 Z determinacją przeszukiwałam torbę w poszukiwaniu moich okularów, podobnie jak zrobiłam to już z całym pokojem. Nic to nie dało. Muszą być w aucie.
Z westchnieniem usiadłam wygodnie na łóżku i czekałam na Harry`ego. Czułam się taka spokojna.
Odprężona.
Widząc mojego tatę szczęśliwego u boku Samanthy, czułam w końcu, że wszystko jest na swoim miejscu. A mama patrzy na nas wszystkich i nad nami czuwa.
Wiem, że byłaby szczęśliwa, że tata w końcu nie jest sam i znalazł odpowiednią osobę.
Nawet nie myślałam, że kilka tych wspólnie spędzonych chwil przyniesie mi takie ukojenie i wewnętrzny spokój.
Wszystko w końcu zaczęło się układać. Tata jest szczęśliwy.
Cody ma wspaniałą i uroczą dziewczyną, z którą tworzą cudowną parę. A między mną i Harry`m też nie mogło być lepiej. Nie myślę już o żadnych zdarzeniach z ostatnich tygodni, żadna negatywna myśl już mnie nie męczy.
Ile bym dała, żeby trwało to jak najdłużej... Zdecydowanie musimy się wszyscy razem częściej spotykać, chociażby na zwykły obiad, by porozmawiać i spędzić razem czas.
To naprawdę świetne uczucie, będąc o wszystko spokojnym i po prostu szczęśliwym.
Swoją drogą, gdzie ten Harry? Czekam na niego i czekam, a wiem, że Samantha i Rylie już zaczęły szykować grilla i chciałabym im pomóc.
Bez dłuższego zastanawiania wstałam i zeszłam na dół.
Aromat przypraw czuło się już z korytarza.
- Mmmm, pięknie pachnie. - powiedziałam z błogim uśmiechem wchodząc do kuchni.
- Jak zawsze u Samanthy. - zaśmiała się Rylie.
- Zauważyłam. - zgodziłam się ochoczo.
- Już mi tak  nie słodźcie, tylko mówcie co wolicie, czosnek czy papryka? - zapytała uśmiechnięta kobieta.
Spojrzałyśmy tylko na siebie z Rylie.
- Papryka. - powiedziałyśmy zgodnie.
- Wedle życzenia! - powiedziała wesoło Samantha i kontynuowała doprawianie.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytałam z zapałem.
- Pomyślałam, że mogłybyśmy jeszcze zrobić sałatkę. - powiedziała Rylie.
- Świetny pomysł! - zgodziłam się ochoczo i od razu udałam się po nóż i deskę do krojenia.
- Julie, skarbie  zanim zaczniesz,mogłabyś  jeszcze poprosić tu Cody`ego albo Harry`ego? - zapytała Samantha.
- Pewnie, zaraz wracam. - odparłam i wyszłam z kuchni.
No właśnie, gdzie ten mój Harry?
Wyszłam z domu i uśmiechając się do taty, który szykował grilla, udałam się na tył domu.
Myślałam, że może zagadali się z tatą i we trójkę wszystko przygotowują.
O dziwo, nigdzie nie widziałam chłopaków. Przy samochodzie Harry`ego też ich nie widzę.
Ale im bliżej zbliżałam się auta, tym wyraźniej słyszałam jakieś krzyki, co mnie zaalarmowało.
Przyśpieszyłam i ruszyłam tam, skąd dochodziły podniesione głosy.
Serce momentalnie zabiło mi szybciej? A jeśli coś się stało?
Szybko rozpoznałam z małej odległości głos Cody`ego i Harry`ego.
- Czy ty siebie kurwa słyszysz? Jak bardzo głupi ty jesteś?! - usłyszałam Harry`ego i wszystko się we mnie zagotowało.
Nawet nie czekałam na dalszy ciąg tej kłótni tylko od razu, pod wpływem impulsu wpadłam między nich.
- Co tu się dzieje?! - zawołałam wściekle. Zaraz mnie coś rozniesie, przysięgam. 
Nie wierzę, że stoją tu i się kłócą! I to w jaki sposób? Dlaczego do cholery Harry mi to robi? Wiem, że nie lubi Cody`ego, ale sam powiedział, że pojedzie ze mną, więc sądziłam, że nie będzie stwarzał problemów. 
Oboje patrzyli na mnie, jakby zobaczyli ducha. 
- Ja... - zaczął Harry, ale tylko sprowokował mój wybuch. 
- Nie wierzę, Harry! - krzyknęłam będąc już u kresu wytrzymałości.Gotowało się we mnie, a myśli przeltywały po mojej głowie z niewyobrażalną prędkością.  - Jak możesz tak do niego mówić?! A ty, Cody?! Co tu się stało?! - patrzyłam to na jednego, to an drugiego, desperacko pragnąc wyjaśnień. O co mogli w ogóle zacząć się kłócić?
Ich milczenie tylko potęgowało mój gniew. 
Nie wiem co bardziej mnie rozwścieczało, czy fakt, że Harry był taki okropny dla Cody`ego i się pokłócili, że to, że nadal nie wiem o co poszło, a oni uparcie milczą.  
- Dowiem się w końću? - warknęłam ze złością. 
- To nie tak... - zaczął ponownie Harry, ale nawet nie chciałam słyszeć tego tandetmego zdania, które zawsze zwiastuje same kłopoty. 
- Nawet tak nie mów, Harry! Chcę wiedzieć, co się stało, o co się kłóciliście. TERAZ. - zażądałam. 
Oczywiście, znowu nei doczekałam się odpowiedzi, co skutecznie wystawiło moje nerwy na próbę.
Wzięłam głęboki oddech, próbując się opanować, bo jeszcze chwila a ze złości i żalu pociekłyby mi łzy.
Myśl, Julie. Myśl.
Teraz nic od nich nie wyciągnę, lada chwila przyjdą pozostali, nie mogę zepsuć wszystkim tego popołudnia!
Wystarczy, że oni popsuli je mi.
Nagle w głowie zaświtał mi pomysł. Nie widząc innego rozwiązania, nie czekałam.
- Jutro, gdy odwieziemy Rylie, chcę poznać prawdę. Podkreślam: prawdę. I nawet nie próbujcie mnie okłamywać. A teraz do domu, i beż żadnych głupich odzywek i docinek, macie się zachowywać normalnie. - powiedziałam pewnie.  
- Julie... - odezwał się Harry, ale naprawdę nie miałam ochoty na jego pokrętne starania uspokojenia mnie.
- Nie. - warknęłam z irytacją, na co zamilkł.
Tak bardzo jak tego nie chciałam, tak ich zawzięte milczenie i widoczne zakłopotanie martwiły mnie jeszcze bardziej. Bo gdyby chodziło o zwykłą sprzeczkę, wyjaśnili by mi to, prawda?
Nie chcę nawet myśleć, co się stało.
    Cody posłusznie ruszył w stronę domu, a ja z wdzięcznością w duchu poszłam za nim, nie chcąc nawet patrzeć na Harry`ego, bo wiem, że puściłyby mi nerwy.
Stanęłam na werandzie i obejrzałam się za siebie. Harry dalej stał w miejscu, co jeszcze bardziej mnie rozdrażniło.
- Możesz chociaż raz zrobić to o co cię proszę i wejść do tego domu?! - powiedziałam z irytacją.
Ocknął się na moje słowa i zrezygnowany ruszył w moją stronę.
Nie czekałam na niego, nie chciałam dawać mu szansy na zaczepianie mnie i stwarzanie niepotrzebnych scen.
Czy naprawdę, za każdym razem gdy przyjeżdżam do własnego, rodzinnego domu musi się dziać coś, co sprawi, ze odechce mi się wszystkiego?
Pierwszym razem, gdy Harry pojawił się w moim życiu, nieproszony przyjechał tutaj, kłamiąc bezczelnie, że jesteśmy razem, kiedy nie byliśmy.
Niesamowicie mnie to zdenerwowało, cąła ta szopka, którą odstawił przed moimi najbliższymi.
Kolejnym razem okazało się, że zataili przede mną fakt, że będę miała "macochę".
A teraz? Co będzie się działo kolejnym razem?
- Wszystko już gotowe! - zawołała śpiewnym głosem Samantha.
     Odetchnęłam głęboko. Muszę się skupić, by udawać szczęśliwą i uśmiechniętą. Nie pozwolę, by ktokolwiek więcej miał dzisiaj zły humor.
Nie.
     Szybko doszłam do wniosku, że mój pomysł był całkiem dobry. Jutro gdy odwieziemy Rylie, zostaniemy we trójkę, porozmawiamy na spokojnie, wysłucham ich wersji i nikt inny się nie dowie.
Nie chcę już nikogo więcej mieszać w to wszystko. A już na pewno nie będę się kłócić z Harry`m w domu rodziców.
     Inna sprawa to fakt, że nie jestem pewna czy jutro uwierzę w jakiekolwiek słowo Harry`ego.
Ostatnimi czasy przekonałam się, że szczerość nie jest jego mocną stroną, bagatelizuje pewne sprawy.
Czy ja jestem w stanie mu w cokolwiek uwierzyć?


