środa, 17 sierpnia 2016

56. Some kind of heaven

Dedykacja dla Wiktorii Nykiel - welcome back ♥


You’re some kind of heaven 
That’s all that I need
I found it in you
Too good to be true

*oczami Julie*

- Dlaczego nigdy wcześniej nic nie powiedziałeś? – zapytałam, patrząc na niego. W moim głosie dało się wyczuć żal, mimo że tego nie chciałam.
Od godziny siedzieliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim, na chłodno. Wybaczyłam mu, aczkolwiek nadal miałam w głowie milion pytań i czułam, że musimy o tym porozmawiać.
Sam Harry nie miał nic przeciwko temu, nie wymigiwał się od żadnego z zadawanych przeze mnie pytań.
- Bo spodziewałem się, że będziemy się o to kłócić, będziesz chciała żebym przestał, a to był łatwy zarobek. Poza tym, nie chciałem psuć swojego wizerunku w twoich oczach.  – powiedział szczerze.
- Przecież mogłeś mi powiedzieć, gdy było już po wszystkim, gdy się z tego wyplątałeś.
- Wtedy  nawet nie brałem takiej opcji pod uwagę, dalej chodziło mi o to, by być w twoich oczach bez skazy. – wzruszył ramionami.
- Przez to głupie myślenie pakujesz się w kłopoty. – mruknęłam niezadowolona.
- To źle, że facet chce być w oczach swojej kobiety ideałem? – spojrzał na mnie.
- A nie przyszło ci do głowy, że jeśli kobieta już jest z facetem, to on jest dla niej ideałem taki, jak jest, bez żadnego udawania? – odparowałam.
- Nie jestem typem idealnym. – zaśmiał się. – Nie możesz mieć mi tego za złe.
- Dobra, ale nadal nie mieści mi się w głowie to z Cody`m. O tym chyba mogłeś mi powiedzieć, miałeś jakieś milion okazji.
- Miałem się chwalić tym, że szczeniak, który teraz jest twoją rodziną mnie szantażuje, a jego bronią jest moja chujowa przeszłość? Nie, dzięki. – prychnął brunet.
Wywróciłam oczami.
- Jesteś popieprzony, Harry. – westchnęłam.
- Tak? A myślałem, że dla ciebie jestem idealny? – powiedział wyraźnie rozbawiony.
Nie mając żadnego sensownego argumentu, uderzyłam go żartobliwie pięścią w ramię.
Zaśmiał się tylko i przyciągnął mnie do siebie, przytulając mnie.
- Nawet nie wiesz, jak cholernie się bałem, że po tym wszystkim odejdziesz. – powiedział cicho, głaszcząc dłonią moje plecy.
Powstrzymałam się od słów ,,Ja też”.
- Ale nie odeszłam. – powiedziałam tylko.
- I jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. – powiedział i pocałował mnie w czoło.
Nie odpowiedziałam, tylko wtuliłam się w niego, upajając się upragnionym spokojem i ciepłem jego ciała.
Po kilkunastu minutach naturalnej i błogiej ciszy między nami, Harry się odezwał.
- Julie, jest jeszcze coś, o czym chciałbym ci powiedzieć. – powiedział, a jego słowa niemal wprawiły mnie w stan przedzawałowy. 
- Co jest? – zapytałam cała spięta.
- Spokojnie, nic nie zrobiłem. – powiedział szybko, jednak nadal byłam zaniepokojona.
Co jeszcze do cholery?
- Chcę pomóc Cody`emu. – powiedział.
Zamrugałam kilka razy.
- Jak to? – zapytałam nierozumiejąc o co chodzi.
- Okłamał nas, kiedy wtedy powiedział, że wszystko z tymi kolesiami jest już załatwione. Rano u twoich rodziców, kiedy nas nakryłaś, słyszałem jego rozmowę i wyraźnie mówił im, że dostarczy im resztę. A potem sam mi się do tego przyznał, gdy go przycisnąłem.
Wezbrała we mnie złość.
- Kolejny kłamca. – syknęłam, nie zastanawiając się nad sensem moich słów. W oczach Harry`ego zobaczyłam ból.
Cholera, uraziłam go.
- Przepraszam. – powiedziałam szybko. – Nie chciałam…
- Nie przepraszaj. – przerwał mi. – Masz rację. – uśmiechnął się krzywo.
- Ja naprawdę nie… - zaczęłam, ale znowu mi przerwał.
- Naprawdę nie ma sprawy, Julie. – uciął. – W każdym razie wiem, że sam nie jest w stanie kupić czegoś, co nie obciąży go konkretnie pod względem finansowym i jednocześnie co nie jest jakąś chujową mieszanką gówna. A że tamci są wprawieni, poznają się na tym co im da.  A jeśli im tego nie odda, pewnie spuszczą mu wpierdol i na tym się nie skończy. Uwierz mi,  wiem jakie jest myślenie i zachowania takich typów i dla mnie nie ma innego wyjścia niż pomoc mu. Jestem w stanie załatwić mu coś co ich zadowoli i nie kosztuje fortuny. Odda im wszystko i będzie święty spokój. A poza tym mam zamiar też wyciągnąć z niego, co takiego potrzebował od takich typów jak ci dwaj.
- Rylie o tym wszystkim wie? – zapytałam, chociaż myślę, że znam odpowiedź.
- Nie. – odparł. No tak.
Cholera. Naprawdę dobrali się. Zaskakujące, jak bardzo podobni do siebie są Cody i Harry. Mają więcej wspólnego niż im się wydaje. 
Oboje mają swoje za uszami, kłamią i są w tym naprawdę dobrzy. Współczuję tylko Riley bycia nieświadomą zakochaną, jaką ja byłam do niedawna.
Swoją drogą, muszę sobie pogadać z Cody`m. Nie ma opcji, że Riley będzie drugą mną, nie zasługuje na to.
Jednoczeście czułam opór. Harry znowu miałby wejść do tego światka. Niby już z tym skończył, ale sam fakt, że musiałby odświeżyć kontakty, przyprawia mnie o gęsią skórkę.  Ale Harry miał rację, Cody sam tego nie ogarnie. Jest tylko dzieciakiem, wbrew pozorom. Na dodatek nieźle zagubionym w tym wszystkim. I naprawdę nie chcę, by spotkało go coś złego.
O Boże.
- Rób, co musisz. – powiedziałam tylko.
- Dobrze. – odetchnął.
- Dziękuję, Harry. – powiedziałam szczerze.
- Za co? – spojrzał na mnie zaskoczony.
- Za to, że chcesz mu pomóc.
- Robię to tylko dla ciebie. – powiedział i pocałował mnie w usta.
Wiedziałam, że to tylko po części prawda.  Owszem, robił to też ze względu na mnie, ale Harry chce pomóc Cody`emu, jestem tego pewna. Może sam do siebie nie dopuszczał takiej myśli, ale tak jest. Wie, jak to jest być zagubionym chłopakiem z milionem problemów i zwyczajnie chce mu pomóc i go z tego wyciągnąć by uniknął tego, w co Harry był wplątany jako nastolatek.
Ale przecież się do tego nie przyzna.


- dwa dni później-
*oczami Harry`ego*

    Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek znajdę się znowu w tym miejscu. Ale czego się nie robi, gdy się kogoś kocha, nie?
Chociaż sam fakt, że znowu mam zobaczyć tego człowieka, napawała mnie stresem.  Nie wiem czemu, ale cóż.
Zatrzymałem samochód na dobrze mi znamym, obskurnym parkingu i wysiadłem. Mimo, że go nie widziałem, wiedziałem, że już na mnie czeka. Zawsze tak było.
Podszedłem bliżej budynku i z cienia wyłoniła się postać mężczyzny. Oto i on.
- Styles, kopę lat! – zawołał wesoło.
- Cześć Daniel.  – powiedziałem niechętnie. Cholera, nie lubię gościa.
Nie zmienia się wcale. Te same przekrwione oczy, wychudzona sylwetka, zapadnięte policzki.
- Nie spodziewałem się twojego telefonu. – powiedział wyraźnie usatysfakcjonowany.
- Ja też się nie spodziewałem, że będę musiał do ciebie kiedykolwiek dzwonić. – odparłem mniej ucieszony.
- A jednak, znowu się spotykamy. – powiedział niemal tryumfującym tonem.
- A jednak. – zgodziłem się.
- Wyobraź sobie mój szok, gdy nagle zamiast ciebie przyjeżdża jakiś młody chłystek i mówi, że od teraz to on się zajmuje tym terenem. Wiesz, jakby byłem zawiedziony, że się ze wszystkiego wycofałeś? Chyba się do ciebie przywiązałem. -  zarechotał, bo tylko tak można określić kaszlowy churkot wydobywający się z jego gardła.
- Nie wątpię. – prychnąłem.
- A wiesz co mnie najbardziej zastanawia? Że nagle potrzebujesz takiej ilości prochów. –powiedział podejrzliwym tonem. – Niepodobne do ciebie.
- Zdarza się. – mruknąłem niechętnie.
- Przez te wszystkie lata nigdy nie chciałeś żadnego towaru i teraz nagle to się zmienia? Czyżbyś się staczał na stare lata? – zaśmiał się pogardliwie.
Do czego ten kutas dąży?!
- Może i tak. – odparłem zdawkowo. – Masz coś dla mnie? – zapytałem nie chcąc dalej tracić czasu na bezsensowne rozmowy z nim.
- Oczywiście, że mam. – powiedział i wyciągnął z kieszeni pokaźną papierową torbę.
- Tyle ile się umawialiśmy? – zapytałem, przyglądając mu się uważnie. Rzucił mi w ręce torbę.
- Sprawdź, jeśli mi nie ufasz. – był wyraźnie rozbawiony.
Bez słowa zajrzałem do środka, pośpiesznie skanując wzrokiem jej zawartość.
Widząc, że wszystko się zgadza, wyciągnąłem plik banknotów z kieszeni i podałem ją Danielowi, który z wyraźną satysfakcją  je przeliczył.
- Zgadza się. - powiedział zadowolony.
- Na razie, Daniel. – rzuciłem, nie chcąc tracić więcej czasu niż potrzeba i skierowałem swoje kroki do auta.
- Zaraz, Styles! Ciekawi mnie jeszcze jedna rzecz, czemu odszedłeś? – zawołał za mną.
Zacisnąłem szczęki.
- Bo miałem swoje powody. – rzuciłem tylko, nie oglądając się i wsiadłem do samochodu.
- Do następnego! – pomachał mi ostentacyjnie.
Nigdy, kurwa, w życiu.

