niedziela, 21 grudnia 2014

Album

To jeszcze nie rozdział.
Po Wigilii jakoś dodam.
Teraz czas na One Shot`a, którego dedykuję mojemu Irwinkowi.
Prawdopodobnie jutro jak wstanę, stwierdzę, że jest beznadziejny, ale cóż.
Jest dla mnie ważny.
Proszę, żebyście czytały uważnie, zwracały uwagę na daty i GODZINY.
Prosze też o włączanie piosenek chociaż na te króciutkie fragmenty.

WAŻNE: zupełnie inny sposób pisania.
jeśli Was zaciekawi
a) jak po kolei wyglądały kartki albumu
b) każdy dzień oczami bohaterów, dialogi
c) imiona
d) szczegóły
piszcie, wtedy napiszę tą historię drugim sposobem, bez żadnych niewyjaśnionych spraw.

___________________________________________________________
6 grudnia 2012 roku
włącz
Średniego wzrostu blondynka szła szybkim krokiem przez zatłoczony tłum ludzi na przystanku, nie zważając na cienką, zamarzniętą powierzchnię lodu pokrywającą miejscami szeroki chodnik.
Mroźny wiatr rozwiewał końcówki jej nieujarzmionych, kręconych,  jasnych włosów, zmuszając dziewczynę do schowania twarzy w puszysty szalik, owinięty wokół jej szyi.
Nie wyglądała jakoś szczególnie. Jak przeciętna nastolatka.  Czarne, zimowe buty za kostkę, dżinsy, czarna kurtka i biały, duży, puszysty szalik. A jednak, przykuwała uwagę wielu osób, które w pośpiechu mijała.
Cóż, może dlatego, że jednak niecodziennie można minąć młodą dziewczyną w puszystej czapce Mikołaja.
A tak się składa, że ta oto dziewczyna, miała ją na głowie.
Cóż, Mikołajki.
Mijały ją dzieci, które zachwycone pokazywały palcami w jej kierunku i ciągnęły swoje mamy, czy rodzeństwo za rękawy, żeby pokazać im, że znalazły elfa Mikołaja (no bo przecież sam Mikołaj to być nie może, nie ma kompletnego stroju, brody, worka z prezentami, a już nie mówiąc o tym, że według tradycji Mikołaj był płci męskiej).
Mijali ją starsi ludzie, którzy patrzyli na nią z ciepłym uśmiechem, że ktoś kontynuuje tradycję, że młodzież czerpie z tego radość.
Mijali ją rówieśnicy, lub trochę młodsi, którzy uważali, że to co robi jest głupie i cóż, żałosne.
Mijali ją dorośli ludzie, którzy gdyby nie reklamy coca coli, czy inne liczne reklamy typowo Mikołajkowe, albo tudzież, Mikołajki w szkole ich dzieci, w pędzie pracy w ogóle zapomnieliby o takim święcie.  Mijali ją obojętnie, albo również z uśmiechem.
Mijało ją mnóstwo ludzi. Ale dla każdego Mikołajki znaczyły co innego. Dla jednych, to niesamowite święto, miłe, pełne radości i uśmiechu. Dla innych to głupia zabawa, brednie.  Dla jeszcze innych to miłe wspomnienie, a są i tacy, którym jest to po prostu obojętne i zwracają na to żadnej uwagi.
Jak jest z samą dziewczyną? Cóż, zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na to, czy ktoś się na nia gapi, czy też nie. Mijała ludzi w pośpiechu, gdzieś się śpieszyła.
Co kilka pokonywanych metrów, ślizgała się na powierzchni pokrytej cienką warstwą lodu. Pogoda wcale nie przypominała zimowej poza śliską nawierzchnią z powodu deszczu i mrozu, który tego roku przyszedł wyjątkowo szybko i cóz, zadomowił się tutaj.
Gdy tylko dziewczyna traciła równowagę, krzywiła się i można było od czasu do czasu wyłapać z ruchu jej lekko spierzchniętych warg przekleństwo.
Cóż pośpiech nie popłaca.
Już za rogiem poślizgnęła się po raz kolejny tego dnia, tym razem przypłacając to upadkiem. W każdym razie, nie tylko swoim. Idący z naprzeciwka chłopak, padł ofiarą jej chwytu, który, cóż, był odruchem bezwarunkowym podczas upadku.
Po krótkiej chwili , gdy tak po prostu leżeli na zimnej powierzchni, wydając z siebie niezadowolone pomruki lub też, jak chwilę potem sam chłopak- śmiechu, w końcu oboje wstali. Jak się okazało, młody mężczyzna był dżentelmenem, pomógł wstać dziewczynie.
Mimo, że to ona zawiniła, cóż, najzwyczajniej sprowadzając go do parteru, chłopak wydawał się nie mieć jej tego za złe. Uśmiechał się do niej. Z  gestów można było wyczytać, że i on zauważył jej czapkę. Mówił do niej radośnie, chyba zadał jej jakieś pytanie. Cóż, dziewczyna nie podzielała jego entuzjazmu.  Wyglądała na zirytowaną i znudzoną. Rzuciła tylko coś i wyminęła go, wracając do szybkiego tempa chodu i odeszła.
Cóż, chłopak nie wyglądał na szczęśliwego z tego powodu. Westchnął krótko, obejrzał się raz i ruszył w swoją stronę. Obejrzał się raz jeszcze za czerwoną czapką z pomponem. Po kilku metrach zrovił to podobnie.  I jeszcze raz. Aż czerwony kolor na dobre zniknął z jego pola widzenia.

A co z młodą dziewczyną? Nie zwalniając kroku, podążała jeszcze przez  kilka ulic, owijając się szczelniej szalikiem. W końcu weszła do dużego budynku na końcu ulicy.
Jest to budynek szpitala, bez wątpienia. Dziewczyna pośpiesznie przemierzała kolejne korytarze, ściągając szalik i kurtkę, lecz nie ruszyła czapki. W końcu dotarła do, najwyraźniej pożadanego oddziału. Zatrzymała się, wzięła głęboki oddech.  Przybrała uśmiech i weszła na oddział.
Jaki to odział?  Z tabliczki informacyjnej wynika iż Onkologia.

22 grudnia 2012 roku
włącz
Średniego wzrostu  blondynka, miała skonsternowaną minę stojąc przy regałach z książkami, które rozciągały się na większość całego sklepu, w którym się znajdowała. Jak po samej dacie widać, szukała prezentu. Wnioskując po minie, nie szło jej zbyt dobrze. Przesuwała wzrokiem po kolejnych tytułach, szukając tego jednego.
Nic.
Błysk irytacji i smutku jednocześnie w jej oczach. Chyba nie może znaleźć tego, czego szuka.
Jednak nie poddaje się. Krąży miedzy regałami.  W końcu po dłuższej chwili już ściska w dłoni egzemplarz szukanej książki. Jej oczy są tym razem wesołe, dziewczyna wręcz tanecznym krokiem idzie do kasy, przy której zdążyła się już zebrać pokaźna kolejka. Ale nawet to nie jest w stanie jej zasmucić.
Staje spokojnie w kolejce i zawiesza wzrok na kolorowych lampkach porozwieszanych dokoła, które powinny wprawiać ludzi w świąteczny nastrój. Uśmiechnęła się nieco kpiąco. Chyba nie przepada za takimi ozdobami. Albo może nie przepada za towarzyszącym im czasami kiczem? Albo może po prostu nie lubi świąt?
W końcu teraz, nie trudno jest spotkać ludzi, którzy nie lubią świąt, świątecznego pędu czy ,,udawania”  przy świątecznym stole.
Może ona jest jedną z tych osób. Cóż, chłopak, który kierował się w stronę kas był chyba jej przeciwieństwem. Usmiech nie schodził mu z twarzy, a od lampek, choinek. Imitacji prezentów, czy Mikołajów, nie mógł oderwać oczu. Sam miał w  ręku książkę. Nagle jego uwagę przykuły nie dekoracje, ale owa dziewczyna stojąca już w kolejce ze swoją zdobyczą.
Uśmiech na twarzy chłopaka się powiększył i energicznym krokiem skierował się do kolejki, gdzie stała dziewczyna i zajął miejsce za nią. Już po chwili odezwał się do niej, powodując zaskoczenie na jej twarzy.
Zadał jakieś pytanie, uśmiechając z lekkim niedowierzaniem i pokręcił głową. To chyba miało coś wspólnego z książkami, które miały identyczne okładki. Widniał tam napis: ,,Ćwiczenia z utraty”.
Dziewczyna była nastawiona raczej sceptycznie do tego chłopaka. Lecz zanim nadeszła jej kolej do zapłaty, na jej twarzy już gościł lekki uśmiech, a do tego czasu nawet kilka razy się zaśmiała.
Sam chłopak, był wyraźnie zadowolony ze swojego sukcesu, że wywołał u niej uśmiech po kilku  nieudanych próbach.
Oboje zapłacili i udali się do wyjścia sklepu. Jak się okazało, mimo nieco zdystansowanego podejścia dziewczyny, potrafią się dogadać. W końcu, spacerowanie przez bite dwie godziny po mieście i kolejna na piciu gorącej czekolady w kawiarni o czymś świadczą.  Samo spotkanie zostało uwiecznione zdjęciem, wybłaganym przez chłopaka.
,,-Podobno cytaty  uwieczniają chwile lepiej niż fotografie. 
-Nie sądzę.
-Możemy się o tym łatwo przekonać. 
-Niby w jaki sposób?
-Uśmiechnij się.
-O nie, NIE! 
-Oh, proszę. Nie bądź taka nieśmiała!
-Nie nabijaj się ze mnie idioto! Ja nieładnie wychodzę na zdjęciach!
-Po pierwsze: kłamiesz, a po drugie: to dla dobra eksperymentu, inaczej się nie przekonamy! 
-Nie, przestań!
-Zamknij się i uśmiechnij się w końcu.
-Zabiję Cię. ‘’
Po chwili dało się słyszeć krótki dźwięk robionego zdjęcia
O dziwo, po wszystkim chłopak nie odprowadził jej pod jej dom, ale…. Pod budynek szpitalny.