***

- Dobranoc kochani! - pożegnała nas Samantha i tata. 
- Dobranoc! - odpowiedziałam z uśmiechem i weszliśmy do mojego starego pokoju. 
Nareszcie. Nie muszę już udawać. 
To znaczy, może nie do końca byłam zmuszona udawać przez cały wieczór, bo naprawdę ogromną przyjemność sprawiało mi spędzanie czasu z rodziną, ale wspomnienie krzyczących chłopaków, cały czas siedziało mi w głowie. 
Muszę też przyznać, że i oni sami sie spisali. Może byli nieco przygaszeni i nie mówili zbyt wiele, ale zachowywali się w miarę naturalnie, uśmiechali się i nie stwarzali przykrej atmosfery. 
- Julie... - zaczął Harry, wyrywając mnie z zamyślenia. Nie, nie mam już siły dzisiaj się z tym mierzyć. 
- Nie Harry, proszę cię, nie zaczynaj. Nie mam dzisiaj siły na tą rozmowę. - powiedziałam zmęczona, czując jak łzy zbierają mi się w kącikach oczu. 
- Ale ja chcę ci to wyjaśnić. - powiedział stając przede mną i ujmując moje dłonie. 
Zabrałam je, nie chcąc już dzisiaj mieć z nim kontaktu. 
- Naprawdę, nie mogłeś wytrzymać tych dwóch dni? Tylko dwa dni, Harry, czy o tak wiele proszę? - mówiłam z wyrzutem. - Musiałeś zaczynać? Musiałeś się z nim kłócić? Nic dla ciebie nie znaczy to, że dla mnie te dwa dni są cholernie ważne? - głos mi się załamał, przy ostatnich słowach. 
- Skąd wiesz, ze zacząłem? Julie, to nie tak, ja nie... 
Nie mogę w to uwierzyć. Jak zwykle zaprzecza, jak zwykle jest niewinny i jak zwykle skupia się na sobie, a nie na tym, że zniszczył coś, co było dla mnie ważne. 
Czy to się w końcu zmieni?!
- Wiesz co? Zamknij się. - warknęłam z irytacją i czując, że łzy zaczynają mi spływać po policzkach, weszłam do łazienki. 
Nie chcę płakać na jego oczach. 
Nie chcę pokazywać, jak bardzo jest mi przykro. 
Stanęłam przed lustrem i oparłam się o umywalkę. Wyglądałam okropnie. 
Pozwoliłam łzom swobodnie płynąć, jednocześnie związując włosy, przebierając się i szykując do snu.  
Przed wyjściem uspokoiłam się trochęi przemyłam twarz chłodną wodą. 
Mam dosyć dzisiejszego dnia. Jestem cholernie zmęczona w każdy możliwy sposób, a im więcej myślę, tym bardziej przekonuję się do myśli, że moje szczęście zwyczajnie nie może trwać długo. 
Smutne, ale na to wygląda. 
Mam tylko nadzieję, że jutrzejszy dzień przyniesie mi jakieś odpowiedzi, cokolwiek. 
Bo jak na razie wiem tylko, że jestem cholernie zła i jest mi cholernie przykro. 
_________________________________________

Heej ♥
Znowu na chwilę ożywam, zostawiam rozdział i czekam na jakiś znak, ile was właściwie zostało :D
Coś jakby się działo, nie? xd
 MÓWIĘ WAM, POLUBICIE CODY`EGO ♥
hahahah czekam na ten moment <3 
Ale to w kolejnych rozdziałach, nie obiecuję nawet kiedy, bo kto mnie tam wie xd
Ten nie jest tak długi jak zwykle, ale chciałam już Wam coś dać i to chyba dobry moment, by zatrzymać akcję i dać Wam do myślenia :3 

swoją drogą, związek Julie i Harry`ego jest taki trochę jakby pojebany, nie? Xd
Ale i tak ich kocham ♥

Miłego zbliżającego się weekendu i jak najwięcej słońca skarby! :3
Gdyby ktoś miał jakieś pytania, czy cokolwiek, to nie gryzę :>
tt: @sheeranable 

poniedziałek, 14 marca 2016

52. Never enough



BACK FROM DEAD, YES.
jest tu jeszcze ktoś?

Lips so good I forget my name
I swear I could give you everything
I don’t need my love, you can take it
I don’t need my heart, you can break it 
I just can’t get too much of you, baby
It's never, it's never enough
Never enough.