***

- Dasz mu to dzisiaj? – zapytała Julie, chowając szklanki do szafki.
- Nie, dam mu w piątek, nie chcę żeby mu coś strzeliło do głowy. Starczy nam problemów. – powiedziałem, przyglądając jej się.
Miała na sobie zwykłą koszulkę i legginsy, a włosy związała luźno w coś bliżej nieokreślonego na czubku głowy. I przysięgam, że wygląda pięknie.
I cholernie pociągająco.
- Myślisz, że byłby na tyle nieodpowiedzialny? – westchnęła.
- Był na tyle nieodpowiedzialny by w ogóle wpakować się w ten syf, więc wolę dmuchać na zimne. – odpowiedziałem, starając się pozostać skupiony nad naszą rozmową, a jednocześnie obserwowałem każdy jej ruch.
Nic nie poradzę na myśli pojawiające się w mojej głowie.
- Nie mieści mi się to w głowie. – powiedziała poirytowana. – Co było na tyle ważne, by uciekać się do kontaktów z takimi ludźmi? Aż boję się myśleć, co się za tym kryje i w co jeszcze jest zamieszany. – brunetka była wyraźnie zmartwiona.
Nie dziwię się, pewnie przywiązała się do Cody`ego i do myśli, że jest w pewnym sensie jego starszą siostrą.
Wstałem i podszedłem do niej. Objąłem ją ramionami i przytuliłem do mojego ciała, zaspokajając pragnienie dotknięcia mojej kobiety. Składałem powolne pocałunki na jej szyi, chcąc zlikwidować jej zdenerwowanie.
Odetchnęła i nieco rozluźniła się w moich ramionach. Wyjąłem szklanki z jej dłoni, odstawiłem je na blat i obróciłem ją w moją stronę.
Popatrzyła mi w oczy z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Nie martw się o nic, kochanie. Wszystkim się zajmę. – zapewniłem ją.
Pokiwała tylko głową i pocałowała mnie. W końcu.
Ochoczo odwzajemniłem pocałunek i przylgnąłem do niej całym ciałem.
- Tobą też chętnie się zajmę. – wymruczałem w jej usta.
Zaśmiała się.
- Harry! – jęknęła rozbawiona, układając dłonie na moich barkach.
- Mówię całkiem poważnie. – powiedziałem i ponownie ją pocałowałem, sunąc dłońmi po jej ciele.
- Właśnie widzę. – mruknęła i wplotła dłonie w moje włosy, odwzajemniając pocałunki.
Tylko tyle było mi trzeba.
Łapiąc ją pod pośladkami uniosłem ją bez większego wysiłku. Posłusznie oplotła mnie w nogami w pasie.
Nie mogłem ukryć zadowolenia z tego, że myślimy o tym samym. Zresztą zawartość moich bokserek również.
Bez trudu zaniosłem ją do sypialni, aż za dobrze znając drogę.
Moje dłonie błądziły po jej ciele, otrzymując w odpowiedzi jej przyśpieszony oddech.
Ułożyłem ją na łóżku i przylgnąłem do niej, rozkoszując się smakiem jej ust.
Gładziła dłońmi moje barki, zjeżdżając po klatce piersiowej coraz niżej, do brzegu koszulki.
Pociągnęła rąbki do góry, na co ochoczo przystałem i szybko pozbyłem się zbędnej części garderoby. Nie tracąc czasu zszedłem pocałunkami do jej szczęki, szyi i obojczyków, zsunąłem zębami bluzkę i ramiączko od stanika z jej ramienia. Całą swoją uwagę skupiłem na powolnym całowaniu jej pięknego ciała.
Brunetka jęknęła przeciągle, gdy zassałem skórę na jej szyi, zostawiając po sobie mały ślad.
- Harry… - mruknęła karcąco. Uśmiechnąłem się przy jej skórze i pocałowałem krótko lekko zasinione miejsce.
- Cśśśś…. – uciszyłem ją i wróciłem do jej ust, wsuwając w tym samym momencie dłoń pod jej koszulkę. Już po kilku chwilach zaczęła mi przeszkadzać, więc szybko się jej pozbyłem.
Szybko uczyniłem to samo z jej legginsami i moimi spodniami. Nie miałem już cierpliwości czekać dłużej.
Moje dłonie pieściły jej piersi, a usta szyję, na co odpowiadała cichymi jękami i westchnieniami.
- Harry… - mruknęła tym razem nagląco.
- Cierpliwości, kotku. – powiedziałem rozbawiony.
- I z czego się cieszysz? – zmusiła się do karcącego tonu i  szturchnęła mnie zaczepnie w brzuch.
- Uwielbiam doprowadzać cię do takiego stanu. – powiedziałem, patrząc w jej roziskrzone oczy i zanim zdążyła coś odpowiedzieć, pocałowałem ją i przylgnąłem swoimi biodrami do jej bioder, na co jęknęła w moje usta.
Tak, cholera, tak!
Zakołysałem biodrami chcąc jeszcze raz ją usłyszeć, lecz szybko zapragnąłem więcej, głośniej.
Pozbawiłem ją stanika, odrzucając go za siebie. Moja dłoń powędrowała między jej nogi, na co zadrżała.
Ustami przylgnąłem do jej piersi, prowokując jej kolejne westchnienia.
Zgodnie z ruchami mojej dłoni, zaciskała dłonie na moich ramionach i przymykała powieki z przyjemności.
Świadomość, że to ja jestem jej źródłem tylko bardziej mnie nakręcała.
Z kolejnym jękiem Julie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Brunetka zastygła w miejscu i szybko odsunęła moją dłoń.
O nie.
- Daj spokój skarbie, nie otwierajmy. – mruknąłem marudnie, całując jej szyję. Miałem ochotę poważnie uszkodzić tego, kto stoi przed tymi cholernymi drzwiami.
Dzwonek rozległ się poraz kolejny i to wystarczyło by Julie przestała się wahać.
- Przestań, Harry! Nie można tak. – powiedziała i wstała szybko.
Szlag by to trafił!
- Julie, kotku! – zabrzmiałem niemal żałośnie. Zakładała już w popłochu stanik i bluzkę.
- Uspokój się, Harry! Dokończymy to! – powiedziała zniecierpliwona i wyskoczyła z pokoju.
Powiedz to mojemu penisowi, kochanie. 
Z irytacją i niemal bólem szybko wrzuciłem na siebie dżinsy i koszulkę, starając się zatuszować moją ekhm, gotowość.
- Tom! – usłyszałem radosny pisk Julie.
Tom?
Cholera, wyjdę z powstaniem w spodniach do brata mojej dziewczyny, wspaniale.
Pośpiesznie się poprawiłem i z duszą na ramieniu zszedłem po schodach. Julie już trzymała w objęciach nieznajomą mi brunetkę.
- Cześć! – powiedziałem wesoło, starając się panować nad sobą.
- Harry. – powiedział serdecznie Tom i uścisnął moją dłoń. – A to jest Agnes. – powiedział dumnie, kładąc dłoń na plecach dziewczyny.
- Harry, miło mi. – przedstawiłem się i ująłem jej dłoń.
- Wchodźcie, wchodźcie, nie będziemy tak stać w drzwiach. – powiedziała rozradowana Julie.
Zaskakujące, dopiero wiła się z rozkoszy pod moim dotykiem, a teraz tryska energią. JAK?
Goście przystali na propozycję i weszli do środka. Nie czekałem i od razu skierowałem swoje kroki do kuchni, chcąc przygotować jakiś poczęstunek. Postanowiłem dać Julie szansę nacieszenia się w pełni bratem i jego dziewczyną. Swoją drogą, czy tylko ja zauważyłem pierścionek na jej palcu?
- Kawy, herbaty, wina? – zapytałem zanim Julie pogrążyła się w rozmowie.
- Ja poproszę kawę. – powiedziała wesoło Agnes.
 - Ja też. – skinął mi Tom. 
- Opowiadajcie, co u was? Czemu nie dzwoniłeś, że przyjeżdżacie? – zasypywała ich pytaniami Julie.
- Plan był taki, żeby przyjechać na ten weekend do rodziców, razem z wami i Cody`m. – wyjaśnił Tom – Ale niestety miałem małe problemy w pracy i wszystko się przesunęło.
Na wspomnienie feralnego weekendu, aż przeszły mnie ciarki.
- Szkoda, że was nie było. Ale wszystko u was w porządku? – zapytała brunetka.
- Nawet lepiej niż w porządku. – powiedział wyraźnie Tom.
Oooo widzę, co się szykuje.
Julie spojrzała na nich zdezorientowana, a Tom pocałował dłoń Agnes, na której był pierścionek.
Do mojej kobiety dopiero po kilku chwilach dotarł sens tego gestu.
Zakryła usta dłonią.
- Zaręczyliśmy się. – potwierdził ostatecznie moje przypuszczenia Tom.
- O mój Boże! – pisnęła Julie i rzuciła się im w ramiona, gratulując im.
Wiedziałem.
Dołączyłem do nich, także składając im szczerze gratulacje.
- Macie zaplanowaną jakąś datę? – zapytała wesoło Julie. Aż miło było patrzeć na to, jak cieszy się szczęściem brata.
- Nie, jeszcze nie. Oświadczyłem się dwa tygodnie temu. – powiedział Tom z uśmiechem na ustach i cmoknął Agnes w czoło.



*oczami Julie*
Zanim się obejrzeliśmy, było już późno. Tom i Agnes chcieli już się zbierać i jechać do taty i Samanthy. Wykorzystałam chwilę na osobności z Tomem, kiedy poszliśmy do kuchni.
- Czemu nie zadzwoniłeś, nie pochwaliłeś się? Chyba jako młodsza siostra mam pierwszeństwo? – powiedziałam zaczepnie.
- Chcieliśmy powiedzieć wam wszystkim podczas tego weekendu, trochę słabo wyszło. – odpowiedział Tom.
- Zaskoczyliście mnie. Zwłaszcza, że ostatnim razem kiedy rozmawialiśmy, rozstawałeś się z Agnes. – zauważyłam.
- Ostatnim razem rozmawialiśmy dobre kilka miesięcy temu, Julce. – westchnął.
Nic nie poradzę na ukłucie smutku, towarzyszące jego słowom.
Jak na kochające się rodzeństwo, naprawdę mieśliśmy chujowy kontakt.
- Przepraszam, Tom. – mruknęłam niemrawo.
- To ja przepraszam, J. – powiedział szczerze, patrząc na mnie. – To ja jako starszy brat powinienem sprawdzać co u mojej małej siostry. Uwierz, w ostatnim czasie cholernie dużo na mnie spadło, nie do końca sobie radziłem. Przepraszam, że w międzyczasie cię zaniedbałem. – mówił, biorąc mnie w ramiona.
Z ulgą wtuliłam się w niego.
- Ja też mogłam się odezwać, ale wierz mi lub nie, u mnie też nie było nudno. – westchnęłam.
- Nawet nie rozmawialiśmy o Samanthcie. Dzwoniłaś, a ja nie odebrałem, zapomniałem oddzwonić. Przepraszam przede wszystkim za to. Na pewno wtedy mnie potrzebowałaś, a ja zawiodłem.
- Naprawdę nic się nie stało. Poradziłam sobie z tym. – zapewniłam go. Chciał coś powiedzieć, ale nie chciałam ciągnąć tej smutnej rozmowy.
- Mów lepiej, jak z Agnes udało wam się zejść? – zapytałam z uśmiechem.
- Co ty na to, żebyśmy jeszcze się w tym tygodniu spotkali i na spokojnie porozmawiali o wszystkim? Zostajemy tu na tydzień.
- Pewnie. – zgodziłam się ochoczo i jeszcze raz przytuliłam brata. Niesamowicie dobrze było znowu mieć go przy sobie. Już zapomniałam jak wielkie oparcie w nim miałam.


***

- Dzwońcie jak będziecie mieć wolną chwilę to się spotkamy! – powiedziałam, całując Agnes i Toma na pożegnanie.
- Wy tez wpadnijcie jeszcze do taty, spotkamy się wszyscy razem. – powiedział Tom, otwierając samochód.
- Zobaczymy, jak to wszystko się poukłada. – powiedziałam i pomachałam im, patrząc jak odjeżdżają. Staliśmy z Harry`m w drzwiach.
Samochód odjechał a ja westchnęłam.
- Są świetną parą. – powiedziałam.
- Prawie tak świetną jak my. – mruknął Harry, muskając ustami moją szyję.
- Prawie. – zaśmiałam się i odprężyłam w jego ramionach, rozkoszując się jego pocałunkami.
- Chyba mamy pewną nieskończoną sprawę, czyż nie? – zapytał niskim głosem, musnął płatek mojego ucha i wsunął dłoń pod moją koszulkę, dotykacją brzucha, wywołując u mnie tym samym przyjemne dreszcze.
- Chyba tak. – odparłam z uśmiechem opierając głowę na jego ramieniu. Niczego więcej nie potrzebował. Zamknął tylko drzwi wejściowe.


***

- Skarbie… - znajomy głos dotarł do mojej świadomości.
Nie chciałam jeszcze wstawać. 
Chcąc odgonić głos, przekręciłam się na drugi bok.
- Julie, kotku… - usłyszałam znowu. Mruknęłam tylko coś w nadziei, że cokolwiek mi przeszkadza, pójdzie sobie.
Z ulgą stwierdziłam, że głos nie powraca. Zamiast tego poczułam niezwykle przyjemny dotyk na policzku, szczęce, szyi.
- Julie…
Niemal z bólem zmusiłam się do otwarcia jednego oka. Kudłata czupryna tuląca się do mnie.
- Mam nadzieję, że masz dobry powód, żeby mnie budzić, Harry. – wymamrotałam marudnie.
- Owszem mam. – powiedział wyraźnie rozbawiony i cmoknął mnie w policzek. – Wstawaj ślicznotko.
- Nie. – odparłam krótko, chowając twarz w poduszkę.
- Nie? – zaśmiał się.
- Głuchy jesteś? – warknęłam w materiał, który mnie zagłuszał, przez co brzmiałam raczej komicznie a nie groźnie.
- Wstawaj mała, nie pożałujesz. – powiedział tylko, klepiąc mnie w tyłek, na co tylko burknęłam.
Po kilku minutach zmusiłam się jednak do wstania. Co Harry znowu kombinuje?
Westchnęłam tylko i poczłapałam do łazienki, nadal nago i wzięłam szybki prysznic.
Doprowadziłam się do względnego porządku. Wychodząc z łazienki natknęłam się na Harry`ego siedzącego na łóżku z jedną z moich sukienek w ręku.
- Zrób mi proszę przyjemność i załóż ją dzisiaj, dobrze? – powiedział z lekkim uśmiechem i wstał.
- Och co ja bym bez ciebie zrobiła, stylistko. – prychnęłam.
- Rozchmurz się bo dzisiaj czeka cię miły dzień. – powiedział wyraźnie zadowolony i cmoknął mnie w usta.
- Co kombinujesz? – zapytałam.
- Ubieraj się skarbie i chodź na śniadanie. – odparł tylko i wyszedł.