 28 grudnia  2012 roku

Średniego wzrostu blondynka słysząc dzwonek do drzwi, pośpiesznie idzie otworzyć. W drzwiach o dziwo, zamiast żywej istoty, spotyka mały  prezent. Zaskoczona rozgląda się wokół, lecz nikogo nie widzi. Woła, ale nikogo nie ma.
Bierze prezent w ręce. Do kokardy jest przyczepiona karteczka, którą szybko czyta.
,,Spóźniony, ale jest :)  Eksperyment uznaję za rozpoczęty!  Widzimy się w Nowym Roku  :P
M. ‘’
Dziewczyna uśmiecha się szeroko, kręci głową i wchodzi do środka.
Jak się okazuje, w środku był mały album. Zachichotała pod nosem. Już wiedziała co to jest.
To jest ten ,,eksperyment”.
Otworzyła album z prostą, białą okładką. A jednak, nie była taka prosta. Na jej jedym roku była przyklejona malutka papierowa torebeczka po cukrze od kawy, którą  jeszcze wczoraj pili. Niekontrolowany uśmiech rozświetlił twarz dziewczyny. Na pierwszej stronie znajdowało się ich zdjęcie z kawiarni. Dziewczyna zasłaniała się dłońmi, a chłopak  był w trakcie mówienia czegoś.
Zachichotała po raz kolejny na ten widok.  Pod zdjęciem znajdował się biały pasek papieru z napisanym ładną czcionką tekstem:
,,Nie spotkali się przypadkowo.  Czasami jest tak, że jak bardzo czegoś pragniesz, to się po prostu dzieje”.
Delikatne rumieńce pojawiły się na jej policzkach, a w jej oczach cień strachu. Chyba nie wiedziała jak ma to odczytać. Albo może, bała się tego jak można to odczytać.

14 lutego 2012 roku
włącz
Eksperyment toczył się swoim tempem, około 1/3 przodu okładki albumu było zapełnione naklejkami, papierkami i innymi przypadkowymi rzeczami. Ale jeśli chodzi o dwójkę ludzi, która ten eksperyment  wykonywała, nic nie jest przypadkowe, nawet te papierki. Wraz  z tymi przdmiotami przybywało zdjęć i kartek z różnymi cytatami.
Blondynka siedziała tego dnia od rana w domu. Nie lubiła walentynek. I cóż, rozwiązała się jedna z zagadek.  Dziewczyna nie przepada za wszelkiego rodzaju świętami. Dlaczego? Chłopak zna tą historię, która jest związana z tak często odwiedzanym oddziałem onkologicznym w pobliskim szpitalu.
Blondynka szybko mu zaufała. Może nie było to kompletne zaufanie, ale na pewno w dużej mierze. Pod tym względem, stał się jej przyjacielem. Ten fakt go cieszył, zdecydowanie. Wie też już, dlaczego miała na sobie tą czapkę Mikołaja w dniu ich pierwszego ,,spotkania”. Jak się okazało, różnica dwóch lat pomiędzy tą dwójką, nie przekładała się w ogóle na ich relację.
Dogaduję się lepiej, niż świetnie.
Mimo to, dziewczyna utrzymuje pewien dystans, jest nieufna. Ale chłopak wie z czego to wynika. A nie drąży tematu, przecież są tylko znajomymi przeprowadzającymi eksperyment.
Czysty przypadek, prawda?
Tego dnia, w znienawidzone Walentynki, blondynka zamierzała spędzić dzień na spaniu.
Ale już o 12, okazało się, że jednak  nie tak będzie wyglądał jej dzień. Wtedy do jej drzwi zapukał dobrze znany jej chłopak o imieniu na literę M.
Dziewczyna powitała go uśmiechem ale zaraz się speszyła, bo, cóż, była w stanie kompletnego nieogarnięcia, w koku, legginsach i luźnej koszulce.
Chłopak jednak niczym nie zrazony, oznajmił, że dzisiaj mają Singieltynki.
Dziewczyna wyśmiała go. Ale biorąc pod uwagę fakt, że przekonał ją do zdjęcia, kawy i spaceru mimo dnia znajomości, a co za tym idzie, jego niebywały talent przekonywania,  i ten pomysł osobliwych Singieltynek zrealizowali i spędzili dzień na jedzeniu i oglądaniu filmów.
Niespodzianką, którą odkryła dzisiaj dziewczyna, była fakt, że chłopak umie grać na gitarze. A niespodzianką dla chłopaka była fakt, że ta gitara ma dla niej szczególne znaczenie i jest to związane z częstymi wizytami na oddziale onkologicznym.
Koniec końców, cały wieczór wałkowali jedną piosenkę - ,,Hey There Delilah”.
Hm, czy potrzeba pisać, jaki cytat znalazł się w albumie pod zdjęciem ich nóg i laptopa ze sceną z filmu ,, Poradnik pozytywnego myślenia”?

20 kwietnia 2012 roku
Chłopak powoli zaczyna zdobywać kompletne zaufanie blondynki.  Ona sama chyba nie do końca może w to uwierzyć.
Ostatnie dni były dla blondynki ciężkie. Dwa dni wcześniej miał miejsce telefon ze szpitala, który znała już niemal na pamięć.
Nie było to coś, co powodowało uśmiech na jej twarzy. Raczej ślady łez. Jednakże M cały czas był obok, gdy ona powoli się otwierała i ujawniała wszystkie emocje, które jej teraz  towarzyszą.
Chłopak nie pozwala jej się załamać. Wspiera ją jak może.  W tym czasie, na okładce albumu ląduje kawałek chusteczki i zdjęcie jej, śpiącej na jego ramieniu, zmęczonej  płaczem.
,,Najgorsze w nieszczęściu jest strach przed czymś,  kiedy już niczego się nie oczekuje”.

Tego dnia, po południu, blondynka znowu znalazła się na oddziale onkologicznym. Ale tym razem z chłopakiem przy boku.

25 maja 2012 roku. 
Chłopak nie kryje swojej sympatii do blondynki. A raczej czegoś więcej niż tylko sympatii.
Dziewczyna zdaje się tego nie zauważać, nie widzieć tych drobnych gestów, czasami aż zbyt oczywistych. Albo może boi się je zauważyć.
Ich wizyty w szpitalu  mimo strachu blondynki, nie skończyły się. Nadal tam przychodziła, ale teraz zawsze z M.
Jak się miewa ich eksperyment? Album zaczyna opowiadać pewną historię. Historię, którego zakończenia nikt nie zna.
Ale za to dalszy ciąg, mający miejsce dzisiaj wyglądał następująco: napis na albumie, zdjęcie jednej, wielkiej, niebieskiej waty cukrowej i cytat piosenki, którą śpiewali cały dzień :
Clap along if you feel like happiness is the truth
Because I’m happy
Clap along if you know what happiness is to you



15 czerwca 2012 roku
włącz
Stało się.   Teraz blondynka  jest wyjątkowo  blisko z M.
A wszystko za sprawą kolorowego proszku Holi na okładce albumu, zdjęcia ich splecionych dłoni, całych w najróżniejszych kolorach i podpisu:
   Should this be the last thing I see
I want you to know it’s enough for me
Cause all that you are is all that I’ll ever need