 *oczami Harry`ego*

  - Cholera stary, nie gadaliśmy dość długo, ale nie spodziewałem się, że aż tyle się u ciebie w tym czasie działo. – przyznał Zayn.
 - Taaa… - westchnąłem, biorąc łyk piwa.
- Teraz po kolei. Co z twoim ojcem, jak się czuje? – zapytał
- Rozmawiałem z nim dzisiaj przez telefon, mówi że czuje się w miarę, ale podejrzewam, że czuje się po prostu chujowo. – powiedziałem smętnie.
- Przykro mi Harry, naprawdę. – powiedział szczerze Zayn. Pokiwałem tylko głową i posłałem mu krzywy uśmiech wdzięczności. – Ale wiesz, cieszę się, że udało ci się z nim jakoś porozmawiać. To dużo dla niego znaczyło i myślę, że dla ciebie również.
- Nie spodziewałem się takiego obrotu akcji. Gdy to wszystko mówił, czułem się jakbym rozmawiał z kimś innym. To było aż niedorzeczne słuchać jego przeprosin. nie wiedziałem jak mam zareagować, bo przecież… on mnie nienawidzi. –westchnąłem opuszczając ramiona w dół.
- Stary, on wcale cię nie nienawidzi. Dlaczego tak myślisz?
- Bo każdy mnie nienawidzi… -mruknąłem jak mały bachor i wziąłem porządnego łyka piwa.
Zayn zaśmiał się szczerze i pokręcił z niedowierzaniem głową. Walnął mnie pięścią w ramię i dodał w uśmiechem.
- Jaki z ciebie dzieciuch, Styles!
- Taka prawda! Julie też zaczyna mnie nienawidzić. Coraz bardziej się boję, że przestanie mi ufać, a wtedy ją stracę. Zayn, nie mogę jest stracić, rozumiesz? Jest dla mnie najważniejsza, a tymczasem ja pakuję się z jednego gówna w drugie nie mówić jej niczego i jest za mną niekończący się sznur kłamstw, z którego nie umiem się wyplątać. Jeszcze ten przeklęty Dylan się znowu koło niej kręci! Jak mam spokojnie żyć, nie mówiąc jej co mnie dręczy?! - mówiłem czując narastającą irytację z mojej bezradności.
- A nie pomyślałeś, żeby jej po prostu powiedzieć co cię dręczy, geniuszu?
- Oh, tak. Z rozkoszą przyznam jej się, że siedzę po uszy w narkotykach. - mruknąłem z sarkazmem.
- No przecież nie jest już tak źle… próbujesz to jakoś zakończyć, mam rację?- upewnił się.
- No tak, ale i tak nie mogę jej powiedzieć. Ona myśli, że ten etap jest już dawno za mną, że go pewnie w ogóle nie było.
- Julie jest w tobie zakochana na zabój, więc im dłużej odwlekasz tym bardziej będzie zraniona jeśli dowie się o wszystkim. Pomyślałeś o tym co się z nią stanie?
- Stary, cały czas o niej myślę, rozumiesz?! Dlatego nie chce jej w to pakować. Jedyne na czym mi zależy, to żeby była szczęśliwa i robię to co dla niej dobre.
- Więc wolisz ją okłamywać… To też jest jakieś rozwiązanie, Harry. Ale wiesz jakie…? Zacnie chujowe! –krzyczy w moją stronę.
- Oh błagam! Ty też jesteś taki lojalny wobec Vicky?! Bo jakoś mi się nie wydaje. –podnoszę głos z frustracji i marszczę czoło, patrząc na niego wrednie.
- A właśnie ci się wydaje. Coraz lepiej nam się układa, jeśli cię to obchodzi…
- Ta? –pytam szczerze zaskoczony.
- Ta dziewczyna jest taka… szalona. Zaczynam czuć, że dobrze zrobiłem, wiesz? Z Perrie to nie było to… dużo się kłóciliśmy, pogadać też już nie mieliśmy o czym, cały czas jej coś nie pasowało w moim zachowaniu i wiesz… Nie mogę powiedzieć, że jej nie kochałem, bo byłem w niej zakochany jak cholera, ale to jakoś zaczęło przemijać. Nie czułem, że ona odwzajemnia to tak samo jak ja. A Vicky… Nie jesteśmy jeszcze na takim etapie, żeby sobie słodzić i w ogóle, ale… Sam nie wiem. Dobrze nam razem i nie chciałbym tego zmieniać.
- To dobrze, Malik. Po tej twojej pijackiej rozróbie sądziłem, że długo z tego nie wyzdrowiejesz, a tu proszę. Znowu w akcji. –uśmiechnąłem się do niego promiennie na co jakby trochę się zawstydził i spuścił wzrok na dół. – Nie spierdol tego.
-Nie spierdolę. I tobie też to radzę.
- To nie jest takie proste. -westchnąłem.
- No jakbym tego nie wiedział, stary. Ale ściskaj dupę i rób co trzeba, a nie udajesz, że ci zależy a i tak pakujesz się w niezłe gówno.
- Chcę się z tego wyplątać. Tłumaczyłem ci to osiemnaście milionów razy, ale teraz przeszkadza mi ten dzieciak i wszystko psuje.- powiedziałem niezadowolony.
- Jaki dzieciak? -spojrzał na mnie marszcząc brwi.
- Nie słuchałeś mnie, debilu. Ten cały Cody!
- Aaa. Ten dzieciak. Myślałem, że postanowiłeś zabawić się z J  na inny sposób i będziemy mieli jeszcze jedno dziecko w rodzinie.- powiedział z uśmiechem.