Pffff. 
Przysięgam, jeśli wymyślił coś głupiego, to go zabiję. 
Z irytacją założyłam sukienkę, poprawiłam włosy i zeszłam na dół, podążając za zapachem naleśników. 
Przywitał mnie wspaniały widok mężczyzny w kuchni, a więc na mojej twarzy pojawił się uśmiech. 
- Wszystko wspaniale, tylko co się za tym kryje? - zapytałam rozbawiona i usiadłam na blacie koło stojącego Harrego, który ze skupieniem na twarzy smażył naleśniki. 
- Może na przykład to, że chciałem ci zrobić miłą niespodziankę? - zasugerował niemal oburzony. 
- Nie byłabym taka podejrzliwa, gdyby takie cuda zdarzały się częściej. - powiedziałam zaczepnie, czekając na jego reakcję. 
- Żebyś się nie zdziwiła! - żachnął się, ale na jego ustach pojawił się uśmiech.
Przyglądałam się z uśmiechem jak wszystko przygotowywał i układał na stole.
- Gotowe. - powiedział wesoło, na co zeskoczyłam ochoczo z blatu, cmoknęłam go w policzek i usiadłam na krześle.
- Powiesz mi co takiego na dzisiaj wymyśliłeś? - zapytałam, nakładając sobie naleśnika i z lubością biorąc łyk kawy.
- Porywam cię. - odparł prosto.
- Jakieś szczegóły? - zapytałam rozbawiona jego słowami.
- Zobaczysz. - powiedział zdawkowo z poważną miną.
Zaintrygowało mnie to. Nie wiem czego się spodziewać, powinnam się martwić...?
- Powinnam coś ze sobą wziąć? - zapytałam zaciekawiona.
- Ze mną masz wszystko co potrzebne. - powiedział z cwaniackim uśmiechem, na co wywróciłam oczami, ale nie drążyłam dalej.
W końcu co może się stać?
W milczeniu dokończyliśmy śniadanie i zostałam odeskortowana do samochodu.
Właściwie pierwszy raz się tak zachowuje, więc jestem naprawdę ciekawa, co się stało i co on w ogóle planuje.
Próbowałam się domyśleć czegokolwiek wnioskując z jego zachowania, ubioru, tego co ze sobą bierze.
Ale nie brał nic, był ubrany swobodnie, cały czas się tajemniczo uśmiechał.
Nie wiem co jest grane, ale chyba mi się to podoba.
- Skoro już jedziemy, możesz mi powiedzieć o co chodzi? - postanowiłam nie odpuszczać.
Pokręcił głową rozbawiony.
- Po prostu chcę, żebyś spędziła miło dzień. - odparł lakoniczne, czym tylko podsycił moją cichą ekscytację.
- Harry! - jęknęłam zniecierpliwiona.
- Nie marudź, kochanie. - zaśmiał się tylko, na co wydęłam dolną wargę.
Szybko zmienił temat, pogrążając nas w rozmowie, na której jednak ciężko było mi się skupić, biorąc pod uwagę moją ciekawość. Do głowy przychodziło mi wiele pomysłów.
Robiłby z tego taką wielką sprawę, gdyby chodziło tylko o obiad na mieście? Może zaplanował coś z Tomem? Albo z Horanami?
Z zaskoczeniem stwierdziłam już po kilkunastu minutach jazdy, że wyjeżdżamy z Northland
Spojrzałam na Harry`ego pytającym wzrokiem, ale on tylko kontynuował to co mówił.
A niech cię cholera, Styles.
- Rozmawiałem z ojcem. - powiedział nagle na wydechu, a to wystarczyło, by zwrócić całą moją uwagę.
- I jak? - zapytałam nieco zaniepokojona. Zawsze mówił mi o wizytach u swojego ojca, czy rozmowach z nim, ale za każdym razem trochę się obawiałam tego, czego mogę się dowiedzieć. Ostatnio byliśmy u niego razem, wyniki wychodziły lepsze, ale lekarze sceptycznie podchodzili do pomysłu powrotu do domu.
- W szpitalu stwierdzili, że jeżeli będzie miał w domu zapewnioną opiekę lekarską, to mogą go wypisać. Aktualnie trwają rodzinne dyskusje jak wyjście jest lepsze.
- Nad czym tu dyskutować? Chyba lepiej, żeby był w domu, nawet jeśli pod opieką lekarza? - powiedziałam.
- Tata uparcie twierdzi, że nie chce być traktowany jak kobieta w ciązy we własnym domu. - westchnął.
- Poważnie?
- Naprawdę. Brnie uparcie, że nie chce niczyjej opieki, że nie jest stary i niedołężny.
- Woli leżeć w szpitalu? - zapytałam.
- Mówi, że jak ma wybierać to już woli ,,szpital w szpitalu, niż szpital w domu". - prychnął Harry.
Nie ma co, silne charaktery Stylesów.
- Próbowałeś go jakoś przekonać?
- Pewnie, ale on wie swoje. Nie wiem, może podjadę do nich w przyszłym tygodniu jak się wyrwę i spróbuję jeszcze raz. Jak można być tak upartym. - pokręcił głową zmartwiony. Było po nim widać, jak bardzo mimo wszystko przejmuje się stanem ojca.
- Jesteś tak samo uparty jak on. - powiedziałam z lekkim uśmiechem.
- W takim razie szczerze ci współczuję życia ze mną. - powiedział pół-żartem, pół-serio.
- No nie powiem, łatwo nie jest. - zaśmiałam się.
- Prawie jesteśmy, skarbie. - powiedział, a moja ekscytacja i ciekawość powróciły w ciągu sekundy.
Zabawne jak szybko odwrócił moje myśli od tej całej ,,niespodzianki".
Pośpiesznie wyjrzałam przez szybę samochodu, chcąc wiedzieć gdzie jesteśmy.
Wjechaliśmy do uroczego miasteczka, które wyglądało bardzo znajomo. Jestem pewna, że byłam to jako dziecko.
Widząc tabliczki z ulicami, dopatrzyłam się nazwy, której uparcie szukałam w myślach. Roadcliff.
Małe miasteczko letniskowe położone nad rzeką, idealne na letnie wycieczki. Gdy byłam mała, w każde wakacje przyjeżdżaliśmy tu nad wodę, odpocząć i pozwiedzać urocze, zabytkowe miasto. Kochałam tutaj przyjeżdżać. Z niemałym sentymentem patrzyłam na mijane obiekty, widząc że niektóre pozostały takie je zapamiętałam.
- Czemu tu jesteśmy? - zapytałam zaciekawiona.
- Chciałem zrobić ci przyjemność, opowiadałaś mi o tym miejscu, więc pomyślałem, że miło będzie się tu przejechać i odetchnąć trochę od tego wszystkiego. - powiedział Harry, ale miał nieco niepewny ton głosu. Zatrzymał auto na parkingu i spojrzał na mnie.
- Jeśli nie masz na to ochoty, czy ci się tu nie podoba, to w każdej chwili możemy... - zaczął, ale nie pozwoliłam mu skończyć.
- Zwariowałeś? Uwielbiam to miejsce!- zawołałam i nachyliłam się, by pocałować go, co z radością odwzajemnił.
- To dobrze, już myślałem, że nie trafiłem. - zaśmiał się i wysiedliśmy z auta. Ładna, słoneczna pogoda tylko nadawała niezwykłego kilmatu miejscowości, który zawsze uwielbiałam.
Z radością małego dziecka w sercu wzięłam go za rękę i ruszyliśmy małą uliczką ku rynkowi.
Byłam też niesamowicie rozczulona jego niespodzianką i tym, że pamiętał o tym, jak mu opowiadałam o Roadcliff. To kochane, że chciał zrobić dla mnie coś tak miłego.
- Kocham Cię, Harry. - powiedziałam cicho, ściskając mocniej jego dłoń.
- Ja Ciebie też, Julce. - odparł z uśmiechem i cmoknął mnie w czoło. 


***
  Zbliżał się już wieczór, słońce powoli zachodziło, a my chodziliśmy dalej po mieście. 
Zjedliśmy obiad w restauracji, spacerowaliśmy wzdłuż rzeki, zrobiliśmy dzisiaj niemożliwie dużo kilometrów chodząc i rozmawiając i przysięgam, nie ma nic lepszego. 
Dostałam od Harry`ego różę, którą kupił od miłej starszej pani sprzedawającej kwiaty na rynku i nie mogłam się nadziwić temu, jak bardzo postarał się, żeby ten dzień był dla mnie wyjątkowy. 
- Sprawdziłem, że mają tu fajną knajpkę nad wodą, podobno świetny klimat i dobre jedzenie. Co ty na to, żebyśmy wybrali się tam na kolację? - zapytał Harry, oplatając mnie ramieniem. 
- Jestem za. - zgodziłam się z entuzjazmem i cmoknęłam go w policzek, wspinając się na palce. 
Mimo tej pory, na ulicach roiło się od ludzi. Po raz kolejny tego dnia szliśmy wzdłuż ryneczku w centrum. Już z odległości kilkudziesięciu metrów słyszeliśmy ulicznego grajka, który grał wesołą piosenkę na gitarze i śpiewał. Dzieci biegały wokół fontanny na środku placu, a ja rozkoszowałam się chwilą spokoju i ukojenia. Po tych wszystkich ostatnich wydarzeniach miło było od tego odpocząć i nie myśleć, nie przejmować się. 
Z zamyślenia wyrwał mnie Harry, który nagle się zatrzymał.
- Mogę panią prosić? - zapytał z wyciągniętą w moją stronę dłonią, uśmiechając się szeroko. 
Kilka sekund zajęło mi zrozumienie o co mu chodzi, na co szerzej otworzyłam oczy. 
- Oszalałeś? Tu jest pełno ludzi! - powiedziałam nie wierząc, że mówi poważnie. 
- No i co? Niech patrzą i zazdroszczą! - zaśmial się i nie czekając, objął mnie w pasie i zaczął mną kołysać, chcąc złapać rytm. 
- Jesteś niemożliwy! - pisnęłam, czując jak się czerwienię, pod wzrokiem przechodniów, którzy zwrócili  na nas uwagę. 
- Nie przejmuj się nimi, Julie. - powiedział tylko uśmiechając się  i obrócił mnie, kierując nasze kroki bliżej muzyka.   
Starałam się nie myśleć o tym, że wszyscy patrzą się na dwójkę ludzi tańczącą na środku rynku i że to ja i Harry nią jesteśmy. 
Pozwalałam się prowadzić Harry`emu w rytm wesołej melodii i zanim się obejrzałam, uśmiechałam się jak nienormalna, czerpiąc niesamowitą przyjemność z tego tańca. Sam muzyk był wyraźnie zadowolony naszą współpracą, śpiewając głośniej i energiczniej. 
Ludzie nieustannie na nas spoglądali, uśmiechali się, kręcili głowami, znalazło się kilka osób, które także tańczyły obok nas, co ostatecznie mnie rozluźniło i skupiłam suę tylko na tym, jak dobrze się bawię. Harry był wyraźnie w swoim żywiole, uśmiech nie schodził z jego twarzy. 
Czułam się zwyczajnie szczęśliwa i to było najpiękniejsze uczucie na świecie. 
___________________________________________
Hi there ♥
Sielankowo, przejściowo, bez dram, jak nie Sinister xd
Krótszy niż zwykle, ale stwierdziłam, że nie będę wplatać juz kolejnego wątku, pocieszmy sie tym, jak jest uroczo :3 