16 lipca 2012 roku
Dwójka już bardzo bliskich sobie młodych ludzi przechadza się po malowniczej okolicy, późnym popołudniem.
To blondynka i szatyn, M.
Rozmawiają, co chwilę śmiejąc się w głos, lekko poszturchując czy przytulając.
Aż miło popatrzeć na promieniujące od  nich szczęście. To czas ich wspólnego wakacyjnego wyjazdu. Pierwszego.
Kierują się do uroczego, miejscowego parku. Zauważają światła.
Trafiają na miejscowy ,,otwarty” koncert, który jest tradycją tego miejsca.
Obydwoje są zachwyceni i biorą udział w zabawie.
Chłopak pożycza od ostatniego ochotnika gitarę, a dziewczyna zdobywa się an odwagę by z jego pomocą zaśpiewać.
Chłopak oczywiście prosi jednego z widzów o zrobienie im zdjęcia, którego losu nie trudno się domyśleć. Wylądował w albumie wraz z cytatem ich piosenki  :
 ,, You’re my end and my beginning
Even when I lose I’m winning
‘Cause I give you all of me
And you give me all of you


Pierwsze wypowiedziane: ,,Kocham Cię”

5 sierpnia 2012
Dzisiaj blondynka obchodzi swoje 20urodziny.  Nie trudno się domyślić, że M jest przy niej.
Od samego rana chłopak ciągle ją zaskakuje elementami jego prezentu. Kwiaty, naszyjnik, kolacja, bilety na koncert… Dla niej wszystko.
Ale dziewczyna od rana była równie zaniepokojona brakiem albumu, który zawsze był u niej, w jej szufladzie.  Bała się, że go zgubiła. Nie wybaczyłaby sobie tego. Ten mały album stał się symbolem tej dwójki.
W towarzystwie chłopaka, blondynka szybko zapomina na chwilę o swoim zmartwieniu.
A wieczorem znajduje pożądany album. Wzbogacony o fragmenty biletów na okładce,  zdjęcie zrobione jej z ukrycia, gdy odpakowuje pierwszy prezent i podpis:
,,You`re my one and Only”. 


21 września 2012
Studia rozpoczęte, mimo to nasza dwójka się nie rozstaje. Nie zaprzestaje też uzupełniania albumu. Ich wspólne chwile, nawet jeśli nie szczególne,  zostają tam uwiecznione.
Dla nich ma to ogromną wartość.
To jest coś co tworzą razem, wspólnie. Coś, co jest nimi.
Tego dnia odwiedzili dobrze im znany oddział onkologiczny. Wyszli wyjątkowo uśmiechnięci.
Zadowoleni.
A dziewczyna miała w dłoni kartkę z kolorowym rysunkiem.
Co chwilę zerka na niego a jej uśmiech staje się szerszy. Chłopak jest przeszczęśliwy widząc jej szczęście.
Czy nie na tym polega miłość?
 A na czym ona polega?
Na rozumienie siebie nawzajem?
Na wspieraniu, pomaganiu?
Na spędzaniu wspólnie czasu?
Na drobnych sprzeczkach o nic, powodowanych zazwyczaj troską?
Na trosce o drugą osobę?
 Na czerpaniu radości ze szczęścia drugiej osoby?
Na pragnieniu zapewnienia tej drugiej osobie wszystkiego co najlepsze?
Na byciu z tą osobą zawsze, wszędzie i na zawsze?
Na dzieleniu wszystkich i złych i dobrych chwil?
Na odkrywaniu siebie nawzajem?
Na niekończącym się uczucu komfortu, szczęścia i bezpieczeństwa w towarzystwie drugiej osoby?
Jeśli odpowiedź na choć jedno z tych pytań brzmi: ,,tak” to cóż, jeśli chodzi o blondynkę i M, to jest właśnie miłość.

,,Mała rzecz- wielka radość na pięknej twarzy”
Zdjęcie blondynki   z radosnym uśmiechem obejmującej chłopaka.

14 października 2012
włącz
Po ostatniej wizycie na oddziale onkologicznym blondynka nie była już tak radosna. Ale nie była też smutna. Za to bała się. Po prostu się bała.
 Ale M  walczył z jej strachem. Skutecznie. Przy nim jej strach zdawał się znikać jak wszystkie problemy.
Czy to jest miłość?
 Tak.
I zdecydowanie są tego przykładem. Zabawne, jak przez przypadek, wiele może się stać.
Głupota jak  lód, czy kolejka  w sklepie. A ile dobrego może zdziałać.
Blondynka po tak długim czasie spędzonym w towarzystwie chłopaka, powinna się już przyzwyczaić do jego dotyku, gestów,  dwóch słów, które słyszała tylko ona, które wymawiał tylko on.
A jednak, to nadal było dla niej coś wyjatkowego. Mimo, ze gdy tylko nie było go przy niej na chwilę, odczuwała silna tęsknotę za nim, za jego głosem, oddechem an swojej skórze, obecnością.
Pierwsza dłuższa rozłąka. Prawie miesiąc. M miał okazję skorzystać ze specjalnych praktyk w mieście w odległym stanie. Niepowtarzalna szansa, prawda?
I wyjątkowo dokuczliwa tęsknota.
Tym razem, album zabrał chłopak. Pierwszy raz.
Po dłużących się czterech tygodniach wrócił. Z albumem .
To tak jakby pragnąć deszczu, będąc na pustyni
Ale trzymam się ciebie bliżej
Bo jesteś moim niebem
Jesteś moim niebem.


 I zdjęcie pustego siedzenia w jego pociągu oraz drugie, jego ulubione, z dnia jej urodzin, gdy spokojnie spała.

10 grudnia 2012
Od dwóch dni blondynka chodzi jak struta. A to wszystko przez wizytę  na oddziale onkologicznym.
W jej sercu znowu zawitał strach. O ironio, dopiero co pozbyła się przytłaczającej tęsknoty i odzyskała tak ważną osobę, a teraz na powrót czuje coś negatywnego.
Niektórych ludzi, nieszczęścia szczególnie lubią.
Na szczęście blondynka miała w swoich nieszczęściach M, który pragnął zawsze jej uśmiechu i dobra.
Album znacznie się poszerzał. Tym razem to chłopak częściej miał go u siebie.
Z grudnia zostały w nim umieszczone dwa zdjęcia. Jedno, z Mikołajek, ich dwójka w świątecznych czapkach.
Drugie, blondynki zakopanej w pościeli, leżącej w jego ramionach. Wygląda na zmęczoną. Zmęczoną życiem.
Kiedy nadeszła noc i zrobiło się już ciemno.

2 stycznia 2013. 
włącz
Samopoczucie dziewczyny nie polepsza się zbytnio. Chyba nie jest dobrze.  Chłopaka męczy fakt, że nie może jej do końca pomóc. Na pewne rzeczy nie ma żadnego wpływu, mimo iż bardzo by tego pragnął.
Nie zawracał dziewczynie głowy albumem, sam czasami do niego zaglądał i coś dodawał.
 Ale w momencie gdy nie jest dobrze, po prostu sam nie wie czy powinien uwieczniać złe chwile.
Chłopak spędza całe dnie z blondynką, często w szpitalu. Jest zawsze. I na zawsze.
Dziewczyna jest rozbita. I wdzięczna chłopakowi tak bardzo jak tylko można. Ale smutek przejmujący jej serce nie pomaga jej w tym.
Zdjęcie jego dłoni. Samotnej dłoni.
Największa nadzieja wyrasta z bezsilności

23 stycznia 2013
włącz
Blondynka przemierza spokojnym, miarowym krokiem korytarz szpitalny. Wchodzi do Sali, gdzie na łóżku leży mały chłopiec, ma może około ośmiu, dziewięciu lat.
Dziewczyna uśmiecha się do niego serdecznie.
M już jest na Sali, żartuje z chłopcem, smieją się głośno. Blondynka mimo towarzyszącego jej gdzieś w podświadomości strachu, jest szczęśliwa widząc tą dwójkę.
Jest pewna, że kocha obydwie te osoby bardziej niż cokolwiek na świecie.
Nie liczyło się dla niej nic ani nikt więcej.
Natomiast chłopcy rozmawiają z ożywieniem o piłce nożnej. Ten starszy obiecuje młodszemu pojedynek gdy tylko ten będzie mógł z nim zagrać, na co młodszy ochoczo się zgadza.
Dziewczyna poproszona przez pielęgniarkę, wychodzi na chwilę z Sali.
Ona nie słyszy cichej prośby młodszego chłopca, by starszy zaopiekował się blondynką, bo on nie wie czy da radę sam to zrobić, czy zdąży.
Nie słyszy też kolejnej obietnicy złożonej przez M.
Zdjęcie całej trójki.
Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli  się nią dzieli.

18 lutego 2013   godzina 14:30
 Krótko miło spędzonych Walentynkach, dziewczyna znowu była smutna. Ba, smutna.
Była załamana i przestraszona. Jest źle.
Nie ma siły na wizytę na oddziale onkologicznym.
Chłopaka nie było przez dwa dni, gdy musiał jechać do brata, by mu pomóc.
Teraz stara się jak najszybciej dotrzeć do blondynki, która go potrzebuje. Serce mu się kraje ze smutku i strachu,  a tymbardziej martwi się o dziewczynę, co ona musi przeżywać.
Nie wie już co może powiedzieć, bo słowa niczego nie zmienią, może tylko być.
Jak zawsze. On będzie z nią już zawsze.
W drodze powrotnej uzupełnia ich album, który już się kończy, choć zostało kilka stron. W ostatnim czasie to on miał album, on go uzupełniał. Dziewczyna tylko czasami robiła zdjęcia, choć ostatnio nie miała do tego głowy.
Za bardzo przytłaczała ją rzeczywistość.
Potrzebuje go. A on potrzebuje jej. Chłopak chowa album  do torby i przesiada się do samochodu czekającego na parkingu niedaleko peronu, gdzie wysiadł.
Długa podróż przed nim.