- A weź, Malik! Nie da się z tobą chwilę normalnie porozmawiać! –wyrzucam z siebie wściekle a on zaczyna się śmiać.
- No i co z tym Codym? Wkurza cię, ok, każdy nowy człowiek, cię wkurza, powiedzmy to sobie szczerze. Nie dał ci powodów, żeby go od razu znienawidzić.
- No jak to nie dał!? Gówniarz mi grozi, że wypapla Julie o tym, że siedzę w narkotykach. I jeszcze muszę mu załatwiać działki na free. Jak mam się na niego nie wkurwiać?
- Jakbyś powiedział Julie prawdę, nic by na ciebie nie miał a działki mógłbyś podrzucać mnie jak tak bardzo ci kasa ciąży, że możesz nią sobie szastać na lewo i prawo. - wzruszył ramionami.
- Przynajmniej już nie jestem przywiązany do Damiena. Działki działkami, ale nie muszę już dla niego pracować. Ostatnimi czasy bardzo mnie wkurzało to całe usługiwanie.
- Nie podoba mi się to, wiesz? - powiedział z zastanowieniem - Damien nie jest typem człowieka, który tak łatwo odpuszcza. Byłeś najlepszy, nie miałeś problemów z glinami tak często jak inni, cenił cię. Nie sądzę, że zerwanie z nim umowy jest takie proste, jak w twoim przypadku. Nie ufam mu, nikt mu nie ufa, Harry. A jeżeli tak naprawdę wcale się z tego nie wyplątałeś? Stamtąd tak łatwo się nie odchodzi…
- Wiem, dlatego zdziwiłem się, że tak łatwo odpuścił. Powiedział, że musi tylko znaleźć godnego mi zastępcę. I… Zayn. On wie o Julie. -westchnąłem.
- Co? –zapytał wyraźnie zaskoczony.
- Powiedział, żebym ją pozdrowił.
- O staryyy. Źle, bardzo źle to wróży. To jest Damien, powtarzam. Jakbym miał się z nim znowu spotkać sam na sam, zesrałbym się w gacie. A tymczasem on mówi ci, żebyś pozdrowił swoją laskę. Nie wiem jak ty, ale ja bym się teraz bał o jej bezpieczeństwo.
- Stwarzasz nerwową sytuację, Malik.- burknąłem - Nie ma co się od razu tak denerwować, tak? Może po prostu mnie sprawdzał, przecież musiał sprawdzić wszystkich.
- Chcesz mi powiedzieć, że masz to w dupie? –prycha w moją stronę.
- Aż tak to nie, ale nie będę się denerwował na zapas niepotrzebnymi rzeczami, które mogą się w ogóle nie wydarzyć.
- Łaaał. Wcale się teraz nie dziwię, że się miedzy wami nie układa.- prychnął ironicznie,
- Ej, no nie o to chodzi, rozumiesz? Mam teraz tyle rzeczy na głowie, że nie chce sobie dokładać problemów.
- Sam je sobie dokładasz, nie mówić Julie prawdy. Pomyśl ile mógłbyś zyskać gdyby tylko wiedziała?
- Mógłbym stracić Julie… A tego bym nie przeżył. Umarłbym, gdyby ode mnie odeszła.
- Może warto jej o tym powiedzieć? Skoro nie masz jaj, żeby powiedzieć jej, że załatwiasz dzieciakowi narkotyki i Damien ma cię na widelcu, to chociaż pokaż jej, że ją kochasz i módl się, żeby to wystarczyło. Druga taka kobieta ci się nie trafi, Styles.
- Wiem… Wiem, Zayn. – mówię trochę smutno i obaj wpadamy w krótką zadumę. Pijemy piwo i patrzymy przed siebie, jedynie oddychając.
      Z jednej strony chciałbym, naprawdę szczerze, chciałbym jej wszystko powiedzieć, ale strach zawsze wygrywa. Przez tę rozmowę zaczynam się obawiać Damienia i jego potęgi. Cholera, a nie przejmowałem się tym tak bardzo. Nie wiem co jest lepsze, między czym mam wybrać?
Czeka mnie jeszcze długi weekend z tym szczylem, ugh. Pomóż mi , Boże, żebym go tylko nie udusił gołymi rękoma. Mam być miły i spokojny, gdy w środku, będzie mnie rozrywało, podczas jego żałosnych prób zaimponowania przed Julie i jej ojcem. Aż mi się rzygać chce jak sobie pomyślę o tym, że będę musiał z nim żyć pod jednym dachem. Ale czego się nie robi dla kobiety? Dla mojej cudownej, prześlicznej kobiety.
Uświadamiam sobie, że nawet okłamuję ją wtedy gdy ją zadawalam, ciesząc się na ten głupi wypad razem. Cały nasz związek utrzymuję na kłamstwie. Jedyną prawdą jest to, że ją cholernie kocham.
Ale to dla jej dobra, prawda?
- Harry? –pyta Zayn wyrywając mnie z zadumy.
- Hm? –mruczę jedynie nawet na niego nie patrząc.
- Jedź do niej.
- Czekałem aż to powiesz. –oddycham w ulgą i czuję w brzuchu dziwny skurcz, ciesząc się na myśl, że zobaczę Julie.
- Powodzenia na weekendzie. I błagam nie spierdol tego. –uśmiecha się do mnie Malik a ja porywam swoją dżinsową kurtkę, przybijam z nim piątkę i wychodzę w pośpiechu z mieszkania.