L. ♥

wtorek, 12 lipca 2016

55. Like fire and rain

Dedykacja dla Nelly ♥ Mam nadzieję, że Ci się spodoba :>
dziękuję, za kopa do działania <3


Like fire and rain
You can drive me insane 
But I can’t stay mad at you for anything
We’re Venus and Mars 
We’re like diffrent stars 
But you’re the harmony to every song I sing
And I wouldn’t change a thing



*oczami Julie*

    Droga powrotna dłużyła mi się niesamowicie. Dodatkowo ciągłe powstrzymywanie się od wybuchnięcia płaczem utrudniało sprawę do granic możliwości.
Nie mogłam skupić myśli, wściekłość i żal mnie wręcz rozsadzały. Nadal nie mogę do końca uwierzyć w tą absurdalną sytuację. Dlaczego ja tego nie zauważyłam? Jak mogłam być tak głupia? To ciągnęło się tyle czasu!
Wczoraj słysząc tą ich kłótnie i widząc przerażone spojrzenia, gdy do nich podeszłam, wiedziałam że dzieje się coś złego. Stworzyłam w głowie milion scenariuszy, ale żaden nie był nawet zbliżony do tego, czego się dzisiaj dowiedziałam. Podkopało to ostatecznie moją wiarę w Harry`ego.
Zachowuje się jak cholerny dzieciak! Dorosły facet bawi się w takie gówno! I jeszcze wplątuje w to mojego przyszywanego, pożal się Boże, braciszka, który swoją drogą jest takim samym idiotą jak Harry. Z tą małą różnicą, że Cody jest jeszcze dzieciakiem, który narobił głupot, a Harry jest do cholery jasnej dorosłym mężczyzną!
Ile razy kłamał patrząc mi w oczy?
Aż boję się pomyśleć. 
I ja mam takiemu człowiekowi ufać? Mam na nim polegać, myśleć o jakiejkolwiek przyszłości?
Chyba jeszcze nigdy nie czułam tak ogromnej  nienawiści wobec niego jak teraz.  I o ile w większości przypadków, kiedy tak się wobec niego czułam, wiedziałam też, ze go kocham, tak teraz to uczucie jest skutecznie zagłuszane przez wszechogarniającą mnie wściekłość.
Najchętniej wybuchnęłabym i zaczęłabym na niego wrzeszczeć i okładać pięściami za każde jedno pieprzone kłamstwo. Hamuję się resztkami sił, bo nie chcę robić scen przy Cody`m, który jest kolejny w kolejce. 
Czy ja w ogóle znam tych ludzi, którzy siedzą obok mnie?


***

- Musimy częściej organizować takie zjazdy. – powiedziała wesoło Samantha.
- Wspaniale jest mieć was wszystkich w domu. – przyznał mój tata.
Wysiliłam się na uśmiech. Naprawdę cieszyłaby mnie radość taty i Samanthy gdyby nie fakt, że nadal kipiała we mnie złość i żal.
Chyba najgorsze w tym wszystkim było to, że musieliśmy wrócić tu na te kilka godzin i udawać, jak jest miło.
Czy naprawdę każda wizyta w domu musi kończyć się jakąś katastrofą?


*oczami Harry`ego*

Czułem się jak ostatni dupek. I pewnie nim jestem.
Widziałem, jak Julie udaje wesołą i radosną przez Charlesem i Samanthą, rozmawia z nimi siląc się na pełny szczęścia ton.
Odkąd przyjechaliśmy, ani razu nie spojrzała mi w oczy. Ba, w ogóle na mnie nie patrzy, niemal traktuje mnie jak powietrze, jedynie stara się, aby Samantha i Charles niczego nie zauważyli.
Sam sobie bym najchętniej przyjebał.
Wetchnąłem ciężko i oparłem się o blat kuchenny, spuściłem głowę i wpatrywałem się w owy blat, jakby miał mi powiedzieć co mam robić.
Najgorsze jest to, że cały czas nie wiem na czym stoję, nie wiem co myśli Julie, czy mnie nie zostawi,  czy nie rzuci się na mnie z pięściami gdy tylko wsiądziemy do samochodu.
Cóż, do każdej z tych rzeczy ma święte prawo.
- Mówiła coś? – usłyszałem za plecami głos Cody`ego.
- Nie. – burknąłem. Niespecjalnie mam teraz ochotę na pogawędki z nim.
- Wiem, że jesteś wkurwiony i to moja wina, ale naprawdę przepraszam stary. – powiedział zrezygnowany.
- Nieważne. – uciąłem, nie chcąc już więcej słuchać jego przeprosin, które niczego nie zmieniały.
Westchnął tylko i chyba zrezygnował z dalszej rozmowy, bo skierował swoje kroki ku wyjściu z kuchni. I wtedy coś mi się przypomniało.
- Ta sprawa z tymi dwoma kolesiami jest naprawdę załatwiona? – zapytałem, odwracając się w jego stronę.  Znałem odpowiedź na to pytanie.
- Taaa. – mruknął chłopak.
- Przysięgam, dostaniesz ode mnie w ryj. – syknąłem zirytowany.
- Co? – zapytał zaskoczony.
- Zapomniałeś, że słyszałem twoją poranną rozmowę? Wyraźnie darłeś ryja, że oddasz im w tym tygodniu resztę, idioto. Julie możesz wkręcać co chcesz, ale nie zapominaj, że masz do czynienia z kłamcą wybitnym.  – powiedziałem z przekąsem.
Patrzył na mnie zaciskając szczękę.
- To nieważne. – warknął.
- Ważne. Dostaniesz wpierdol jak im tego szybko nie oddasz, a nie sądzę, żebyś dał radę szybko wykombinować coś taniego i coś nie będącego totalnym gównem. – ciągnąłem zmęczonym głosem. Naprawdę mógłby sobie darować te gierki.
Nie odpowiedział.
- Dużo tego zostało? -  drążyłem.
- Mniej więcej dwa razy tyle ile zwykle mi dawałeś. – burknął.
- Cholera. – mruknąłem.
- Jesteś idiotą, Cody. – dodałem po chwili. Spojrzał na mnie poirytowany. – I co zamierzałeś zrobić beze mnie, wkręcając mi, że wszystko jest załatwione? Wpieprzyłbyś się znowu z w jakieś gówno z innymi ćpunami? – czułem się jakbym opieprzał młodszego brata.
- Nie wiem, może! – syknął.
- Świetny, kurwa, pomysł. – mruknąłem kąśliwie.
- Nie chcę znowu was w to wszystko wciągać, rozumiesz?
- Miło, że w końcu doszedłeś do takiego wniosku, lepiej późno niż wcale. – powiedziałem z sarkazmem. 
Westchnął ostentacyjnie.
- W każdym razie wiem, że mimo że Julie nas w tej chwili nie cierpi, nie chciałaby, żeby coś ci się stało, więc ciesz się, to twój szczęśliwy dzień. Pomogę ci. – powiedziałem.
- Chyba masz ważniejsze zmartwienie na głowie, skoro już o Julie mowa, nie? – zapytał nonszalancko.
- Jakbyś nie zauważył, staram się coś dla niej zrobić, póki jeszcze mam okazję. – warknąłem i odwróciłem się do niego plecami.
Sama myśl o tym, że Julie może mnie zostawić, przerażała mnie. Nie byłem w stanie sobie tego wyobrazić.
Po prostu nie.
- Przepraszam. – powiedział cicho.
- Umów się z nimi na piątek, powiedz że oddasz całość. – odparłem tylko i wyszedłem z kuchni.
- Dziękuję, Harry. – usłyszałem jeszcze za sobą.


***


- Dziękujemy za wszystko. – powiedziała wesoło Julie, przytulając  Samanthę i Charlesa.
- To my dziękujemy za odwiedziny, wpadajcie częściej! – odparła Samantha, wyraźnie szczęśliwa rodzinnie spędzonym czasem.
Z Cody`m Julie tylko drętwo się przytuliła, więc nie jest zbyt dobrze.
Pożegnaliśmy się i wsiedliśmy do auta.
Cholera, nawet nie wiem jak mam się odezwać, co powiedzieć, by nie wkurzyć jej już na starcie.
W końcu po kilku minutach jazdy w ciszy, przemogłem się i zacząłem:
- Julie…
- Nie. – warknęła tylko. 
Spojrzałem na nią zaskoczony.
- Co?
- To, co słyszałeś. – odparła, nie odwracając wzroku od przedniej szyby.
- Nie możesz wiecznie milczeć! – powiedziałem z irytacją.
Wiem, że jest w tej chwili wściekła, ale nie zmienia to faktu, że się kurwa staram jak mogę i naprawdę żałuję. Mogłaby chociaż mnie wysłuchać.
Chociaż tyle.
- Ja nie mogę wiecznie milczeć, ale ty możesz wiecznie kłamać? Wspaniale. – prychnęła lekceważąco, czym mnie wręcz rozjuszyła, ale starałem się zachować spokój zważywszy na mój niewyparzony język.
Odetchnąłem, siląc się na spokojny ton.
- Naprawdę cię przepraszam, Julie. Co mam jeszcze zrobić? – zapytałem bezradnie.
- Może na przykład nie rozmawiać o tym ze mną w czasie przejażdżki, jakbyś gadał o tym co zrobić na kolację. – jej głos wręcz ociekał jadem.
Chciałem powiedzieć w tym momenie wiele, ale przemogłem się i nie odezwałem się aż do końca drogi.
Podjechałem pod jej dom i zatrzymałem auto. Niemal wyskoczyła z samochodu.
Szybko wysiadłem i ruszyłem za nią. Wchodząc do domu, zamknęła za sobą drzwi. Cóż, przed moim nosem.
Przekląłem tylko sam siebie w duchu i wszedłem za nią do środka.
Krzątała się po pokojach, więc postanowiłem po prostu usiąść na kanapie i poczekać, aż będzie gotowa rozmawiać. 
Myśli kłębiły się w mojej głowie nie pozwalając mi się skupić ani na chwilę. Sam nie wiedziałem co i jak jej powiedzieć.
Na szczęście mamy praktycznie całą noc i liczę, że w końcu mnie wysłucha i to przemyśli.
I przede wszystkim dojdzie do wniosku, że mnie nie zostawia.
Brunetka weszła do kuchni i jakby sama nie wiedząć, czym się powinna zająć, sięgnęła po szklankę, ale w tej samej chwili zrezygnowała i odwróciła się na pięcie, patrząc prosto na mnie.
- Wydaje mi się, że to nie jest dobry pomysł abyś tu zostawał, Harry. – powiedziała nagle, a mnie zatkało.
Przez chwilę siedziałem bez ruchu, nie bardzo wiedząc, co teraz.
Nie, to nie może się tak skończyć.
Wstałem gwałtownie.
- Julie… - zacząłem, robiąc kilka kroków w jej stronę. 
- Naprawdę Harry, nie mam ochoty teraz tego roztrząsać. – przerwała mi, krzyżując ręce na piersi.
- Czy dasz mi w końcu dojść do słowa? – zapytałem z lekką irytacją.
Wywróciła tylko oczami, ale nic nie powiedziała, co potraktowałem jako ciche przyzwolenie. 
- Wiem, jak źle to wszystko wygląda, uwierz mi. I naprawdę przepraszam za to wszystko, nawet nie wiesz jak bardzo tego żałuję. Wiem, mogłem inaczej, ale tego nie zrobiłem, jestem idiotą. Płaszczę się przed tobą, chcę żebyś zrozumiała, że poważnie cię traktuję, nie bagatelizuję twoich uczuć i naprawdę nie chciałem cię zranić. I może to zabrzmi dla ciebie śmiesznie, ale możesz mi ufać, Julie. Nie zawiodę cię kolejny raz. Zdaję sobie sprawę, że cały czas musisz mi coś wybaczać, ale przysięgam, zrobię wszystko byś więcej nie musiała tego robić. – wyrzucałem z siebie kolejne słowa jakby od każdego zależało to, czy nie odejdzie.
Dalej uparcie milczała, a po jej policzku spłynęła łza. Nie mogłem powstrzymać odruchu, by ją przytulić, lecz odsunęła się w ostatniej chwili.
Już dawno nic mnie tak bardzo nie zabolało. Zwłaszcza teraz, gdy nie wiem, czy za chwilę nie stracę jedynej rzeczy, na której mi tak cholernie zależy.
- Po prostu… - urwałem na chwilę, bojąc się dokończyć. Wziąłem krótki oddech. – Nie odchodź.  – dokończyłem łamiącym się głosem, ale naprawdę w tej chwili mnie to nie obchodziło.