Blondynka po prostu od rana siedzi w tym samym miejscu jak zaklęta, albo płacze, albo po prostu siedzi, myśli. A jej strach zaczyna ją przerażać.

18 lutego 2013 godzina 18:15
Blondynka dostaje telefon. Telefon ze szpitala. Przestaje na chwilę oddychać z momentem gdy wciska zieloną słuchawkę. Mija kilka sekund,  dziewczyna momentalnie pada na kolana i płacze. Ale nie są to łzy smutku, ale szczęścia, niedowierzania.
 Dziewczyna uśmiecha się przez łzy, a z jej serca spada kilkutonowy ciężar, sprawiając, że blondynka aż dławi się powietrzem ciężko wciąganym do płuc. Szybko trzęsącymi się dłońmi wybiera numer do M.
Krótka rozmowa podczas której padają krótki słowa i płacz.
-Skarbie? 
-… U…. Uda-ało się….  - szloch
- … O Boże.
-Uda-ało się! – fala łez
-Boże, kochanie- niewyobrażalna ulga i wzruszenie w głosie – Tak bardzo się cieszę.
-Kocham Cię – słaby szept przez łzy.
-Ja Ciebie też słoneczko. Najmocniej. Proszę nie płacz. Będę niedługo, kochanie. – cicha obietnica.
-Dobrze, uważaj na siebie. ‘’
Kolejna fala łez szczęścia i ulgi.

18 lutego 2013 godzina  21:12
Chłopak wraca do domu. Do blondynki.
Bo mój dom jest wszędzie, gdzie jesteś ty.
Jest mu o wiele lżej na sercu wiedząc, że wszystko się udało mimo, że nic na to nie wskazywało. Nie może się doczekać, aż w albumie doda kolejne zdjęcię ich trójki i cytat, tym razem pozytywny. Nareszcie będzie tak, jak być powinno. W końcu jego księżniczka będzie szczęśliwa.
A chłopiec będzie mógł się nią opiekować razem z M.

Mimo dołującej pogody, ciągłego deszczu, chłopak miał dobry humor i dobre przeczucie, że w końcu będzie dobrze.
Skupił się na drodze, tym razem mając spokojne i dobre myśli. Niepokój go wykańczał.
Moment.
Z naprzeciwka, z lewego pasa, samochód, który wymijał innego auto uderzył w nie, spychając je na pas  chłopaka.
Błysk świateł, dźwięk klaksonów. Bezwarunkowa reakcja skręcenia w bok.
Głośny trzask, pisk opon. A potem już tylko dźwięk klaksonów,  szumu deszczu i karetek.

18 lutego 2014 godzina 14:10
włącz

Wokół grobu, który ledwo widać spod licznych wieńców i zniczy, zebrała się grupka osób. Ale wyraźnie rozdzielona.  Niby razem, ale oddzielnie.
 Pięć osób, czterech dorosłych i jedna dziewczyna, na oko, może 11 lat, po jednej stronie.
Po drugiej dwie osoby. Niewysoki, szczuplutki chłopak,  też około 11 lat. I kobieta. Blondynka. Ta blondynka.
Spojrzenia pięciu osób co chwilę wracają do kruchej postaci blondynki. Ona zdaje się nie zwracać na to uwagi. Patrzy tępo na grób. Po chwili stania, wyciąga znicz. Trzęsą jej się ręce. Nie płacze. Chłopak momentalnie bierze od niej znicz i zapałki i zapala znicz, stawiając go na małej, wolnej przestrzeni na grobie. Na płycie widnieje uśmiechnięty szatyn oraz imię zaczynające się na M. Niżej podpis: zginął śmiercią tragiczną.
Dziewczynie drga warga. Ale jest silna. Albo może raczej, pogodzona?
 Bynajmniej, do takiego wniosku dochodzi piątka osób które odchodzą tylko uśmiechając się do niej i do chłopca słabo.
Dziewczyna nie zwraca na to uwagi. Stoi tam, ale jakby, jest nieobecna. Chłopiec łapie ją za dłoń, ściskając ja, spogląda jej w oczy, zadając nieme pytanie.
Dziewczyna w odpowiedzi kiwa głową i uśmiecha się słabo. Ostatnie spojrzenie na zdjęcie chłopaka i oddala się razem z chłopcem.