20 minut później
*oczami Harrego*
Będzie czerwoooonoooo :3
    Stoję pod drzwiami mieszkania Julie i dzwonię dzwonkiem jak porąbany, po prostu cały czas, już od jakichś dwudziestu sekund. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest środek nocy i dziewczyna może najzwyczajniej w świecie spać, ale muszę ją zobaczyć i to w tym momencie. Oddycham niespokojnie w oczekiwaniu i nadal gwałcę przycisk dzwonka. Drzwi otwierają się na moje szczęście i stoi w nich moja cudowna kobieta w potarganych lekko włosach, w luźnej koszulce, która chyba kiedyś należała do mnie i przeciera dłonią oczy, jakby chciała się rozbudzić.
- Co się stało, do chol…? -zaczyna, ale nie mogę się powstrzymać przed nie pocałowaniem jej.
Leciutko mruczy, zaskoczona moim nagłym ruchem. Otulam jej twarz dłońmi, ale zaraz przenoszę je na plecy, to na szyję, to na ramiona. Nie wiem, gdzie mam je podziać, bo chciałbym dotykać jej wszędzie.
Ona umiejscowiła swoje ręce na moim karku i stara się oddawać moje szybie, niesamowicie pożądliwe pocałunki, jakimi ją obdarowuję.
- Har…co…stał…hmm? –tyle jedynie potrafi powiedzieć, jestem zbyt natarczywy, aby pozwolić jej mówić. 
   Zamykam jakimś cudem drzwi i prowadzę ją swoim ciałem na równoległą ścianę. Gdy czuję w końcu opór, bo nie mogę jej wcisnąć dalej opadam przed nią na kolana. Jest w takim szoku, że odpowiada na to tylko głośnym, oh naprawdę głośnym, westchnięciem.
- Jesteś sama w domu? – pytam patrząc się w jej oczy, a ona jedynie kiwa potwierdzająco głową. – Dobrze. –dodaję nonszalancko i całuje jej brzuch przez materiał koszulki.
   Podwijam ją delikatnie w górę i znów składam mały pocałunek tym razem na gołej skórze. Raz po raz przykładam wargi do jej brzucha po czym leciutko drażnię zębami jej zgrabne boczki. Zaciskam ramiona wokół jej bioder zostawiając małe buziaczki na środku jej brzucha. Jest taka rozpalona, cała moja.
Pieszczę dłońmi jej słodkie pośladki, tył ud i znów wracam na plecy. Nie jestem już wstanie się powstrzymać od upragnionego i zsuwam jej majtki w dół. Opiera się przez sekundę, ale moje pocałunki pozwalają jej się odprężyć.
Czarna bielizna ląduje tuż obok jej stóp, tak żeby mogła na nią spojrzeć w każdej chwili. Żeby wiedziała, że nie ma jej teraz na sobie. Urwany oddech opuszcza jej gardło i instynktownie dotyka moich włosów obok uszu gdy mój język wita ochoczo zwieńczenie jej nóg. Jest taka wilgotna, że trzeba jej przygotowywać, lecz mimo wszystko chcę ją zadowolić. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nie sprawiałem jej przyjemności w taki sposób, będąc głową między jej nogami gdy stoi. Cóż, teraz na pewno nigdy tego nie zapomni.
Zaciskam palce na jej biodrach, więc ucieka odruchowo w tył lecz nie ma wielkiego pola do ucieczki przez ścianę tuż za nią. Wygina się łopatkami w tył, dlatego kładę jedną rękę między jej piersiami i prowokuję do pozostania w wyprostowanej pozycji. Moje usta jeszcze mocniej drażnią jej najdelikatniejsze miejsce. To takie podniecające, cholera.
- Harry… -wydusza z siebie moje imię i przyciąga mnie do siebie bliżej. Warczę lekko a Julie znów jęczy i podnosi się na palcach u stóp.
    Nie wie co ma zrobić z dłońmi podobnie jak ja, ale mimo wszystko i tak mam więcej miejsc do obmacania niż ona. Czuję jak napina mięśnie i wstrzymuje oddech. Jest tak blisko, ale nie chcę jeszcze pozwolić jej na to by doszła. Odnajduję jej dłonie i łączę je razem z moimi. Zaciska je tak mocno, że potwierdza jak dobrze jej robię, nie musząc używać słów.
Odsuwam się od niej i zaczynam całować delikatnie jej dłonie, które tak mocno mnie trzymają. Dźwięk zawodu opuszcza jej usta, a ja lekko i nostalgicznie całuję jej skórę dłoni, czy knykcie, które zrobiły się białe przez wbijanie we mnie paznokci. Spogląda na mnie pragnąc w ten sposób uspokoić oddech, ale marnie jej to wychodzi. Śpiące przez chwilą oczy, płoną z pożądania. Wstaję nadal trzymając jej ręce przy ustach. Góruję nad nią, nad jej maleńką, jakże bezbronną postacią.
- Kocham cię, skarbie. – mówię w jej usta i otulam jej policzki dłońmi.
- Harry…
- Tak strasznie cię kocham. Kocham cię najbardziej na świecie, Julie. –ponownie przyciskam do niej usta, tak mocno jak wcześniej i całuję ją namiętnie.
Podsadzam ją sobie wyżej, żeby mieć ją na swojej wysokości dzięki czemu, może opleść nogi wokół mnie. Jeszcze przez krótką chwilę walczy ze mną chcąc przejąć kontrolę, ale nic z tego. Przeciągam jej koszulkę przez głowę i zaczynam całować jej szyję i ramiona. Czuję jakbym nie widział jej całe wieki, a tak naprawdę spotkaliśmy się kilka godzin temu. Jęczy głośno gdy zagryzam jej skórę na szyi i przystawiam usta na tak długo i w takiej pozycji, aby być pewnym, że zostanie na niej ślad.
- Harry, co się stało? –pyta z trudem, ale jednak udaje jej się wypowiedzieć te słowa całkiem spójnie.
- Kocham cię, tak cholernie cię kocham. – powtarzam ponownie i składam serię szybkich, drobnych buziaczków na jej twarzy.
- Dlatego przyszedłeś w środku nocy, dzień przez wyjazdem, żeby mi to powiedzieć? –pyta próbując pozbyć się ze mnie kurtki.
- Nie mogłem czekać. –kończę tę niepotrzebną rozmowę i przylegam do niej na długo. – Kocham cię, Shawty.
Nie mówi nic więcej, bo nawet ja nie spodziewałem się, że znajdę się w niej tak szybko. Nie pamiętam nawet momentu, kiedy rozsunąłem spodnie i po prostu, bez żadnego oporu, się w niej znalazłem. Jakby mi brakowało czasu zacząłem się z niej poruszać, zupełnie nie dając nam chwili na przyzwyczajenie się do swoich ciał.
Ja byłem całkowicie ubrany, ona zupełnie naga, do tego znajdywaliśmy się przed samym wejściem do otwartego domu. Marzenie. Nie mogłem nacieszyć się jej pocałunkami. Wtuliłem się w jej włosy i nieustannie się poruszając oddychałem gardłowo w jej skórę, co jakiś czas całując ją za uchem.
- Ooh, boże! –kwili krótko i przytula mnie do siebie mocniej. Czuję, że jest blisko. Wszystkie mięśnie proszą o rozluźnienie. Oh, jeszcze chwila, Skarbie, jeszcze chwila.
Pokrywam ją pocałunkami i zgarniam jej włosy z twarzy obserwując jak pięknie wygląda. Przenoszę dłonie na jej biodra, żeby je unieruchomić, bo moje pchnięcia nie są na tyle delikatne, żeby utrzymać je w tej samej pozycji. Powiedziałbym, że podchodzą pod brutalne, no ale…
- Harry, ja… - Julie za wszelką cenę pragnie dokończyć to zdanie, lecz najwyraźniej jej organizm ma inne plany. Zaciska oczy i tworzy z ust literkę „o”. Wulgarne słowa, które wypowiadam widząc ten widok sprawiają, że ciało Julie przechodzi dreszcz.
- Julce, kotku…
Słyszę jedynie jej krzyk rozkoszy, jakim obdarowuje wszystkie pomieszczenia i przedmioty w jej mieszkaniu puls oczywiście mnie. Ciężko opada czołem o mój bark i dyszy podczas, gdy ja usilnie staram się nie ruszać. Jeszcze kilka pchnięć i mógłbym w niej dojść nie mając prezerwatywy. Więc trzymam swoją silną wolę w bezruchu i pozwalam się przyzwyczaić Julie do normalności po szczytowaniu. Za to we mnie gotuje się jak w kotle z wrzątkiem.
- Skarbie… -zaczynam delikatnie, podczas powolnego głaskania jej pleców.
Julie podnosi swoją głowę i łączy nasze usta w powolnym i przeciągłym pocałunku.
- Kotku, już nie wytrzymam… - syczę przez zęby i uśmiecham się niemrawo.
- Ty nie…?
- Nie mam gumki, złaź szybciutko. –mówię do niej słodko i pomagam jej się wyplątać z mojego ciała.
W szybkiej drodze do łazienki, żeby dokończyć to co zacząłem słyszę szczery i głośny śmiech Julie.
- Kocham cię, Harry! –krzyczy z korytarza, co pomaga mi w tej chwili zajebiście bardzo.