*oczami Julie*

Nie mogłam dłużej słuchać jego głosu i tłumaczeń. Chciałam mu wierzyć.
Naprawdę.
-I może to zabrzmi dla ciebie śmiesznie, ale możesz mi ufać, Julie. – ciągnął - Nie zawiodę cię kolejny raz. Zdaję sobie sprawę, że cały czas musisz mi coś wybaczać, ale przysięgam, zrobię wszystko byś więcej nie musiała tego robić.
Na te słowa nie wytrzymałam i łzy pociekły mi po policzkach.
Niemal od razu wyciągnął ramiona by mnie przytulić, ale odsunęłam się w ostatniej chwili. Nie.
Ból w jego oczach tylko spotęgował moje rozżalenie.
- Po prostu… - zawahał się chwilę – Nie odchodź. – głos mu się załamał.
Natychmiastowo ogarnął mnie nieokreślony strach.
Czy mogłabym go w tej chwili zostawić? Po prostu się z nim rozstać?
Owszem, w tej chwili wręcz nie mogę na niego patrzeć, czuję się oszukana jak nigdy dotąd, ale czy naprawdę jestem w stanie odejść?
Czy może jestem aż tak głupia i naiwna, że zawsze zostaję?
- Wychodzę, Harry. – wychrypiałam tylko i ruszyłam w stronę drzwi. Nie mogę dłużej go słuchać.
- Julie! – zawołał z desperacją. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie. Zawsze był na takie zachowania zbyt dumny.
- Muszę stąd wyjść. – powiedziałam tylko, będąc już przy drzwiach.
- Zostanę tu, poczekam…- plątał się.
- Rób co chcesz. – mruknęłam otwierając drzwi. Naprawdę chcę po prostu wyjść i odetchnąć chociaż na chwilę.
- Julie! – zawołał za mną kolejny raz, wywołując u mnie furię.
- Co?! – krzyknęłam odwracając się gwałtownie w jego stronę.
- Proszę, weź kurtkę. – powiedział niemrawo i wyciągnął w moją stronę trzymaną przez siebie kurtkę.
W tym samym momencie miałam ochotę walnąć sobie w pysk za moją opryskliwość, gdy on nawet w takiej chwili zwyczajnie się o mnie troszczył.
Wyszłam  po 22 z domu, jest ciemno i dość zimno. Swoją drogą, gratulacje, Julie.
Wzięłam tylko od niego kurtkę i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie.
Teraz już się nie powstrzymywałam, łzy leciały mi ciurkiem po policzkach.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon i trzęsącymi się dłońmi wybrałam numer.
- Halo? – usłyszałam dobrze znany mi głos.
- Potrzebuję z kimś porozmawiać. – wydukałam tylko.
- Gdzie jesteś? – usłyszałam słowa, na które poczułam ulgę


***

- Po prostu to wszystko mnie przerasta. - jęknęłam, bawiąc się słomką w moim piwie. 
Świat mi się wali na głowę i oto jestem, piję piwo i płaczę w ramię ostatniej osobie na tym świecie, jakiej  możnabyłoby się spodziewać. 
- Nie dziwię się. - westchnął Dylan, biorąc łyka swojego piwa. - Ale tak już jest Julie, nie można uciekać od takich sytuacji, trzeba stawić im czoła. 
- I kto to mówi. - prychnęłam. 
- To że ja popełniłem taki błąd, nie znaczy że ty też musisz. Chyba nie bez powodu zadzwoniłaś akurat do mnie, co? - spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. 
- Co masz na myśli? - zapytałam nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Sprawa jest beznadziejna, dotyczy pewnego dupka, a ja jestem specem od popełniania błędów, chujowych sytuacji i bycia dupkiem. No i na wieść o sprawie z narkotykami nie postawię wielkich oczu jak większość ludzi i nie będę oceniać. Też bym w takiej sytuacji sam do siebie zadzwonił. - powiedział wesołym tonem, próbując zapewne mnie rozbawić, ale jakoś nie mogłam się zmusić do uśmiechu. 
Może jest w tym trochę racji? 
- Przepraszam, jeśli źle to odbierasz, ja... - zaczęłam, myśląc, że może czuje się urażony, ale przerwał mi. 
- Spokojnie Julie, nie przepraszaj. Nie mam ci tego za złe, absolutnie. Cieszę się, że mogę chociaż próbować pomóc. 
- W tej sytuacji nie da się pomóc. - westchnęłam i oparłam głowę o dłoń. 
- No tak, siedzisz w barze i pijesz mieszankę łez i piwa, nie jest dobrze. - powiedział ironicznie i o dziwo, nawet udało mi się nieco uśmiechnąć, jeśli można to tak ująć. 
- Mówię poważnie Dylan, nie mam pojęcia co teraz. 
- Julie, jesteś z Harry`m już dość długo, z tego co mi wiadomo nie brak wam zawirowań, ale czy czujesz się zmęczona tym związkiem? 
- No... Jestem zmęczona jego kłamstwami. - odparłam.
- Pytam, czy masz dość tego związku. - powiedział dobitnie. 
- Nie. - nie zawahałam się. 
- Czy teraz Styles żałuje tego, co odpierdolił? - pytał dalej. 
- No... nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. - powiedziałam. 
- Oohhh, jak z tobą się ciężko czasami rozmawia.... - jęknął zniecierpliwiony. - Czy zachowywał się jak małe, zrozpaczone dziecko? 
- No... Trochę tak.  
- Kochasz go? - spojrzał mi w oczy. 
Przełknęłam ślinę. 
- Tak. - odpowiedziałam cicho. 
- Jesteś z nim szczęśliwa?
- Gdy nie ma takich sytuacji jak ta, tak. - odpowiadałam, wiedząc na co próbuje mnie naprowadzić. Nieustannie o tym myślałam. 
- Biorąc pod uwagę to, co mi opowiedziałaś wcześniej i to, co powiedziałaś mi teraz, uważam, że jest o co walczyć, Julce. - powiedział spokojnie.
- A od kiedy to nagle jesteś takim świetnym psychologiem? - zapytałam z przekąsem. 
- Po prostu wiem jak wyglądają sprawy, w które Harry był zamieszany i wiem jak to jest, gdy w grę wchodzi osoba, na której ci zależy. Starasz się być jak najlepszy, jak tylko można, nawet jeśli czasami mija się to z prawdą. Dla tej jednej osoby. I myślę, że ty jesteś taką osobą dla Styles`a, a to co się stało jest efektem ubocznym jego starań, by być dla ciebie ideałem. 
- Pięknie powiedziane, ale gorzej jest ze zrozumieniem tego, Ładny mi ideał. - mruknęłam. 
- Jak już mówiłem, różnie w życiu bywa. - odparł. 
- Dlaczego nagle jesteś po jego stronie? - zapytałam zaciekawiona. 
- Nie jestem po jego stronie. Po prostu uważam, że każdy zasługuje na drugą szansę.  Przy trzeciej należy się zastanowić. - powiedział, biorąc łyk piwa. 
- Czy wybaczanie nie jest naiwnością? - zapytałam z goryczą. 
- Wiara w ludzi, których się kocha nie jest naiwnością.  - odparł. 
Cholera. 

*oczami Harry`ego*

Minęły jakieś trzy godziny odkąd wyszła domu. I od trzech godzin, praktycznie nie usiadłem na tyłku. Chodziłem od okna do okna, sprawdzałem telefon, nawet mimo porządku zdecydowałem się odkurzać. Myślami byłem nieobecny. Cały czas zadręczałem się, co jeszcze mogę zrobić, co powiedzieć. I gdzie jest Julie? Czy jest bezpieczna? Czy nic jej się nie stało? Czy jest sama?
Powinienem kupić jej kwiaty, zabrać ją gdzieś, jakoś jej to wynagrodzić, cokolwiek. 
O ile nie jest za późno. 
Usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi i moje serce zaczęło walić z finezją godną młotu pneumatycznego. 
Co teraz? 
Weszła do środka. Gdy mnie zobaczyła, przystanęła. Popatrzyła na mnie chwilę i  ruszyła szybko na górę.
Coś mnie zakuło w środku. Co to może znaczyć?
Gdyby nie chciała mnie już nigdy więcej widzieć, chyba by mnie po prostu wyrzuciła, prawda? 
Gdyby chciała odejść...
Może po prostu potrzebuje jeszcze czasu? 
Kurwa, głupieję. 
Zachowuję się jak nienormalny, opętany. Muszę przestać myśleć. Dam jej czas, jeśli to jest to, czego potrzebuje. 
Zrezygnowany położyłem się na kanapie i przykryłem się kocem. Nie wiem czy dam radę zmrużyć oko chociaż na pół godziny tej nocy. 
Ale wiem, że muszę  tu zostać. 

***
- Harry... Harry! - usłyszałem jej piękny głos gdzieś z daleka. 
-Harry!-na kolejne zawołanie  otworzyłem z trudem oczy. 
Gdy zobaczyłem jej piękną twarz pochyloną nade mną od razu zapragnąłem przyciągnąć ją do swojego ciała i  zbyć ją krótkim ,, Pośpijmy jeszcze kochanie" ale w tej samej chwili przypomniałem sobie wszystko, co wydarzyło się wczorajszego dnia. 
Podniosłem się szybko. 
- Co się stało? - zapytałem.
- Chyba powinieneś wstawać do pracy... - powiedziała niepewnie. - Jest ósma...
- Mam dzisiaj na popołudnie. - odparłem. 
- Och... Przepraszam. - bąknęła. 
- Nic się nie stało, Julie. - powiedziałem spokojnie. 
Zapadła niezręczna cisza. 
- Robię kawę, gdybyś... - zaczęła, ale przerwałem jej nie mogąc dłużej czekać. 
- Julie czy możemy porozmawiać o tym co w tej chwili jest najważniejsze? - zapytałem szybko, patrząc jej w oczy. 
- Czyli?
- O nas. - odparłem.  - Nie powinienem naciskać...
- Nie powinieneś. - przerwała mi. 
- Ale nie mogę już dłużej żyć w niepewności. - ciągnąłem dalej. - Przyrzekam, że zrobię wszystko żebyś mi wybaczyła i nie będę cię więcej okłamywał. 
- Co mi po twoich obietnicach... - westchnęła smutno. 
- Są szczerze, Julie. Kocham cię i zrobię wszystko, żeby być facetem, jakiego potrzebujesz... - mówiłem, ale znowu mi przerwała. 
- Nie. 
- Nie? - powtórzyłem zaskoczony. 
- Kiedy zrozumiesz, że facetem jakiego potrzebuję, jesteś ty? Bądź sobą, nie staraj się być na siłę inny, bo jak na razie przez to wszystko zepsułeś! Zacznij w końcu wierzyć, że to ciebie chcę, po prostu bądź ze mną szczery! 
- Ja... Tak Julie. Obiecuję. - powiedziałem zaskoczony. Jak mogę być dla niej dobry? Robię same głupoty. 

Pokiwała tylko głową.
- Czy to znaczy, że...? - bałem się zapytać. 
- To był ostatni raz, kiedy mnie oszukałeś, rozumiesz? - powiedziała poważnie, patrząc mi w oczy. 
- Tak, Julie. - powiedziałem bez wahania i nie mogąc dłużej czekać przytuliłem ją do siebie, jakby od tego zależało moje życie. 
I z niewyobrażalną ulgą stwierdziłem, że się nie odsuwa, odwzajemnia uścisk. 