18 lutego 2014 godzina 21:05
włącz
Blondynka siedzi na ławce obok grobu chłopaka o imieniu na literę na M. Nie wygląda jak ta sama dziewczyna, która stała tu kilka godzin temu. Jest tu sama. I jest załamana. Łzy ciekną po jej policzkach. Na rozedrganych kolanach trzyma jakąś  zniszczoną książkę. Nie, to album.
*narracja pierwszoosobowa*
- Za kilka minut stracę Cię po raz kolejny, Mikey. – głos  mi się załamywał. Nie jestem w stanie mówić. A mimo wszystko mówię, brnę dalej. Mimo, że nie mam siły. Ile bym dała, żeby  leżeć tam zamiast niego.
-Tak bardzo za Tobą tęsknię… - sama nie rozumiałam własnych słów. -  Nie daję rady… Sama…. Wiem, ze musze… Dla Jacksona… On też tęskni…. Jesteś…. Byłeś. Byłeś dla niego taki dobry. Pokochał Cię.
Zupełnie jak ja. – zasmiałam się gorzko przez łzy. Nie widziałam nic, oprócz rozmazanej czerni nocy i migotających światełek na jego grobie.
-Nie umiem sobie dać z tym rady, wiesz? Nawet nie umiałam dzisiaj zapalić znicza, uwierzysz? Mimo roku. Nie wiem jak go przeżyłam. Dziwię się, ze nie umarłam w momencie gdy usłyszałam, ze… Że miałeś wypadek. Oh Boże, tak bardzo siebie nienawidzę – pociągnęłam mocno za włosy. – Za to, że gdyby nie moja histeria, żyłbyś. Że gdybym zadzwoniła jeszcze raz, może byś się zatrzymał. Ominąłby Cię ten wypadek. Spodziewałam się , ze tego dnia kogoś stracę. Ale nigdy nie pomyślałabym, że mógłbyś to być ty… Na zawsze, pamiętasz?  - uśmiechnęłam się smutno przez łzy. Łkałam, ledwo wyrzucając z siebie słowa, ale nie umiałam przestać. – Bałam się o Jacksona, Tak bardzo… Że mój braciszek umrze… Że ta choroba mi go odbierze. Odbierze mi ostatnią osobę jaką mam. Ale odzyskałam go. A straciłam… Ciebie. – wyjąkałam. –  Czy posiadanie Was obu przy mnie do końca, to tak wiele? Aż tak wiele bym chciała? Boże, jestem tak beznadziejna… Nienawidzę siebie,  nienawidzę tej wiecznie pechowej, pieprzonej idiotki! – wykrzyczałam w przestrzeń, łkając głośno. – Nie wierzę w to co się stało. Nie wierzę, wiesz? Cały czas czekam, aż w końcu  wejdziesz do domu… Mówiąc, ze cieszysz się, że z Jacksonem jest dobrze, że się udało… Nie ma dla mnei takiej opcji, ze tak się nie stanie… Przez cały czas bałam się straty brata, a straciłam Ciebie. Pieprzona ironia, nie? PIEPRZONA! IRONIA! – z każdym słowem, uderzałam pięścią w śnieg. Wylądowałam na kolanach, płacząc. -  Ironia to suka. A ja jestem tak beznadziejnym i pechowym człowiekiem, ze to aż boli. A twoja strata boli najbardziej. Boże, nie wyobrażasz sobie tego bólu. Podejrzewam, ze palenie, czy obdzieranie żywcem ze skóry boli mniej.
Boże, czemu to ty musiałeś zginąć,a nie ja? DLACZEGO? …. –teraz po prostu płaczę. To boli. Cały czas. Bardzo. Płaczę z bólu. Nie chcę tego czuć.
- Tak bardzo chcę, żebyś został… Żebyś tu był na to pieprzone, przereklamowane zawsze…. Nie umiem sama tego ogarnąć… Nie umiem żyć… Wiesz… wiesz co powiedział mi Jackson, jak …. Jak dowiedział o wypadku? Jak byłam w takim stanie, że po tych wszystkich lekach, po prostu siedziałami słuchałam? Ze… Że obiecałeś mu zagrać z nim w piłkę jak wydobrzeje…. Że… Obiecałeś… - zaniosłam się szlochem. – Nie zrobisz tego… Nie…  - mój płacz zmieniał się w histeryczny. A  wiesz co powiedział mi potem? Że … Że obiecałeś mu, że gdyby.... Gdyby odszedł, że zaopiekujesz się…. Mną…..  Ale, ze teraz to on obiecuje mi… Ze się mna zaopiekuje  i…. – kolejny szloch – Nie chcę opieki, wiesz? Chcę już nie czuć. Chcę końca tego wszystkiego. Ale wiem, że nie mogę. Jakcson jest ważniejszy ode mnie. Nie po to walczył, żeby żałosna siostra go zostawiła… Ale wiedz, że nie daję rady. Że … - urwałam na dłuższy szloch, który wyrwał się ze mnie kolejną falą.
Dźwignęłam się nadal płacząc  na ławkę.
-Wiesz… Gdy to się stało… Jakiś policjant przyniósł mi… Nasz album… - uśmiechnęłam się przez gorzkie łzy. – Nie otworzyłam go… Nie mogę… Nie czuję się na siłach. Jak pomyślę, że tu jest wszystko… O d początku, jak zobaczę Cię na zdjęciu, jak przypomnę sobie te chwile…  Nie umiem… Nie wiem…. Jestem tak słaba i … Bez  Ciebie…  Mieliśmy sami go obejrzeć. Od początku. Kiedyś. Ale nie teraz. Czy to, że album się kończył musiało oznaczać, ze i my musimy się skończyć? Przecież takie rzeczy się nie dzieją, to nie jest normalne… To niemożliwe. Wolałabym, żebyś mnie zostawił, żebyś miał inną, cokolwiek. Ale, żebyś żył. Był. Został… Mike… Tak bardzo za Tobą tęsknię. Nadal pamiętam twój głos. Zapach. Nie wyrzuciłam ani nie oddałam ani jednej twojej rzeczy. Po prostu nie umiem. Nie umiem się z tym pogodzić. – wzięłam głębszy oddech.
-Dzisiaj… Jest pierwsza rocznica… twoje serce…. Drugi raz przestało bić kilkanaście minut temu… - głos załamał się po raz kolejny. – Ale… Chcę, żebyśmy razem obejrzeli ten album. Choćbym miała tu siedzieć do rana… - urwałam, wytarlam łzy, które znowu spłynęły i otworzyłam z ciężkim sercem album na pierwszej stronie. Momentalnie kolejna fala łez.
Zdjęcie w kawiarni, gdy siedziałeś obok mnie, obejmując mnie lekko. A ja zasłaniałam się dłońmi.
-Nie wierzę, że nigdy tam nie pójdziemy na tą pieprzoną kawę… - wyjąkałam. – wiesz, za pierwszym razem, gdy na Ciebie wpadłam, irytowałes mnie. Śpieszyłam się do Jacksona, a ty zawracałeś mi głowę. W sklepie przy kasie… Ta książka. O Boże, jaka ironia. ,,Ćwiczenia z utraty’’, co? – mruknęłam kpiąco. – To nie są żadne ćwiczenia. To  jest jebany test bez uprzedzenia, którego nigdy nie zdam…  Wtedy, kiedy spacerowaliśmy i tyle rozmawialiśmy… Po prostu… Polubiłam Cię. W dziwny sposób. Ale po prostu… - urwałam, wybuchając płaczem znowu- Tak bardzo Cię kocham Mikey…
Kolejne zdjęcie. Kolejna fala łez. Każde następne sprawiało większy ból niż poprzednie. Mimo tego, jak bardzo szczęśliwe były wspomnienia, bolą tak kurewsko.
Nie wiem jak przetrwałam każde kolejne. Przy fragmentach piosenek, cytatach o miłości, w uszach brzmiały mi jego słowa ,,Kocham Cię’’…
-Ja Ciebie też kocham Mikey. Tak bardzo… - wyjąkałam.
Moja świadomość ledwo funkcjonowała, gdy doszłam do ostatnich stron, które wypełniał gdy nastał tak ciężki czas ze zdrowiem Jacksona.
Ledwo widzę na oczy.
-Przepraszam Cię Mikey, że masz tak beznadziejną dziewczynę. Naprawdę. Przepraszam, że jestem tak słaba. I tak pechowa. Przepraszam Cię za wszystko. Za wszystko. – wyjąkałam.
Przemarzniętymi palcami przewróciłam stronę.
Zdjęcie piłki  do gry w nogę.
Podpis: ,, Są osoby, którym warto przychylić nieba”.
Jackson. Kolejna niekontrolowana fala łez. Ale przewróciłam kolejną. Jednocześnie pragnęłam, żeby ten album się już skończył, żebym nie musiała tego oglądac, wspominać, czuć ten ból. A jednocześnie to jedyne co mi zostało. Ten album to my. Nasze chwile.  I choć jest ich wiele, dla mnie zdecydowanie za mało.
Zdjęcie słabej jakości, robione po ciemku, bez lampy.
Z konturów wnioskuję, że to my, w łózku. Leżymy. Podejrzewam, że śpię.
Podpis: It`s too cold outside for angels to  fly
Kolejna fala bólu przeszyła moje ciało. Usłyszałam w głowie dźwięk gitary i jego głosu, kiedy śpiewał mi tą piosenkę, przez cały wieczór, kiedy tyle płakałam z powodu Jacksona. Śpiewał mi bite 3 godziny, leżał ze mną, aż usnęłam, zmęczona tym wszystkim.
-Dawałeś mi wszystko… a ja? Miliony moich łez i załamań… Boże, tak bardzo siebie nienawidzę…
Kolejne zdjęcie. Pokój. Jego hotelowy pokój, pamiętam z naszej rozmowy na Skype. Kolejne bolesne ukłucie.
Podpis: Wiem - przyznał cicho. Ale ja ciągle tu jestem. I wciąż kocham cię jak szalony.

-Mikey… - wychrypiałam. To najdłuższa pauza tego wieczoru. Nie umiałam zatrzymać potoku łez. –Nie dam rady… -szepnęłam sama do siebie. Szybko otworzyłam ostatnią stronę. Zdjęcie przedstawiało telefon. Jego telefon. Z otwartą wiadomością ode mnie. Miał mnie zapisaną ,,Phee- Phee”. Tak jak zawsze nienawidziłam. Używał głupiej ksywki mojego drugiego imienia, którego nienawidzę. Ale teraz…
Widomość brzmiała: Tak bardzo się boję
-Tak bardzo Cię kocham Mike… - wyjąkałam, zacisnęłam powieki i wzięłam głęboki oddech. Jezu, gdyby tylko można było się zapłakać na śmierć…
Spojrzałam na podpis.

Jeśli kogoś kochasz, ta osoba zawsze będzie żyła w twoim sercu, nawet gdy jej z Tobą nie będzie.
 ,,To w porządku - mówi - jeśli zechcesz odejść. Wszyscy pragną, byś została. Ja też tego chcę bardziej niż czegokolwiek w życiu. - Głos załamuje mu się z emocji. Urywa, odkasłuje, nabiera oddechu i mówi dalej. - Ale to moje życzenie i możesz się ze mną nie zgadzać. Więc chciałem tylko powiedzieć, że zrozumiem, jeżeli odejdziesz. To w porządku, jeśli musisz nas opuścić. To w porządku, jeśli chcesz przestać walczyć."

Zamknęłam z trzaskiem album i rozpłakałam się na nowo. O wiele silniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie wiem jak długo siedziałam skulona i po prostu wyłam. Nie wiem.
Co chwilę pojękiwałam te same słowa, które pojawiały się w mojej głowie każdego dnia od roku.
W końcu dźwignęłam się na nogi, wstając. Nie miałam siły an nic, nie czuję własnego ciała. Nie czuję serca.
-Tak bardzo Cię kocham Mikey… - wychrypiałam dotykając zimnej powierzchni grobu. Wzięłam album i puściłam się biegiem, a może marszem, nie wiem, nie czułam, do domu.