***

          Leżę z Julie na jej łóżku i powoli głaszczę jej plecy na linii kręgosłupa. Nadal jest naga, ale tylko dlatego, że zgodziłem również się rozebrać. Delikatne, nostalgiczne ruchy mojej dłoni sprawiają, że dziewczyna wtula się w poduszkę jeszcze bardziej i przymyka oczy z przyjemności. Przysuwam się do jej ciała i całuję przelotnie czubek jej nosa. Jest taka śliczna, nawet zmęczona i senna. Podpieram się na ramieniu i skanuję ruchy mojej dłoni. Julie uśmiecha się lekko i otwiera jedno oko by na mnie spojrzeć.
- Gapisz się. –stwierdza.
- Bo mam na co. –odpowiadam szczerze i ładuję ręką na jej dalszym boku.
Przyciągam ją do siebie maksymalnie zaczynając całować jej ramiona. Nie ma chyba miejsca na jej ciele, którego jeszcze nie całowałem dzisiejszej nocy. Jest moim wszystkim, czego kiedykolwiek pragnąłem i chciałbym, żeby wiedziała o tym. Nigdy nie znalazłem kogoś, kogo usta idealnie pasują do moich. Na świecie jest tyle ludzi, w których mógłbym się zakochać, ale jest tylko jedna, która należy do mnie, którą kocham i bez niej nie czułbym się już tak samo jak wcześniej.
- Co się stało, że obudziłeś mnie… w taki nagły sposób? –pyta cicho i składa drobne buziaki na moim torsie.
- Chciałem ci powiedzieć, jak bardzo cię kocham, wiesz?
- Słyszałam to już jakieś dwadzieścia razy, Harry. Ale chciałabym wiedzieć co cię podkusiło, żeby tu przyjechać w nocy?
- Ty jesteś moją jedyną pokusą. –tłumaczę za co dostaję lekko z pięści w klatkę.
- Bezsensu się z tobą dzisiaj rozmawia. –śmieje się na co się uśmiecham i głaszczę tył jej głowy. Podciąga się w górę i całuje mnie szybko w usta. – U ojca nie możesz pozwolić sobie na takie akcje.
- Sądzisz, że nie zdołam cię po cichaczu przelecieć przed śniadaniem? – pytam jak jakiś bad boy, ale tak naprawdę wiem, że będziemy się musieli pilnować.
- Myślę, że jakoś wytrzymasz trzy dni… - mówi udawanym szeptem i marszczy lekko nos.
Otulam ją ramieniem i ponownie całuję. Mam ochotę całować ją cały czas.
Jej drobne dłonie masują lekko moją szyję i ramiona. Nawet nie zadawałem sobie sprawy z tego jakie to może być przyjemne. Nawet te drobne, krótkie ruchy sprawiały, że czułem się dobrze. Co ta kobieta ze mną wyprawa?
 Cichy, miękki jęk wypływa przez jej lekko rozchylone usta, co umożliwia mi to wtargnięcie językiem trochę głębiej. Przyciskam ją do siebie mocniej i zmuszam by się na mnie wdrapała. Jej ciepły brzuch dotyka mojego i zaraz kładzie się na mnie uśmiechając się przez pocałunek. Odgarniam jej włosy na jedną stronę i delektuję się dotykaniem jej ciała.
- Skarbie… -mówię w jej wargi a ona jakby nie chciała tego słyszeć przylega do mnie ciaśniej i sunie dłońmi od czubka mojej głowy przez policzki i przenosi je kark. Rozprasza mnie tym dotykiem. – Jeszcze chwila i nie pojedziemy do tego twojego ojca, tylko będziemy się pieprzyć non stop przez te trzy dni. –komentuję i obracam ją na plecy górując nad jej sylwetką.
- Harry. Nie możemy teraz nie jechać. –skomli, ale zatykam jej usta pocałunkiem. Przechodzę na jej szyję i zostawiam na niej mokre całusy. – Tak bardzo chcę spędzić to kilka dni w większym gronie. Lepiej poznać Samanthe i Cody’ego. Zobaczyć jak ojciec sobie radzi z tym wszystkim na dłużą metę, a nie na kilka godzin podczas wspólnej kolacji. Tak bardzo się cieszę na ten wyjazd… A ty nie? –dodaje po chwili gdy nic nie mówię.
I to jest właśnie sedno tej sprawy. Że się wcale nie cieszę z tego, że będę musiał tam być. Każdy najmniejszy bodziec będę odbierał ze zdwojoną siłą tylko gdy Cody będzie w pobliżu. A będzie CAŁY CZAS.
Przestaję całować Julie i patrzę jej w oczy. Przykłada dłonie do moich policzków i patrzy się na mnie z uwielbieniem. Jeśli ją okłamię będzie jeszcze szczęśliwsza. A jeśli powiem prawdę…? Może powinienem zacząć robić chociaż te najmniejsze kroczki w stronę prawdy i najzwyczajniej w świecie powiem jej co mi leży na sercu. To dobry początek.
- Wiesz… Tak właściwie to nie za bardzo mi się chce tam jechać i przebywać w takim towarzystwie. –mówię to, moim zadaniem, w najłagodniejszy sposób.
- W jakim? Nie lubisz mojego ojca? Myślałam, że dobrze się dogadujecie czy w pracy czy na prywatności. – jej dłonie uciekają w moich policzków.
 Oh nie, kotku, połóż je tam z powrotem.
Chcę to sobie jakiś zrekompensować i zaczynam głaskać jej ramię.
- Nie, nie o niego chodzi. –zapewniam i całuję ostrożnie jej wargi. Nie próbuje nawet oddać mojego ruchu. Zniszczyłeś, Harry, zniszczyłeś to wszystko.
- Więc o kogo? –pyta przygnębionym głosem.
- O tego dzieciaka… znaczy o Cody’ego. Nie wiem dlaczego, nie pytaj mnie o to. Coś w jego zachowaniu mnie denerwuję, ale… obiecuję, że nie będę się złościł i wkurzał, przysięgam kochanie. To, że mi nie pasuje, nie znaczy, że ty musisz czuć przez to dyskomfort. Jadę tam, bo wiem, że jest to dla ciebie ważne i będę szczęśliwy jeśli będziemy robić to co ciebie uszczęśliwia. Niczego więcej nie chcę, Julie … - szepczę ostatnie słowa dając szybkie buziaki w jej wargi i zastygam wtulony w jej szyję czekając na to co zrobi.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej? –mówi cicho i robi palcami małe kółka na moich żebrach.
- Bo chciałem, żebyś… Wolałem, żebyś się nie dener… Nie chciałem, żebyś myślała… Nie wiem. –naprawdę się plątam we własnych tłumaczeniach. Przez to całe mówienie prawdy, czuję się żałosny i taki… słaby.
- Skarbiee –mówi potulnie i  zmusza mnie bym na nią spojrzał, dzięki czemu jej dłonie lądują znów na mojej skórze. – Cieszę się, że mi powiedziałeś. Nie wiem dlaczego go tak nie lubisz, ale nie zmuszę cię, żebyś robił coś przeciw sobie i udawał przede mną, że jest spoko. Rozumiem, to nie jest dla ciebie łatwe i dlatego naprawdę doceniam to, że się zgodziłeś i że mi powiedziałeś z czym się czujesz źle.
- Naprawdę? –pytam trochę zaskoczony.
Mruczy jedynie aby potwierdzić i uśmiecha się słodko. Myślałem, że zacznie marudzić i zwalać wszystko na moje bezsensowne zachowanie. Tymczasem akceptuje to nadzwyczaj szybko. Nie spodziewałem się tego.
- Cieszę się, że przyjechałeś… -zmienia temat na przyjemniejszy- Mimo, że miałam ochotę cię zamordować w pierwszym momencie.
- Ja też się cieszę, że tu jestem, J.
- Chyba nigdy… nie przeżyłam czegoś podobnego.
- Miło to słyszeć. – stwierdzam zadziornie i moje usta znów na krótko witają się z jej. – Możemy to oczywiście szybko powtórzyć.
Nie pamiętam kiedy ostatnio całowałem kogoś tak często i czule w takim krótkim odstępie czasu. Cały czas ma pewien niedosyt. Jakbym był głodny od miesięcy i nagle znalazł się przy szwedzkim stole. Nie jestem w stanie się od niej oderwać, to takie uzależniające.
- Podobałem ci się taki? –pytam całując jej dekolt – Taki… nieograniczony? Trochę nachalny?
Jej palce wplątują się w moje włosy i lekko za nie pociąga. Klatka piersiowa podnosi się i opada w szybkim tempie. Rozpalona skóra nabiera jeszcze większej temperatury, a oddech staje się urwany, gdy schodzę coraz to niżej.
- Harry… –jęczy bezbronnie próbując mnie podnieść, gdy jestem dwa centymetry od jej pępka.
Nie reaguję na to i powoli schodzę jeszcze niżej.
- Skarbie, proszę… -skomli i lekko się wierzga.
Momentalnie wracam do góry i łaskoczę ją nosem pod linią żuchwy. Krótki chichot towarzyszy naszemu późniejszemu pocałunkowi, którym obdarowuje mnie Julie. Porywam ją na bok i otulam ramionami blokując ją w uścisku.
- Kocham cię. – mówi układając sobie głowę na moim prawym ramieniu.
- Kocham cię. – odpowiadam jej i uśmiecham się chociaż wiem, że tego nie zauważy. – Rano cię budzę i jedziemy po moje ciuchy, a potem na wyzwanie życia.
- Nie będzie tak źleee, zobaczysz –kładzie dłonie na moich łopatkach i czuję jak jej mięśnie rozluźniają się z każdym kolejnym oddechem.