_________________________________________________
Wiem. 
I przepraszam, co mogę więcej powiedzieć.
Po prostu od kiedy komentarzy zostało zaledwie kilka, nie spodziewałam się, żeby ktoś jeszcze do tego zaglądał, więc bardziej pisałam to dla siebie i Agnes, niż dla kogoś. 
Ale miło wiedzieć, że ktoś tu jeszcze jest i naprawdę chce czytać to dalej. 
Dziękuję i przepraszam. 


piątek, 6 maja 2016

54. Pull over!



*oczami Harry`ego*
  Jak długa może być ta noc?
Spoglądając na zegarek tylko utwierdzam się w przekonaniu, że czas to mój kat.
Minęła zaledwie godzina, a ja czuję jakbym przeżył już dwie wieczności. Każda sekunda mnie dobija.
Od nadmiaru emocji i tych cholernych myśli, czuję że zaraz głowa mi ekspoloduje.
Najgorsza jest ta niemoc. Chciałbym w tym momencie paść na kolana przed leżącą obok mnie Julie i błagać ją, żeby wybaczyła mi kolejną głupotę i zatajoną prawdę.
Zamiast tego leżę w bezruchu i mam wrażenie, że między mną a nią jest co najmniej kilometrowy dystans.
Bycie przez nią odsuwanym i ignorowanym jest o wiele gorsze od jej pretensji i łez. Bo kłótnie chociaż do czegoś prowadzą, a pełne złości milczenie doprowadzają mnie jedynie do szału.
 Cholerny ból głowy nie ułatwia zaśnięcia. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej potęguje męczące mnie myśli. Stworzyłem milion scenariuszy jak mogę to wszystko w logiczny sposób wyjaśnić Julie.
Każdy kolejny wydaje się być gorszy od poprzedniego.  Co jest lepszym rozwiązaniem?
Powiedzieć jej prawdę, która pociągnie za sobą potrzebę wyjaśnienia kolejnych moich większych i mniejszych kłamstw i półprawd?
Czy może wymyślić jakąś bezpieczną wersję i zostawić to wszystko za sobą? I oczywiście przysporzyć sobie kolejnych wyrzutów sumienia.
Zdążyłem zauważyć, że moje omijanie prawdy nie zawsze kończy się dla nas dobrze. Ale z drugiej strony mam dużo do stracenia. Jeśli powiem, co dawałem Cody`emu i skąd to miałem, będę musiał się przyznać do narkotyków, a to już nie jest takie łatwe do wybaczenia.
Wiedziałem, że to byłoby zbyt proste, gdyby cała ta sprawa skończyła się tylko na wycofaniu się z "interesu" Damiena. Jedno udało się uspokoić, musiało się zjebać gdzie indziej.
Co robię nie tak? Cały czas staram się robić wszystko co trzeba, żeby być odpowiednim facetem dla Julie, dokłanie takim jakiego potrzebuje. Wszystko robię z myślą o niej, usiłuję wszystko poukładać, a i tak co chwila coś się pierdoli. Po prostu przerasta mnie to.
I właśnie dlatego sam nie wiem co powinienem zrobić, co powiedzieć Julie. Nie wiem co zamierza powiedzieć Cody.
On sam też ma akurat idealną okazję, żeby mnie udupić, tak jak do tej pory się odgrażał. Jeżeli tylko zechce, jest po mnie. A w tych okolicznościach nawet nie łudzę się, że Julie uwierzyłaby mi.
Cholera. Gdyby tylko Julie nas wtedy nie usłyszała, wszystko byłoby prostsze. Nie wspominając o tym, że oprócz Julie, nie nurtowałaby mnie też nagła zmiana zachowania Cody`ego. Nagle z pewnego siebie, bezczelnego idioty zmienił się w zrezygnowanego i zagubionego dzieciaka. Jego wymijające i pokrętne tłumaczenia, które zresztą były bardzo lakoniczne, zastanawiały mnie.
Co mogli dla niego zrobić dwaj kolesie na chaju? Z czym się pogubił?
  Mam ogromny mętlik w głowie. Sam już nie wiem co myśleć, co mam teraz zrobić.
Jedyne czego jestem pewien to, że muszę się kierować tym co jest dobre dla mnie i dla Julie.