19 lutego 2014 r. 
Blondynka skończyła pakować ostatnie, duże teksturowe pudło. Włożyła do niego ostatnią bluzę. Stanęła na chwilę przed nim jak i wszystkimi innymi, myśląc nad czymś. Ma łzy w oczach. Ale nie pozwala, by wypłynęły.
Klęka obok łóżka i coś spod niego wyciąga. Jakieś mniejsze pudełko. Az niego poszarpaną książkę. Nie.
ALBUM. Patrzy na niego chwilę. Powoli przebiega palcami po każdym elemencie jej okładki, czyli mnóstwie różnych rzeczy, układających się w mozaikę, tworzącą okładkę.
Wzdycha głęboko i szybkim ruchem, ale z delikatnością wkłada album do małego pudełka. I je zamyka.
Zakleja je taśmą, podobnie jak ostatnie niezaklejone.  Małe pudełko chowa pod łóżkiem.
-Brad! – woła. Po chwili w pokoju pojawia się mężczyzna uderzająco podobny do M. Blondynka mówi coś do niego. On patrzy na nią z troską, po czym stopniowo wynosi  wszystkie pudła  do samochodu stojącego pod domem. Dziewczyna korzysta z jego nieobecności, gdy odjeżdża wraz z pudłami, wyciąga małe pudełko spod łóżka i idzie z nim na strych. Otwiera tam wielką, starą szafę. Stawia tam pudełko. Przyklęka obok.  Przez dłuższą chwilę po prostu patrzy na pudełko, trzymając na nim dłoń.
-Kocham Cię, Mike. – szepce i zamyka drzwi szafy.
______________________________________________________________
Jeśli dotarłaś tutaj - dziękuję.
Prawdopodobnie nie jest ani trochę dobry ani taki, jaki chciałam żeby był, przepraszam.
Ale miałam potrzebę napisania i wstawienia. Nie sprawdzałam. Też przepraszam.
Jest 1:20 w nocy a ja siedzę i to piszę.
Jestem dziwna. 
Wiem. 
Dziękuję. 
Jeśli jesteście ciekawe każdej strony albumu, dialogów, opisu każdego dnia w pierwszej osobie - piszcie. Mogę to zrobić.

piątek, 5 grudnia 2014

27. You`re gone and I gotta stay high all the time

Radzę przeczytać jeszcze raz tamten rozdział bo sporo czasu minęło c;

O JA CIE NOWY ROZDZIAŁ :O




*oczami Julie*
Naprawdę polubiłam Gemmę. Przynajmniej odniosłam wrażenie, że jest pozytywną i ciepłą osobą. Ale dodatkowa wizyta u niej?  Z całą sympatią, ale taka dawka stresu… Eh, ale Harry wygląda na naprawdę szczęśliwego. Nie mam prawa mu odebrać szansy na spotkanie z własną siostrą.
Czy ja naprawdę chcę uszczęśliwić Harry`ego Styles`a? 
Chyba ten stres  naprawdę szkodliwie na mnie wpływa.
- Gemmo! – całą naszą trójką momentalnie się odwróciliśmy na dźwięk znajomego głosu.
Cholerka,  mama Styles`a. 
Nadszedł czas na dramat rodzinny? 
Widziałam, jakie miny mieli Harry i Gemma. Mam dziwne wrażenie, że nie powinno mnie tu być.
-Gdzie ty się wybierasz? – Anne podeszła do nas i zwróciła się na pozór spokojnie, tylko do Gemmy, ignorując Harry`ego, o mnie już nawet nie wspominając.
Poprawka, ja nie mam dziwnego wrażenia, ja wiem, że nie powinno mnie tu być.
- Do domu. – wzruszyła ramionami Gemma.  
Anne wymownie spojrzała na Harry`ego i na mnie.  Ops.
-TAK, MAMO. Jadą ze mną. – zaznaczyła wyraźnie Gemma, pewna siebie.
Anne zmarszczyła brwi wyraźnie niezadowolona. Harry stał i milczał z kamienną twarzą. Moim skromnym zdaniem, powinien się w końcu odezwać i zrobić coś z tą całą sytuacją. 
Ale kogo obchodzi moje zdanie.
-Masz zamiar od tak wyjść z uroczystości dziadków? Po TOBIE bym się tego nie spodziewała. – zaakcentowała ,,tobie”. Oh, nie, może mi to pani wypisze na czole, bo ta aluzja do mnie i Harry`ego wcale nie była wyczuwalna.
Gemma jednak nie zdawała się tracić rezonu. Natomiast Harry w dalszym ciągu zachowywał się tak jakby go tam nie było.
ODEZWIJ SIĘ DO CHUJA, STYLES.
- Rozmawiałam z dziadkami, nie mają z tym najmniejszego problemu. – powiedziała spokojnie Gemma.
Mama Harry`ego wyraźnie nie była zadowolona z takiej odpowiedzi.
-Wiesz, że tata nie będzie zadowolony? –  STYLES DO CHOLERY, JAK NIE POTRZEBA TO TAKI WYSZCZEKANY, JAK TERAZ TO MILCZY.
-Nie musi. To moja decyzja. A tak się składa, że od jakichś dwóch lat mogę sama za siebie podejmować decyzje i nie potrzebuję niczyjego pozwolenia. – odparła z uśmiechem Gemma. Przysięgam, ona jest mistrzynią świata opanowania i sarkazmu.
Chwila ciszy. Ich mama wygladała na skonsternowaną. 
-Dobrze było Was widzieć. – mruknęła tylko w stronę moją i Styles`a.
-Do widzenia. – powiedziałam, ale jak okazało chyba do powietrza, bo nie dostałam żadnej odpowiedzi. Czy naprawdę mi bardziej zalezy na ich rodzinnych kontaktach niż im?
Harry westchnął.
-Nie przejmujcie się tym. Jedźcie za mną. – momentalnie Gemma odzyskała swój zapał i nie zwlekając wsiadła do auta. Czy to ze mną jest cos nie tak i to ja nie nadążam?
Bez słowa ruszyłam z Harry`m do jego samochodu. Rozumiem jego sytuację, współczuję mu i go wspieram, chcę żeby był szczęśliwy, ale zirytował mnie swoim zachowaniem. Albo w prawo albo w lewo. Nienawidzę sytuacji pomiędzy. Po prostu nie. 
Jasne sytuacje to jest co lubię. Nawet jeśli będzie dla mnie najgorsza. Ale albo tak albo tak. Nienawidzę tkwić w zawieszeniu, w czymś toksycznym, co tylko mnie rozwala emocjonalnie.
A moim skromnym zdaniem mimo, że tego po nim nie widać no bo to w końcu Harry Styles, to jego taka właśnie sytuacja rozwala emocjonalnie. 
Kogo by nie rozwaliła, nawiasem mówiąc.
Jest pogubiony. 
-Jeśli nie chcesz, nie musisz tego robić. – z zamyślenia wyrwał mnie głos Harry`ego. 
-Co? – wyrwało mi się. Czy aż tak się zamyśliłam, ze nie wiem o co chodzi?
-Nie musisz jechać do Gemmy. Nie chcę Cię do niczego zmuszać, domyślam się, że Cię to męczy. – spokojnie  mówił, zerkając na mnie.
-Um… Jeśli chcesz się z nią spotkać na osobności i porozmawiać, to ja… - zaczęłam czując się momentalnie jak intruz. Nie mieli ze sobą kontaktu przez tak długi czas, a teraz od tak mają przy mnie gadać o wszystkim. Nawet gdybym była dziewczyną Harry`ego, moja obecność byłaby nie na miejscu. A co dopiero gdy …
-Nie o to mi chodzi, Julie. Nie mam z tym problemu. – przerwał mi. – Chodzi mi o Ciebie. Nie chcę na Tobie nic wymuszać, tym bardziej że tak dużo mi pomogłaś. 
Ooooh.
-Nie jest to dla mnie żaden kłopot. Jeśli chcesz, mogę być z Tobą. W sensie, tam. – dodałam szybko ostatnie zdanie bo w mojej głowie ,,mogę być z Tobą” zabrzmiało … nieodpowiednio.
Nie tak, jak chciałabym, żeby wiedział, że zabrzmiało.
-Dziękuję. – rozluźnił się nieco.
-Nie ma za co. – mruknęłam. Postanowiłam przemilczeć sprawę jego zachowania i pozycji w tej całej ,,skomplikowanej sytuacji rodzinnej”.
Chociaż aż mnie skręcało bo powiedzieć, jakie jest moje zdanie, by jakoś to ruszyć. Po prostu ciężko mi było patrzeć na to, jak się z tym wszystkim męczy. Jak wszyscy się z tym męczą.
Przecież jego rodzice nie mogą być tak źli. Kochają ich. Muszą.