***

- Harry, no proszę cię, wstań już! –słyszę głos mojego anioła i lekkie szarpanie za ramię.
I to ja miałem ją obudzić, tak? Aha, już lecę.
- Pięć… minut. -wymamrotałem sennie.
- Mieliśmy wyjechać o dziewiątej, a jest przed jedenastą. Zaspaliśmy! - jęknęła.
- Przytul mnie. –żądam, nadal nie uchylając nawet powieki, żeby ocenić sytuację.
- Kochanie, no proszę… -skomli przeciągle i potrząsa mną.
Rozkładam tylko ramiona w bliżej nieokreśloną mi stronę i czekam cierpliwie, aż zostanę przytulony. Nie muszę długo na to czekać, bo chwilę później ciepła skóra Julie przylega do mojej. Nadal nie ma na sobie niczego, więc uznaję, że wstała całkiem niedawno, właściwie to prawie równo ze mną. Upajam się tą chwilą kiedy nasze ciała są tak blisko siebie. Mam ochotę zostać w tej pozycji przynajmniej dwa miesiące.
- Nie jedziemy nigdzie –kwituję zachrypiałym głosem i wciągam przeciągle powietrze do płuc, nie będąc jeszcze z kompletnym kontaktem ze światem.
- Harry… - mruczy, ale czuję, że ma ochotę jeszcze chwilę pospać.
 Oddycha tak samo spokojnie jak ja, aż w końcu unosimy nasze klatki w tym samym momencie, wyrównując akcję serca na spokojną.
Leżymy tak jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu Julie po prostu zrywa się nagle po siadu i wzdycha głośno.
- Musimy jechać!
- Yym… A kochasz mnie?
- No kocham cię, kurde, Harry… –śmieje się i kładzie mi dłoń na policzku, niby od niechcenia, ale jednak wkłada to trochę czułości i przesuwa nią w dół lekko głaszcząc.
- Skoro tak, to jedziemy. – mówię i otwieram pierwszy raz tego dnia oczy.
Julie siedzi nieudolnie okryta prześcieradłem. Włosy ma przerzucone na jedną stronę a pojedyncze kosmyki odstają w różne strony nadając jej dziewczęcego uroku. Patrzy na mnie lekko zmęczonymi oczami i unosi jedynie lewy kącik ust, jakby nie miała siły podnieść obu. Podpieram się na ramieniu i wolną ręką przyciągam ją do siebie za kark, łącząc nasze usta.
- Jedziemy. – mówię gdy się od siebie odsuwamy na co wzdycha, jakby nie chciało jej się podnosić, ale i tak to robi i powoli zmierza w stronę łazienki, robiąc mi krótki pokaz jej krągłych pośladków.