***
     Gdy w końcu po wielogodzinnym czekaniu, zobaczyłem na zegarku godzinę siódmą rano, od razu zwlokłem się ostrożnie z łóżka. Nie zmrużyłem oka całą pieprzoną noc i czułem pulsujący ból głowy, nasilający sie z każdą chwilą. Spojrzałem tylko na Julie, opatuloną pościelą. Niesamowicie wierciła się w nocy, bardzo niespokojnie spała. Pewnie mordowała mnie w snach. 
Nawet spróbowałem raz ją przytulić, żeby była spokojniesza, jak zwykłem to robić, ale nawet przez sen szybko się odsuwała. 
 Westchnąłem i możliwie jak naciszej poszedłem do łazienki. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze nikt nie wstał, może udałoby mi się zadzwonić do Lou, albo Niall`a i porozmawiać. 
Szybko się ogarnąłem, wziąłem telefon i wyszedłem po cichu z pokoju, Słyszałem własne bicie serca, schodząc powoli po schodach. Ku mojej uciesze, wygląda na to, że wszyscy jeszcze śpią. 
Wypiłbym najchętniej kawę, ale nie chcę ryzykować, że jakimś trafem kogoś obudzę, więc od razu kieruję się na zewnątrz.
Czując rześkie, chłodne powietrze, odetchnąłem z ulgą, nieco mnie to obudziło.
Od razu poszedłem w kierunku ulicy, nie chcąc ryzykować, że ktoś mnie usłyszy. Gdybym tylko pomyślał o tym wczoraj, może nie byłoby tej chorej sytuacji. Cholera.
Oddaliłem się o kilka kroków od wjazdu na teren domu rodziców Julie i usiadłem na krawężniku.
 Niesamowicie spokojna okolica. O tej porze w Northland prawie wszędzie jest ruch, ktoś się gdzieś śpieszy.
Tutaj nie widać żywego ducha.
Idealne miejsce, aby zeżarły mnie wyrzuty sumienia.
   Westchnąłem i wziąłem do ręki telefon. Już od wieczora wiedziałem, że chcę z kimś pogadać, bo zwariuję. Problem w tym, że nie do końca wiedziałem, z kim powinienem pogadać.
Pierwsza myśl to Louis i Niall, zdecydowanie. Tylko kwestia tego, od kogo i co chcę usłyszeć.
Wiem, że Niall doradziłby mi mądrze, przede wszystkim kierując się sercem. Właściwie jestem prawie pewny, że powiedziałby mi, żebym przyznał się do wszystkiego. I tego właśnie się obawiam.
Jednocześnie, tego właśnie chcę.
Cholera, jest ze mną chyba gorzej niż myślałem.
To wszystko przez to, że sam chcę powiedzieć prawdę, ulżyć sobie i w końcu mieć czyste sumienie. A z drugiej strony cholernie się tego boję, wiem że zawiodę jej zufanie, gdy wszystko wyjdzie na jaw. Co zrobię, jeżeli stwierdzi, że to za dużo?
Potrzebuję kogoś, kto popchnie mnie w jedną stronę. Wiem, że Niall popchnie mnie w kierunku prawdy. Tego się boję.
A Lou? Nie wiem. I dlatego mniej obawiam się rozmowy z nim.
Pieprzyć to. 
Nie myśląc już dłużej, wybrałem numer Tomlinsona.
Z bijącym sercem czekałem, aż odbierze, licząc każdy sygnał. Przy czwartym, straciłem nadzieję. Tak jak przeczuwałem, usłyszałem sekretarkę.
Chuj by to wszystko strzelił.
Chyba nie pozostało mi nic innego, jak zadzwonić do Horana...
Tym razem takze nie czekałem, aż strach wygra i nie zadzwonię i szybko wybrałem numer blondyna.
Nic nie poradzę, że wsłuchując się w każdy sygnał, miałem cichą nadzieję, że moze nie odbierze.
- Halo? - usłyszałem głos przyjaciela.
No dobra. 
- Niall, cześć. Słuchaj, jesteś zajęty? - zapytałem, zły sam na siebie za to, jak posrany byłem.
- Nie, coś się stało? - usłyszałem w jego głosie niepokój.
- Nie... To znaczy tak. - westchnąłem.
- Mów, co jest. - powiedział tylko. Po krótce wyjaśniłem mu całą sytuację od mojego potajemnego układu z Damienem po wczorajszą sytuację. I jakieś milion razy miałem ochotę strzelić sobie w ryja, gdy słuchając sam siebie, zdałem sobie sprawę jak bardzo wszystko się popierdoliło.
Sam Niall nawet nie odezwał się słowem, nie przerwał mi i cierpliwie słuchał, do mojego ostatniego słowa.
Słyszałem jak bierze oddech i przygotowałem się na wszystko, co mogę usłyszeć.
- Dobra, po pierwsze: przy najbliższym spotkaniu urwę ci jaja za to, że nie odezwałeś się słowem o Damienie i o tym, że nadal w tym siedzisz. - wywróciłem oczami na jego słowa. Mogłem się tego spodziewać. - Po drugie: ja pierdole Styles, nie wierzę, że wpakowałeś się w takie gówno. I dlaczego w ogóle nie powiedziałeś Julie od razu o sprawie z Damienem?
- Kurwa Niall, jak? ,,Hej kochanie, nie mam czasu dzisiaj wieczorem, jadę opylać narkotyki, spotkamy się później"?
- Nie idioto, ale mogłeś jej powiedzieć jak już ze wszystkiego się wycofałeś. Wtedy miałbyś czyste konto.
Cholera, o tym to nie pomyślałem.
- Dobra Horan, masz rację ale błagam Cię, potrzebuję rady co robić. - jęknąłem. Przysięgam, mam dosyć wszystkiego.
- Rozumiem, sorry Hazz. Powiem ci szerze, tkwisz w zajebistym gównie. - zaczął.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem. - westchnąłem.
- I moim skromnym zdaniem - ciągnął dalej - najlepszym wyjściem jest powiedzenie Julie wszystkiego, od początku do końca. Mówię poważnie stary, im wcześniej tym lepiej. Potem nagle znowu coś wyskoczy i co? Nie wiesz ile kłamstw Julie jest w stanie ci wybaczyć i lepiej tego nie testuj.
CHOLERA.
- Bałem się, że to powiesz. - mruknąłem zrezygnowany.
- Domyślam się. Bo ty nie dzwonisz po radę co masz robić. Ty już wiesz co powinieneś zrobić, Harry. - powiedział pewnie. - Tylko jesteś tchórzem, więc ktoś musi cię kopnąć w dupę, żebyś miał odwagę chociaż raz zrobić coś mądrego.
I tak bardzo jak mi się to nie podoba, tak Niall ma pieprzoną rację.
Westchnąłem ciężko.
- Tylko co jeśli to będzie za dużo, żeby Julie mi wybaczyła? - zadałem pytanie, które najbardziej mnie dręczyło.
- Nie wiem, Hazz. Ale musisz to zrobić, zaufaj mi.- powiedział.
Nie mam innego wyboru. 
- Cholera, dobra Niall. Zrobię to. Dzięki stary. W ogóle jak tam Lucy? - zapytałem, nie chcąc wyjść na kompletnego dupka.
- Oboje wiemy, że wcale nie masz teraz ochoty o tym gadać, Hazz. Wszystko w porządku, a o reszcie porozmawiamy, kiedy ogarniesz to całe gówno. Dzwoń, jak będzie po wszystkim, w każdej chwili wychodzę z tobą na piwo.
Niall jest naprawdę dobrym przyjacielem. Zdecydowanie.
I co ważniejsze, mimo moich zajebistych obaw, wiem co zrobię.
- Dziękuję, stary, - powiedziałem z ulgą. - I przepraszam.
- Nie ma sprawy, Hazz. W razie czego, dzwoń. - zapewnił mnie.
Pożegnaliśmy się i rozłączyłem się.
Okej, tego właśnie potrzebowałem. Już miałem wstawać i wracać do domu, gdy zobaczyłem, ze mam nieodebrane połączenie od Lou.
Szybko do niego oddzwoniłem. Muszę mu powiedzieć co się dzieje,
Jakby nie patrzeć, jeszcze kilkańaście minut temu tylko on i Zayn wiedzieli wszystko o Damienie i Cody`m.
- Hazz? Czy jest jakieś logiczne wytłumaczenie na to, że w mój pieprzony wolny dzień, dzwonisz do mnie o 7 rano? - usłyszałem jego zaspany głos.
- Siema Tommo. Wybacz stary, że cię obudziłem, ale wszystko się u mnie zjebało i potrzebowałem z kimś pogadać, złupiałem i nie wiedziałem już co mam kurwa robić. - westchnąłem.
- Zaraz, moment. Co się stało? - zapytał już bardziej rozbudzony.
Szybko powiedziałem mu wszystko, na szczęście w tym przypadku nie było tego tak dużo, bo większość już wiedział.
- Ty kretynie! Co ty odjebałeś, stary!
- Tommo, wiem. - syknąłem.
- Mówiłem, żebyś to jakoś ogarnął i zaczął jej mówić chociaż o części z tego całego syfu, bo będzie chujnia, to nieeeee! Naprawdę Styles, zjebałeś to. - kontynuował w najlepsze opieprzanie mnie, jeszcze bardziej mnie denerwując.
- Dobra, czaję Tommo. - starałem się mu przerwać.
- W ogóle, jak można być takim tępym ciulem, żeby kłócić się w najlepsze pod jej domem? Wyobraź sobie stary, że ta dziewczyna, tak samo jak jej ojciec i ta cała macocha, mają uszy! A myślałem, że tylko Horan spał na biologii...
- Kurwa, Tommo, już dotarło! - zawołałem. - Już wiem co mam robić, skończ.
- Wiesz co masz robić? To coś nowego, stary, jestem szczerze zaintrygowany. - powiedział z ironią.
Wywróciłem oczami.
- Możesz przestać mi dopierdalać, Lou? Naprawdę nie mam na to siły, żeby wysłuchiwać twojego sarkastycznego pieprzenia.
- Dobra, już! - westchnął.- Powiedz mi geniuszu, co zamierzasz?
- Powiem jej w końcu prawdę. - odparłem.
- No, na mówienie prawdy to już chyba trochę za późno, nie sądzisz? - prychnął.
- Jak to?
- Nie no, ty naprawdę jesteś jakiś opóźniony w rozwoju! Od kilku miesięcy ci gadam, że musisz zacząć być szczery z Julie, a ty dochodzisz do tego wniosku dopiero, gdy tkwisz już w jednym, wielkim gównie, stary. Gratuluję, naprawdę. - powiedział z przekąsem.
- Tommo, naprawdę nie wkurwiaj mnie. - warknąłem.
- Sorry Hazz, ale naprawdę jesteś idiotą. I moim zdaniem jest już za późno na twoje olśnienie, że powinieneś powiedzieć prawdę, Styles.
- Co ty gadasz? - zapytałem głupiejąc coraz bardziej.
- Harry, dobrze wiesz, że jestem zwolennikiem bycia szczerym, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi kobieta, bo po tym gatunku można się spodziwać wszystkiego i o ile ci zależy, to lepiej jest być szczerym i dostać po mordzie niż kłamać, a potem dostać torbę ze swoimi rzeczami, wystawioną za drzwi. Ale całkiem poważnie stary, ty w tej chwili zaplątałeś się już tak bardzo, że Bóg jeden wie jak Julie zniesie taką ilość informacji naraz, gdy do tej pory była niczego nieświadoma i myślała, że tak dobrze cię zna.
Przymknąłem powieki i przetarłem twarz dłonią. Przysięgam, zaraz zwariuję.
- Chwila, Tommo. Czy ty mi kurwa próbujesz powiedzieć, że nie powienienem mówić Julie prawdy? - zapytałem, tracąc resztki cierpliwości.
- Nie wierzę, że to mówię, ale tak. Po prostu wygląda to bardzo chujowo stary, nawet dla mnie, gdzie wiedziałem o większości spraw, a Julie nie wie o niczym. Sam mówiłeś, że kłócicie się za każdym razem, gdy twoje kłamstwo wyjdzie na jaw, co będzie gdy na jaw wyjdzie kilkanaście tych kłamstw? Tu chodzi o zaufanie, Styles. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ciężko jest je odbudować, zwłaszcza jak porządnie je spieprzysz. Czasami trzeba wybrać mniejsze zło. Przynajmniej ja tak uważam.
  Aż zaniemówiłem. Jeżeli mówiłem, że wcześniej miałem mętlik w głowie, to kurwa kłamałem, bo to co dzieje się w niej teraz, to jest istny chaos.
- Nie możesz mi mówić teraz takch rzeczy Louis. - powiedziałem zdenerwowany.
- Harry do cholery! Wiem, że to chujowe, ale naprawdę możesz ją stracić, rozumiesz? Chciałeś wiedzieć, co myślę, więc ci mówię. Co ty z tym zrobisz, to już twoja decyzja. To twoje życie. Ale musisz się liczyć z pewnymi rzeczami, stary. Na przykład z tym, że Julie może po prostu mieć dość i ma do tego święte prawo. - powiedział spokojnym tonem.
Nie wierzę w to, co się dzieje, No kurwa mać.
I właśnie to jest najgorsze. Chcę powiedzieć prawdę, ale wiem czym to grozi i za cholerę nie chcę, żeby moje i Lou przypuszczenia się sprawdziły.
- Teraz to zgłupiałem do reszty, Tommo. - mruknąłem zrezygnowany.
- Wiem, Hazz. I przykro mi to mówić, ale naprawdę musisz sam zdecydować co będzie lepsze. Znasz moje zdanie, ale będę po twojej stronie niezależnie od tego, co zrobisz. Albo okłamiesz ją ostatni raz, albo pierwszy raz powiesz jej całą prawdę.
Westchnąłem ciężko.
- Kurwa, dobra Tommo... Dzięki stary, muszę sobie to jakoś poukładać i się zastanowić, a niewiele już czasu mi zostało. Odezwę się do ciebie później, dobra?
- Jasne, Harry. Trzymaj się. - powiedział zmartwionym głosem i pożgenaliśmy się.
Miałem ogromną ochotę cisnąć telefonem o ziemię.
Podsumowując tą chorą sytuację mam dwa wyjścia. Albo chociaż raz być szczerym od początku do końca i ryzykować, że stracę Julie, albo kolejny raz skłamać i jakoś ją przy sobie zatrzymać.
Cóż, kłamstwo jest chujowe ale bezpieczne.
Prawda przyniosłaby mi ulgę, ale może mi rozjebać związek.
Jedyne co wiem, to że kocham Julie i chcę tylko jej szczęścia ze mną.
 - Harry? - usłyszałem nagle głos za moimi plecami. Obejrzałem się.
Przede mną stał nie kto inny, jak Cody z papierosem w dłoni.
- Wygląda na to, że to ja. - mruknąłem nieco zgryźliwie i ponownie spojrzałem przed siebie, niezaintersowany jego towarzystwem. Jest ostatnią osobą, którą chciałbym teraz widzieć.
- Co tu robisz? - zapytał jak gdyby nigdy nic.
Jezu, czy on może się po prostu odczepić?!
- Siedzę. - burknąłem.
Nic nie powiedział, tylko usiadł obok mnie na krawężniku.
NO BŁAGAM.
- Nie masz przypadkiem czegoś do roboty? - zapytałem podirytowany.
- Jakoś nie mam ochoty tam wracać. - odparł tylko, nie zważając na mój ton.
- A ja jakoś nie mam ochoty na towarzystwo, więc byłbym wdzięczny, gdybyś sobie palił gdzie indziej. - warknąłem.
- Kurwa, przepraszam, okej?! - zawołał zdenerwowany. - Naprawdę przepraszam za to, co się wczoraj stało i za to, że masz teraz przejebane z Julie! Nie chciałem jej w to mieszać.
- Zabawne, jakoś miałeś inne zdanie gdy odgrażałeś się, że powiesz o mnie Julie. - prychnąłem.
- Bo byłem głupi i zdesperowany, okej?! Przecież nic bym jej nie powiedział. - wyrzucił ze złością niedopalonego papierosa.
- Czy ty siebie kurwa słyszysz?! Mówisz, że nic byś jej nie powiedział? Więc po to ja kurwa, wypruwam sobie flaki, żeby zamknąć ci usta, a ty teraz mówisz mi takie rzeczy?! - mówiłem wściekły.
Nie wierzę w to co słyszę, no nie wierzę.
- Kurwa, PRZEPRASZAM! Co mam jeszcze zrobić?! - zawołał chłopak.
- Może na przykład zacząłbyś myśleć i odwalisz się od mojego życia?! - zasugerowałem ze złością i wstałem.
- Nie wiesz czemu to wszystko robiłem, więc przestań już mnie oceniać i łaskawie pogadaj ze mną o Julie! Podobnie jak ty, chcę tylko jej dobra!
- No niesamowite, kochający braciszek się znalazł! Czas najwyższy! - mówiłem ze złością.
Nie widziałem jeszcze drugiego tak popieprzonego egoisty jak Cody, przysięgam.
I jeśli zaraz się nie zamknie, dostanie ode mnie w ryj.
- Mówię poważnie. - warknął.
- Ach tak? Więc co zamierzasz zrobić, żeby uszczęśliwić Julie? Udupić mnie? Powiedzieć jej wszystko o mnie, w taki sposób, zeby nigdy więcej nei chciała mnie widzieć?! - byłem bliski istnej furii.
- Nie, kurwa, posłuchaj mnei chociaż przez chwilę! - wstał i podszedł do mnie.
- Nie pieprz głupot, nie jestem tak głupi, żeby ci uwierzyć! - powiedziałem ze złością i chcąc uniknąć rzucenia się na niego z pięściami ruszyłem w kierunku domu.
- Mówię poważnie, posłuchaj mnie! - zawołał i złapał mnie mocno za ramię. Momentalnie się zatrzymałem i zmierzyłem go wzrokiem, czując rosnącą wściekłość.
Muszę skupić się na tym, żeby nic chujowi nie zrobić, bo z tego się już nie wytłumaczę.
Wziąłem głeboki oddech i wyszarpnąłem ramię z jego uścisku.
- Mów. - warknąłem.
- Powiemy Julie taką wersję wydarzeń, jaką będzie  stanie przyjąć bez znienawidzenia mnie albo ciebie.
- Nie wiemy, ile słyszała. - powiedziałem, siląc się na spokojny ton.
- Dlatego pójdziemy w sprawy narkotyków. Powiem jej, że wplątałem się w jakieś ciemne interesy i chciałem twojej rady, czy pomocy bo wiem co robiłeś w przeszłości. Ty się na mnie wkurwiłeś, zaczęliśmy się kłócić, ale to wszystko.
- Ona oszaleje, jak usłyszy, że wplątałeś się w narkotyki. -  zauważyłem.
Czy to możliwe, że on naprawdę nie chce krzywdzić Julie i co ważniejsze, nie chce przy okazji mnie usunąć z jej życia?
- Dlatego powiem, że wszystko jest już pod kontrolą, a chodziło o jakiegoś mojego bliskiego kumpla. Wszystko w bezpieczny sposób, żeby nie miała się o co martwić zarówno z mojej jak i z twojej strony. - powiedział poważnie.
- Jedno pytanie, dlaczego nagle chcesz pomóc? Skąd ta nagła zmiana? - zapytałem niefunie.
- Wyobraź sobie, że nie jestem aż takim dupkiem na jakiego wyglądam i nigdy nie chciałem źle dla Julie. Naprawdę ją lubię i nie chcę rozwalać ani twojego i jej związku, ani związku Charlesa i mojej mamy. - powiedział szczerze, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie.
- Więc czego chciałeś? - dopytywałem, nie mogąc zrozumieć jego zachowania.
Wyraźnie spiął się na moje słowa.
- Twojej pomocy, ale najpierw musiałem być pewien, że zrobisz to, co poproszę, bez wpieprzania mnie w gówno, tak jak tamci kolesie, dla których były te dragi. - odpowiedział po chwili zastanowienia.
- W co ty się wpierdoliłeś, że zadałeś sobie taki trud knucia tego wszystkiego? Ta twoja dziewczyna o tym wie? - zapytałem niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc.
-Nie i się nie dowie.  To już nieistotne, sam to ogarnę. - uciął i chciał mnie wyminąć, ale tym razem to ja go zatrzymałem. Chciał wyrwać rękę, ale przytrzymałem go.
- Nieważne jak bardzo cię nie lubię, ale jeśli nadal tkwisz w jakimś syfie, to mogę spróbować cię z niego wyciągnąć, bo Julie nie zniosłaby, gdyby coś stało się twojej szanownej, zakłamanej dupie. - powiedziałem poważnie, patrząc mu w oczy.
- Najpierw załatwmy sprawę z Julie, Styles. Chcę mieć to już za sobą. - powiedział.
- Chcesz jej wcisnąć to gówno? - zapytałem z powątpiewaniem.
- Po prostu słuchaj co mówię i graj w moją grę, Harry. Akurat kłamać umiesz. - powiedział bez cienia złośliwości. Puściłem jego ramię i pozwoliłem, by poszedł w stronę domu.
Za każdym razem gdy myślę, że już bardziej skomplikować się to wszystko nie może, okazuje się, że jednak może.