 ~*~

-O Boże, pamiętam to! – śmiech Gemmy rozległ się w całym mieszkaniu. 
Od dwóch godzin siedzieliśmy u niej w domu, w salonie, rozwaleni na kanapie. Z tą różnicą, że oni gadali co chwilę, a ja odzywałam się raz na jakiś czas. Nie mam im tego za złe. Gdybym ja miała się po tylu latach rozłąki spotkać z Tomem to chyba bym oszalała. 
Więc siedziałam i słuchałam kolejnej wspominanej historii z ich dzieciństwa. Co dziwne, temat podejścia ich rodziców do Harry`ego na tej uroczystości w ogólnie nie był przez nich poruszany. Jakby problemu nie było. A jest. 
Ale nie miałam zamiaru się odzywać. To jest ich czas. 
Podczas tego czasu spędzonego na słuchaniu ich rozmów dowiedziałam się, ze Gemma ma chłopaka, Nicka, rok starszego od niej. Studiuje medycynę, a teraz jest na jakimś BARDZO WAŻNYM CZYMŚ czego nazwy oczywiście nie zapamiętałam. W każdym razie, podobno musimy koniecznie go również poznać. Mieszkają tu razem od roku. 
Sama Gemma studiuje architekturę. Cóż, bardzo ambitnie. Nas natomiast nie ominęła bajeczka na temat naszego  poznania się i ,,związku” z Harry`m. Ugh.
Co więcej, Styles autentycznie mną manipulował. Wiem, że nikt nie wymyśliłby lepszej historyjki naszego związku niż on sam, ale do cholery, ja tu jestem! 
A Harry to pieprzony manipulant. TAK BARDZO tego nienawidzę.
Mojej uwadze nie umknął fakt, że Harry zręcznie unika tematu jego zajęć, z czasu gdy nie mieli żadnego kontaktu. Mam na myśli tą złą stronę jego przeszłości/ teraźniejszości, jakkolwiek to w tym momencie jest. 
Dlaczego od początku nie może być z nią szczery? Przecież ona nie zna całej prawdy, zna plotki, w które pewnie teraz nie wierzy, mimo, ze w niektórych jest trochę prawdy. 
Przecież to wyjdzie. A Gemma będzie na pewno zawiedziona. To na pewno nie brak zaufania, bo widzę, że mimo rozłąki ich więź cały czas istnieje i  jest silna. Harry jej ufa. Więc pozostaje tylko opcja, ze boi się jej reakcji. 
A nie powinien. Niezależnie jaka ona mogłaby być, powinien być szczery. 
Wyłączyłam się nieco z ich rozmowy. Dopiero widok wstającego bruneta mnie ocucił. A właściwie zaalarmował. 
-Tylko pamiętaj, że jest moja ! – zaśmiał się Styles, puszczając do mnie oczko. Hm?
Ale o co chodzi?
-Spokojnie Haroldzie, nie zabiorę Ci jej. – zawtórowała mu dziewczyna. 
Uśmiechnęłam się z automatu, no bo skoro oni są tacy weseli to jest jakiś powód, nie? Wnioskując po ich spojrzeniach, po słowach ,,moja”, ,,jej” to ten powód był związany ze mną.
-To ja zaraz wrócę. – brunet uśmiechnął się, spojrzał na mnie jeszcze raz i skierował się do drzwi. Moje serce szybciej zabiło. Czemu on mnie zostawia? Będę musiała odpowiadać na pytania, jak nic. Cholera. To on tu jest dobry w kłamaniu i wymyślaniu historyjek, nie ja!
Mało tego, w pewnym momencie przestałam słuchać jego wymyślanych historii naszego ,,związku”. Co jeśli czegoś nie wiem i jebnę jakąś głupotę?
O mamo. 
- Więc Julce. – Gemma rzuciła radośnie i przesiadła się energicznie na miejsce obok mnie, zajmowane wcześniej przez jej brata. – Teraz tak między nami, laseczkami. – zaśmiała się krótko. – Jak z Wami jest? Mam na myśli, jaki jest Harry wobec Ciebie. 
A SKĄD MAM WIEDZIEĆ, GEM?
Odwzajemniłam jej uśmiech w miarę możliwości i próbowałam jak najszybciej coś wymyślić.
-To znaczy, nie chcę się wtrącać, jeśli nie chcesz, nic mi nie mów. Po prostu po tak długim czasie chciałabym wiedzieć jaki jest. A już zwłaszcza wobec swojej dziewczyny! – pisnęła podekscytowana. 
-Oh, um… - zająknęłam się niepewnie, zbierając się w sobie. Jaki do cholery może być Harry? Co Gemma chce usłyszeć? Co Harry chciałby, żebym powiedziała?  
Nie. Nie obchodzi mnie czego chce Styles. Mam dość jego manipulacji. Wdech. Wydech. 
- Więc, cóż… Jesteśmy ze sobą od kilku miesięcy… -powtórzyłam to, co wcześniej już powiedział jej Harry – Układa się różnie. Ogólnie mówiąc, mamy różne charaktery, łatwo nie jest, czasami naprawdę doprowadza mnie do szału – zaczęłam mówić pewniej po tym, jak powiedziałam chociaż jedno zdanie, które jest prawdą. Kto jak kto, ale nikt nie denerwował mnie tak jak jej brat. Sama Gemma uśmiechnęła się szerzej i pokiwała głową na moje słowa. – ale dajemy radę. Na razie się nie pozabijaliśmy. – zachichotałam nieco nerwowo, na co odpowiedział mi jej szczery śmiech. 
-Tak właśnie myślałam. A jaki jest w stosunku do Ciebie?- wydawała się być naprawdę zainteresowana. Gorzej dla mnie, no bo CO MAM POWIEDZIEĆ? Że manipuluje mną na każdym kroku, droczy się ze mną, doprowadza do ostateczności a jednocześnie jest opiekuńczy i sprawia że czuję się niby niepewnie, bo nie wiem czego się po nim spodziewać, a jednocześnie lubię jego towarzystwo. 
Ja lubię Styles`a.
 -Harry jest… Jest upartym facetem, to na pewno. – mówiłam ostrożnie, uważając na to co mówię, nie zapominając o stałym uśmiechu. – Jest opiekuńczy, czasami trochę za bardzo, często zazdrosny – zaczęłam wkraczać na typowe cechy wymarzonego chłopaka znane mi z tych banalnych pisemek i własnych nastoletnich  (nierealnych) marzeń, ups. –Jest też stanowczy, ciężko nam się czasami dogadać, ale też jest naprawdę kochany. Wspiera mnie, pomaga, jest obok, jesteśmy po prostu, hm, szczęśliwi. – dokończyłam z uśmiechem, w który włożyłam mnóstwo energii, żeby wypadł wiarygodnie.
-Naprawdę się cieszę, kochana. – Gemma była wyraźnie zadowolona z tego, co usłyszała. Uff.
-Po prostu, trochę mnie to dręczyło, czy… Nie sprawia kłopotów, nie miesza się w nic, nie jest agresywny czy wybuchowy… Wiesz, po tym co się stało wcześniej, co ja mówię, przecież to oczywiste, że znasz sytuację z Dylanem.  – poczułam ukłucie w sercu na wzmiankę o Dylanie. Sytuacja między nim a mna nadal nie jest wyjaśniona. Naprawdę nienawidzę czegoś takiego. - Harry na pewno Ci to mówił Po prostu wtedy cóż, był dosyć porywczym chłopakiem, pewnym siebie, ale nieco hm, agresywnym. – teraz to ona uważała na słowa. Oho. – Też miał niezbyt dobre towarzystwo. Nie wiem dokładnie co robił,  ale… Ale po prostu się martwię… Czy teraz też nie robi jakichś głupstw… Rozumiesz? – zapytała, patrząc na mnie z nadzieją.
-Rozumiem. – przytaknęłam. Wiesz, właściwie sama jestem ciekawa, czy ,,teraz też nie robi jakichś głupstw” poza ,,związkiem” ze mną, oczywiście. Naprawdę, jestem tego ciekawa. Tylko nigdy nie spytałam Styles`a o to wprost. Cóż, powiedzmy że ,,zaufałam” mu  na początku naszej znajomości gdy przyrzekał, że nigdy nikogo nie zabił, już nic złego nie robi i że jest inną osobą. Że to już za nim. 
Właściwie, mam nadzieję, ze nie kłamał. A raczej, że słusznie mu zaufałam. 
Gemma patrzyła na mnie wyczekująco. Czekała na jakąś odpowiedź. Postanowiłam jej dac taką, która ją zadowoli i uspokoi.  
Będę się smażyć w piekle.
-Jesteśmy ze sobą od kilku miesięcy co prawda, ale nie zauważyłam żeby Harry miał jakieś problemy, czy cokolwiek wspólnego z tym całym ,, światkiem”. Nie zauważyłam też u niego jakiejś wyjątkowej skłonności do agresji. Myślę, że zarówno ty jak i ja nie mamy się czym martwić.  – posłałam jej uspokajający uśmiech. Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie zrobiła się ze mnie taka kłamczucha? JA KŁAMĘ, PATRZĄC LUDZIOM W OCZY. 
Oh. No tak. Szkoła Harry`ego Pieprzonego Styles`a.
-To dobrze. –odetchnęła. – Wiesz, cieszę się, że ma Ciebie. – uśmiechnęła się do mnie wesoło, co odwzajemniłam mimo że miałam ochotę paść na kolana i błagać ją o wybaczenie moich kłamstw, ewentualnie po prostu uciec. – Naprawdę, widzę, że jest szczęśliwy w twoim towarzystwie, że to ty dajesz mu szczęście. To jak na Ciebie patrzy… I lubię Cię. Wydajesz się być świetną dziewczyną. I niesamowicie się cieszę, że Harry ma kogoś takiego jak ja mam Nicka. 
Moje wyrzuty sumienia wręcz zżerały mnie od środka.  Gdzie ten cholerny Styles?! 
- Myślałam, że po sprawie z Dylanem, nie zaufam już żadnemu chłopakowi. – westchnęła ciężko. Ale zaraz jej twarz rozświetlił uśmiech. – A jednak! Oh, masz szczęście, że ominęła Cię ta afera. I w ogóle typ kolesia, takiego jak Dylan. – prychnęła.
Boże, gdyby tylko wiedziała…
Jak słowo daję, czuję się paskudnie. Za dużo kłamstw, za dużo ukrywania. Może Harry to lubi, ale ja mam dość. Nigdy nie zgadzałam się na coś takiego. Po prostu nie.  
I po raz kolejny zmusił mnie do tego sam Styles. Mimo, że tak nienawidzę jego manipulacji, wykorzystywania czy stawiania mnie przed faktem dokonanym. Oh Styles, jak ja Cię nienawidzę. 
-Jestem, dziewczynki! – usłyszałyśmy głos samego bruneta wchodzącego do mieszkania z reklamówką z zakupami i butelką wina w dłoni. Jeśli ma zamiar tu zostać i kłamać dalej, to proszę bardzo ale beze mnie. Choćbym miała  w szpilkach wracać do domu w środku nocy, nie zostanę tu na tyle. 
-Jak dla mnie mogłoby Cię jeszcze troche nie być, nie miałabym nic przeciwko, Julie jest cudowna! – zawołała do brata Gemma, wracając na swoje wcześniejsze miejsce. 
-Wiem,że jest. – Harry błysnął swoim uśmiechem, wchodząc do pokoju. 
 Oh, czyżby? Nienawidzę tego gnojka. 
Rozsiadł się na miejscu obok mnie, objął mnie w pasie, na co moje serce zabiło kilka razy mocniej. Przysunął mnie bliżej do siebie i położył moje nogi na swoich kolanach. Ramieniem nadal luźno obejmował mnie. 
DLACZEGO DO CHOLERY ON WYWOŁUJE WE MNIE MOMENTALNIE TAK SPRZECZNE UCZUCIA?!