***
- Nie denerwuj się tak. –mówi Julie kładąc mi dłoń na mojej, spoczywającej na drążku skrzyni biegów.
     Przez całą drogę zachowywałem pozory rozluźnionego i zapewniałem się w myślach, że dam radę sprostać temu zadaniu. Ale gdy jesteśmy teraz dosłownie dwie minuty drogi do celu, zaczynam sobie przypominać dlaczego nie chcę tam zostać. Gdy podjeżdżam pod bramę wjazdową moje serce przeżywa apogeum. Nienawidzę takich udawanym spotkań. Parkuję pod wejściem i wyłączam ospale silnik samochodu. Przymykam lekko oczy, biorę głęboki wdech i patrzę na siedzącą na miejscu pasażera Julie. Delikatnie biorę w dłoń jej palce ręki i pocieram kciukiem jej udo.
- Wezmę nasz bagaż. –mówię a dziewczyna pochyla się nade mną, żeby mnie pocałować. Opiera na krótko czoło o moje, po czym składam na nim małego całusa i wychodzę na zewnątrz auta.
Gdy zamykam bagażnik trzymając torbę w jednej dłoni z domu wybiega Samantha ubrana w lekko różową sukienkę i z uśmiechem na ustach przytula do siebie Julie. Entuzjastyczne odgłosy kobiety wzbudzają u Julie krótki, szczery śmiech. Podchodzi do mnie witając się z równie dużym uśmiechem i również mnie do siebie przytula.
- Mieliście być dużo wcześniej! Tyle czekaliśmy… Już myślałam, że się rozmyśliliście.
- Mieliśmy małe problemy ze wstaniem… -tłumaczę krótko na co kobieta wyrzuca lekko ramiona w górę i kręci głową.
- Wy, młodzi, to byście tylko spali i spali! Cody’ego obudzić to też nie lada wyzwanie, eh.
Spokojnie, Harry, nie myśl o tym gówniarzu.
W progu pojawia się ojciec Julie i szczęśliwy widząc córkę, całuje ją w policzek na powitanie. Ja podaję mu dłoń i ściskam ją.
- Dzień dobry panie Blackburn. –mówię trochę za bardzo oficjalnie i kiwam głową w jego storę, wysilając się na drobny uśmiech.
- Harry, nie jesteśmy w pracy! –śmieje się- Mieliście bardzo długą podróż, coś się stało?
Raczej bardzo długą noc, człowieku.
- Zaspali! –odzywa się Samantha i ustawia się przy jego boku obejmując go w pasie.
- Daj tę torbę, Harry. Zaniosę wam do pokoju. –proponuje Charles.
Tłumaczę, że zaniosę ją sam, ale on tylko wyrywa mi ją siłą w dłoni i dodaje, żebym lepiej się słuchał. Automatycznie, gdy tylko wchodzimy za nim do domu, odnajduję rękę Julie i łączę nasze palce razem. Bardzo szczelnie. Dzięki temu czuję się trochę pewniej. Samantha zaczyna opowiadać coś o przepisie, który ostatnio znalazła i pyta Julie czy nie chciałbym pomóc jej robić tego czegoś.
Żołądek podchodzi mi do gardła gdy widzę Cody’ego, siedzącego nonszalancko na kanapie. Gdy nasze spojrzenia się spotykają wstaje i uśmiecha się cwaniacko. Zaczyna mnie już denerwować samym istnieniem. Perfidnie się na mnie patrzy a ja mam ochotę go rozszarpać.
- Cody! Cześć. –mówi Julie i robi pół kroku w jego stronę a ja zaciskam rękę tak mocno na jej dłoni, że jej palce samoistnie się prostują.
 Natychmiast zdaję sobie sprawę z tego co robię, więc niechętnie rozluźniam uścisk. Przecież ona chce się tylko przywitać, Harry. Nie zachowuj się jak idiota. Julie z wdzięcznością posyła mi krótkie spojrzenie i odwraca się w jego stronę w momencie, w którym do niej przylega.
- Hej, Julie. Jak miło cię znowu widzieć. – mówi cały czas patrząc na nie, jakby badał na ile może sobie pozwolić… kiedy w końcu wybuchnę.
Jedną dłoń trzyma między jej łopatkami a drugą bardzo powoli przejeżdża w dół po kręgosłupie. Jest coraz niżej… i niżej. Gdy jego dłoń w końcu znajduje się na lędźwiach dziewczyny, zaczynam sobie wyobrażać jak jego głowa roztrzaskuje się pod siłą uderzenia na ścianie, tuż koło mnie. Julie na szczęście odsuwa się od niego i komentuje, że już nie mogła się doczekać, żeby tu przyjechać i cieszy się, że znów może wszystkich zobaczyć.
Nie będąc już w stanie po prostu przyciągam ją z powrotem do swojego boku i obejmuję w talii. A żeby nie wyjść na aspołecznego i wrogo nastawionego do osobnika przede mną wyciągam ku niemu rękę, żeby się przywitać.
Ja jestem zaskoczony własnym zachowaniem, ale jego mina wnioskuje, że to przeszło przez jego najśmielsze oczekiwania, biorąc pod uwagę, właściwie wszystko.
Przez chwilę jest trochę otępiały i jakby moja dłoń miała teraz osiem placów, przygląda się jej ze zdumieniem. Pewnie ją jednak chwyta i patrzy mi w oczy bez cienia emocji.
- Harry. –mówi stanowczo i zacieśnia uścisk.
- Witaj Cody. –nie mam zamiaru bawić się w jakieś gierki i wyprowadzać z równowagi, siłując się teraz z nim, kto dłużej wytrzyma.
Nie mam też zamiaru budować jakieś chorej bariery i odstawiać cyrk przed Charlsem… a przede wszystkim przed Julie. Skoro obiecałem się nie denerwować, to postaram się to zrobić najlepiej jak potrafię. Ostatniego czego chcę to się z nią pokłócić po tym co przeżyliśmy w nocy, kiedy w końcu zacząłem coś naprawiać między nami.
Zabieram rękę i twarz Cody’ego znowu zdobi dziwny grymas zawodu. Jakby chciał, żebym się nakręcił. Unosi teatralnie brwi w górę i wdycha. Julie na mnie patrzy po czym wtula się w moje ramię i ukradkiem mnie całuje. Oh, chyba opłaca się być miłym. Chociaż dla takiego szczeniaka, naprawdę ciężko to zrobić.
- Rylie, nareszcie. To jest właśnie córka Charlesa. Tyle ci o niej opowiadaliśmy. – z korytarza wychodzi śliczna, młoda dziewczyna o  ciemnych włosach. Skromnie się uśmiecha i poprawia sobie delikatnie włosy umiejscawiając je za uchem.
 A więc oto i Rylie!
- Przepraszam, że nie przywitałam się z wami razem we wszystkimi. Jestem Rylie. –mówi i podaje nam dłoń. – Miło was poznać.
Julie z szerokim uśmiechem podaje jej dłoń, po czym ja robię to samo.
Wyczuwam stres za tym szerokim, uroczym uśmiechem.
- Dobrze dzieci, siadajcie już do stołu! Skoro już wszyscy są mogę zacząć nakładać obiad. – mówi Samantha i idzie do kuchni pełna życia.
Cody bierze dziewczynę za rękę i idzie do jadalni, zostawiając nas w korytarzu.
- Jest taka cicha, prawda? –komentuje ojciec Julie – Aż dziwne, że umawia się z taką duszą towarzystwa jaką jest Cody.
,,Dusza towarzystwa" umawia się z  cichą i skromną córką komendata policji, cóż za paradoks.


______________________________________
HEJ HEJ HEJ HEJ ♥
Chyba jeszcze az tak długo to nie czekaliście, nie? xd
Od razu mówię - przepraszam. 
Jak Wam sie podobał rozdział?
Pytam nie bez powodu, gdyż ten jest autorstwa mojej kochanej +Agnieszka Bębacz  
z którą postanowiłyśmy zamienić się i tak powstał ten rozdział u mnie i kolejny u niej :3
Serdecznie zapraszam na owoc naszych chorych wyobraźni xd http://lead-me-not-into-temptation.blogspot.com/
Myślę, że po przeczytaniu tego cholernie dobrego rozdziału, nie będziecie miały wątpliwości co do tego jak świetnie czyta się to co pisze i zajrzycie do niej :3 

BTW

JEŚLI PODCZAS CZYTANIA CZERWONEJ SCENY CZUŁAŚ SIĘ JAK


to:
1) nie jesteś sama
2) czuj się zobowiązana do skomentowania chociaż słowem 

TAKŻE TAK
Miłego tygodnia skarbeczki, mam nadzieję, ze jeszcze ktoś tu został i czekał.
BYE ♥
L.