*oczami Julie* 

- Dziękuję wam za wszystko. - mówiła z szerokim uśmiechem Rylie, wkładając ciasto od Samanthy do torby,
- To my dziękujemy skarbie, że spędziłaś z nami czas. - powiedziała Samantha.
- Zawsze jesteście tu mile widziani. - dodał mój tata, obejmując Samanthę w pasie.
- Dobra, dobra, przywiozę wam ją jeszcze! - zaśmiał się Cody wchodząc do pokoju i biorąc torbę od Rylie.
Uśmiechałam się razem ze wszystkimi, mimo że nie miałam na to zbytniej ochoty.
- Mam taką nadzieję! - powiedziała radośnie Samantha.
Widać, że Rylie jest mimo wszystko speszona całą uwagą, jaka została wokół niej skupiona. Jest naprawdę nieśmiałą dziewczyną. Kompletne przeciwieństwo Cody`ego.
- Zbieramy się? - zapytałam Cody`ego. Nic nie poradzę, że mimo uśmiechu przyklejonego do mojej twarzy, nadal gdy muszę się odezwać do niego, czy Harry`ego, mój ton się zmienia.
- Tak. - odparł nieco zgaszonym głosem, Cały czas patrzył na mnie przepraszającym wzrokiem.
Cholera, naprawdę mam już dość tej niewiedzy. Chcę jak najszybciej odwieźć Rylie i w końcu dowiedzieć się prawdy.
 Skinęłam tylko głową i po pożegnaniach dziewczyny z Samanthą i tatą, wsiedliśmy wszyscy do auta.
Cody prowadził auto, Rylie usiadła z przodu, a ja i Harry z tyłu.
Przez całą, okropnie dłużącą się drogę, starałam się brzmieć wesoło i rozmawiać z Rylie. Nie było to łatwe biorąc pod uwagę palące spojrzenie Harry`ego i ogromny stres.
Bałam się tego co mogę usłyszeć za najbliższe pół godziny. A jeszcze bardziej bałam się, czy mogę wierzyć w to, co Harry mi powie.
    W końcu, po kilkudziesięciu okropnie trudnych minutach, doatrliśmy na miejsce i pożegnaliśmy się z Rylie. Zastanawiałam się, czy Cody powiedział jej o tej awanturze z Harry`m, ale zważywszy na ich ciepłe pozegnanie i brak napięcia między nimi, kiedy w drodze rozmawialiśmy, myślę, że nic nie powiedział.
Z bijącym sercem wsiadłam do auta, na miejscu Rylie. Nie chciałam znowu siadać koło Harry`ego.
Cody nie skomentował mojego zachowania, widać było po nim, że czuł się winny.
Niesamowice dręczyło mnie to, że nie wiem co się stało.
Cody kierował się do domu taty, nikt nie odzywał się nawet słowem. Miałam wrażenie, że moje łopoczące serce słyszeli wszyscy, o ile nie całe miasto.
Gdy przejeżdżaliśmy spokojniejszą drogą, zebrałam się na odwagę.
- Zatrzymaj się. - powiedziałam. Cody na dźwięk mojego głosu aż drgnął, ale posłusznie zwolnił.
- Julie... - usłyszałam Harry`ego, ale nie zareagowałam.
Gdy samochód się zatrzymał, wysiadłam z niego, zaraz za mną, wysiedli i oni. Odeszłam bardziej w stronę lasu, by było więcej spokoju. Nie wiem jak moje serce do tej pory wytrzymało takie tempo bicia.
W końcu odwróciłam się do nich i wzięłam głęboki oddech.
- Czy teraz mogę się dowiedzieć co miała znaczyć tamta awantura? I błagam, nie okłamujcie mnie, bo nie zniosę tego. - powiedziałam ostrym tonem, patrząc na Harry`ego.
- Julie, naprawdę nie.. - zaczął mówić Cody, ale nie dane było mu skończyć.
- Nie, Cody, - przerwał mu Harry.
Spojrzałam na nich zdezorientowana. Cody też patrzył na niego zaskoczony.
- Proszę Cię tylko, żebyś wysłuchała mnie do końca, to dla mnie bardzo ważne. I wiem, że będziesz na mnie wściekła po tym co usłyszysz, ale musisz wiedzieć, że bardzo mi na tobie zależy i cię kocham. Popełniam chujowe błędy, ale zwsze wszystko staram się robić dla twojego dobra. - mówił patrząc mi w oczy, a ja cała struchlałam. Co on chce mi powiedzieć?
Wziął głęboki wdech i zaczął mówić dalej.
- Od dłuższego czasu jest coś, o czym ci nie powiedziałem. - na te słowa serce podeszło mi do gardła.- Nie zrobiłem tego dlatego, że nie chciałem, żebyś źle o mnie myślała. Mianowicie, sama wiesz jaką mam przeszłość. Jako jedyny z chłopaków, mimo upływu czasu, nadal tkwiłem w tym gównie i współpracowałem z jednym dilerem. Dawał mi towar, ja go dostarczałem, zbierałem kasę i zawoziłem dilerowi, za co dostawałem pokaźne sumy. Trwało to długo i nie przeszkadzało mi to, zdarzało się, że coś podbierałem i miałem jakieś zielsko dla siebie. Było tak do momentu, gdy między nami zaczęło się robić poważnie, gdy zacząłem coś do ciebie czuć. Od tego czasu, chciałem tylko zrobić wszystko, żeby być facetem, jakiego potrzebujesz. Zacząłem wtedy myśleć, żeby się z tego syfu jakoś wyplątać. I w końcu mi się udało, wycofałem się z tego, nie mam z tym już nic wspólnego. I w tym momencie też pojawił się Cody. - spojrzał na chłopaka, który miał wcale nie lepszą minę ode mnie. Ja tylko stałam, słuchałam i sama nie wiedziałam co mam myśleć, co w ogóle się dzieje. Kiedy to wszystko się działo?
- W każdym razie - ciągnął dalej - Cody wiedział, co robiłem, myślał że robię to nadal. Sam miał trochę problemów, więc stwierdził, że wykorzysta znajomość ze mną. Nie chciałem się na nic zgadzać, ale miał jeden istotny argument. Mogł ci wszystko powiedzieć, a ja chciałem być w twoich oczach idealny, a przynajmniej warty twojej uwagi. Dlatego na wszystko poszedłem, zgadzałem się na wszystko... - mówił dalej, ale ja w pewnym momencie otrzeźwiałam i zdołałam coś z siebie wykrztusić.
- Wszystko, czyli co? - zapytałam trzęsącym się głosem.
Harry westchnął i spojrzał na Cody`ego.
 - Dawał mi narkotyki za darmo. - powiedział Cody, a we mnie się zagotowało.
- Czy ty jesteś normalny?! - zawołałam z pretensją do Harry`ego.
- Julie, naprawdę, zmuszałem go,szantażowałem go, rozumiesz? - powiedział szybko Cody, a mnie zrobiło się niedobrze.
- Co?! - zapytałam z niedowierzaniem. - Kim wy w ogóle jesteście?!
- Błagam cię Julie, wiem jak to wygląda, ale oboje mamy swoje powody. - powiedział Cody.
- Jakie? - warknęłam.
- Miałem zatarg z dwoma ćpunami, nie wiedziałem co mam zrobić, Harry był moją jedyną opcją, więc wykorzystałem to co o nim wiedziałem przeciwko niemu i kurewsko tego teraz żałuję. - powiedział chłopak.
Nie wierzę. Czy to  w ogóle się dzieje naprawdę?
- A ty jaki miałeś powód? - zapytałam Harry`ego z nienawiścią.
- Kocham cię. - odparł po prostu, a ja się roześmiałam. Naprawdę mnie to w tej chwili rozbawiło.
Widziałam ból w jego oczach, gdy po prostu się śmiałam, ale nic mnie to w tym momencie nie obchodziło.
- Bardzo cię przepraszam, Julie. - powiedział cicho Cody.
Powstrzymałam się od chamskiego komenatarza i skupiłam się na tym, żeby nie dać im obu w twarz.
- Chciałem to wszystko jak najszybciej skończyć, żeby nie musieć już więcej niczego przed tobą ukrywać. Przysięgam Julie, chciałem już mieć to wszystko z głowy i móc zając się tym co naprawdę ważne, czyli tobą. Wczoraj, usłyszałem rozmowę Cody`ego z jednym z tych typów. Sam nie wiedziałem, że te prochy nie są dla niego, że on sam ma kłopoty. Więc kiedy już to z niego wydusiłem, wściekłem się i zaczęliśmy się kłócić. Wtedy ty przyszłaś... - urwał, nie wiedząc już co więcej powiedzieć.
- Czy ty chociaż przez chwilę pomyślałeś, jak ja mogę się z tym czuć? - zapytałam go, dusząc w sobie łzy. Wszystko co właśnie mi powiedział, nadal było dla mnie niezrozumiałe i okropne. Po prostu nie wierzę, że przez tak długi czas mógł przede mną ukrywać tyle rzeczy i że mógł być na tyle nieodpowiedzialny, żeby dawać Cody`emu narkotyki.
Nie mieści mi się to w głowie. Jak ja mogłam niczego nie zauważyć? Przecież musiał mieć jakieś potknięcia, jak mogłam być tak ślepa?
- Naprawdę przepraszam. Wiem, że jesteś wściekła i zawiedziona, ale uwierz mi, że wtedy myślałem, że robię dobrze, chroniąc cię przed tym całym gównem. Kocham cię i wszystko robiłem dla ciebie. - mówił szczerze. Albo i nie.  
- Twierdzisz, że wszystko przede mną ukrywałeś i dawałeś narkotyki Cody`emu dla mojego dobra i z miłości do mnie? Czy ty siebie słyszysz?! - syknęłam.
- Wiem jak to wygląda Julie, wiem. - mówił spokojnie i ruszył w moją stronę, ale od razu zrobiłam krok w tył.  Zatrzymał się.
- Naprawdę jesteś dla mnie najważniejsza, Julie. I bardzo cię za to wszystko przepraszam.
- To coś nowego. - prychnęłam. - Zazwyczaj nawet nie wysilasz się na przeprosiny. Szkoda, że tak wolno wcielasz w życie to, co cię proszę. - powiedziałam rozżalona.
- Julie... - zaczął, ale mu przerwałam.
- Nic już nie mów. - ucięłam.  - Ta sprawa z tymi facetami jest już załatwiona? Wszystko jest w porządku? - zwróciłam się do Cody`ego.
- Tak... - powiedział.
- Jesteś pewny?
- Tak. - odpowiedział.
- Możemy już jechać do domu, proszę? - powiedziałam tylko, walcząc ze łzami cisnącymi mi się do oczu. Sama nie wiem czy jestem bardziej wściekła, smutna, zawiedziona czy zraniona.
Nie mogę w ogóle skupić myśli.
- Oczywiście, Julie. - powiedział spokojnie Cody i bez słowa ruszyłam do samochodu.
- Julie... - zaczął Harry.
- Nie będziemy tutaj o tym rozmawiać, Harry. - powiedziałam tylko.


___________________________________________

niesprawdzany, więc wybaczcie
wszelkie błędy :<

Szczery Harry, coś nowego :D
Się narobieeeełooo XD 
Charakter Hazzy nie jest taki zwyczajny jakby się wydawało, huh? 
Swoją drogą, mam nadzieję, że zaczynacie zauważać to, jak wygląda związek Harry`ego i Julie. 
Chyba trzeba czegoś więcej niż tylko szczere uczucie, nie? 

już niedługo będzie wiadomo co w ogóle dzieje się w życiu Cody`ego i jak się w to wszystko wplątał. 
i już się mogę doczekać tego momentu :3 

baj de łej
dziękuję każemu kto to jeszcze czyta, odwiedza i wytrzymuje moją niesystematyczność,
 chwała Ci za to ♥

I byłabym bardzo wdzięczna, 
jakbyście poleciły mi w komentarzach jakieś
fajne filmy, właściwie nieważne jakiego gatunku.
♥

Miłego weekendu i słonecznej pogody misie ♥
tt: @sheeranable