Jak ja tego nie cierpię. 
Harry ponownie zagłębił się w rozmowę z Gemmą właściwie o wszystkim i o niczym (oczywiście pomijając podstawowe dwa BARDZO ważne tematy jak jego przeszłość i sytuacja rodzinna), a ja stopniowo rozluźniałam się w jego objęciach. Oh, kurczę, jakkolwiek to zabrzmi, jest mi po prostu dobrze.
 To takie fajne a jednocześnie irytujące, że to Styles jest tego powodem, mimo, ze jeszcze przed chwilą miałam ochotę go po prostu zabić. 

~*~

*oczami Harry`ego*
Przetarłem dłonią zmęczone długim dniem oczy. Jest koło 2 nad ranem a my wracamy do Northland. 
Zerknąłem na Julie. Mimo, że widać po niej zmęczenie, nie śpi. Patrzy przez szybę. Jest dziwnie milcząca. Trochę za długo się nie droczyliśmy. 
Na samą myśl jej twarzy wyrażającej w słodki i zabawny sposób irytację i niechęć podczas naszych przepychanek, na moją twarz wkradł się uśmiech. 
Urocza istota.
Jeśli chodzi o dzisiejszy dzień, sam nie wiem jak ,,poszło”.
Dziadkowie byli szczęśliwi, że przyjechałem, spotkałem się z Gemmą, w końcu rozmawialiśmy, ale… 
 To nie jest tak, że mnie kurwa nie boli ta chora sytuacja. 
A raczej chore podejście do wszystkiego moich rodziców.
Tylko co mogę zrobić?
W ogóle chcę coś z tym zrobić? 
 Mam wrażenie, ze w tym momencie moi rodzice, w ogóle pojęcie ,,rodzice”, ,,dom” są mi bardzo odległe, wręcz obce. 
Cóż, bywa. 
-Mogę zadać Ci pytanie? – nagle usłyszałem głos milczącej dotąd Julie.
-Hm? 
- Dlaczego nie jesteś szczery z Gemmą? – spojrzała na mnie.
- W jakim sensie nie jestem szczery? – nie zrozumiałem co miała konkretnie na myśli.
-Hm, właściwie to w każdym możliwym. – powiedziała z ironią, której jednak nie zrozumiałem.
-Jaśniej, Shawty. 
-Może na przykład takim, że nie jesteśmy razem, że nie byłeś i nie jestes grzecznym chłopcem, że nadal masz kontakt z Dylanem, że JA go do cholery znam i to aż za dobrze,  albo chociażby z tym całym problemem z waszymi rodzicami! – podniosła głos. Czyli zdążyła się wkurwić. Czyli cóż, słusznie przypuszczałem, że nie ma humoru. 
-To nie była ,,nieszczerość” – zauważyłem.
-Serio? – prychnęła lekceważąco. 
- Po prostu są tematy, na które jeszcze zdążymy porozmawiać.
- I dlatego lepiej zostawić poważne tematy na ,,później czytaj: ewentualnie nigdy”, a zamiast tego porozmawiać o jakże istotnej pogodzie! – ironizowała. Cóż, zauważyłem że bardzo szybko  się tego uczy.  Wywołało to uśmiech na mojej twarzy.
- Jeśli planowalibyśmy grilla czy ognisko, to bardzo istotny temat. – zauważyłem, nie hamując mojego uśmiechu.
-Idiota. – syknęła.
-Też Cię kocham, Shawty. 
-STYLES! – zawołała. Zaskoczyła mnie. – Możesz być choć przez chwilę poważny? – spojrzałem na nią. Była naprawdę zdenerwowana. Cholera, przegiąłem. 
-Julie, wyluzuj, ja po prostu nie sądzę, żeby to cokolwiek dało, nie mam też ochoty po tak długej rozłące od razu gadać o takich rzeczach. 
-Nie masz ochoty, nie chcesz czy może się boisz? – czułem jej wzrok na sobie. Spiąłem się na jej słowa. 
-Nie boję się niczego, Julie.  –syknąłem.
Roześmiała się. Zerknałem na nią. Ona się autentycznie śmiała.
-Masz rację, Styles. A już na pewno WCALE nie boisz się prawdy. – zakpiła. 
-Zostaw to, Julie. – ostrzegłem ją. Czułem jak bardzo złość we mnie rośnie. 
Nakręcała w tym momencie to, co we mnie najgorsze. Co najbardziej groźne.
-Dlaczego? – zapytała z żalem. 
-Julie to nie twoja sprawa.  – starałem się uciąć tą dyskusję. Przyśpieszyłem wiedząc, że na szczęście już niedaleko do jej domu.
- Nie moja sprawa?! Ale musi  być moja, gdy wciskasz bliskim kit, który aj muszę potwierdzać? 
-Nie zmuszałem Cię do niczego. – powiedziałem starając się zachować spokój.
- Nie o to mi chodzi, Harry! Po prostu nie rozumiem, dlaczego nie chcesz tego rozwiązać, dlaczego zaczynasz relacje z siostrą od kłamstwa? 
- Mówisz tak jakbym kłamał wiecznie. A dobrze wiesz że tak nie jest. –warknąłem. 
- Nieeee, wcale tak nie jest! – zakpiła po raz kolejny. – Harry, ty co chwila kłamiesz nawet jeśli chodzi o głupoty! I tu jest twój problem!  
-Bo nie jest tak, że ty okłamywałaś swoją rodzinę, moja rodzine i moją siostrę przez kilka godzin. – powiedziałem z sarkazmem. 
Nawet na nią już nie patrzyłem. Starałem się skupić na drodze. Poza tym, wiem, że była u kresu cierpliwości.
- Jesteś pieprzonym dupkiem Styles! – warknęła.
Zatrzymałem się pod jej domem. 
-Po prostu są sprawy, które  dotyczą mnie sam je rozwiążę, w taki sposób jaki będę uważał. – powiedziałem spokojniej, bo nie miałem już siły ani ochoty się z nią dzisiaj kłócić. 
- Cokolwiek, Styles. – warknęła i wysiadła z samochodu, trzaskając drzwiami, na co przymknąłem powieki. 
Jezu, jak  ta mała mnie irytuje. Jest niemożliwa. 
A jednak jest...
Jest ...
jest taka...
 po prostu a jednak.
Nie chcę jej dopuszczać do tego całego gówna jakim jest moje życie. 
Bynajmniej nie od tej strony. Najgorszej strony.
Jednak coś mi mówiło że jest za późno. 
Nawet bardzo za późno.
Gdy drzwi się za nią zamknęły odjechałem spod jej domu. 
Po kilkunastu minutach jazdy podczas której starałem się ochłonąć, zostałem mimo wszystko sam z moimi myślami, które tak bardzo chciałem od siebie odepchnąć. Nie znoszę tego. 
Chciałbym po prostu o tym nie myśleć. Wszedłem do pustego domu. Od dłuższego czasu zostałem w tym wielkim domu sam. Chłopaki urządzili się sami, albo ze swoimi dziewczynami w różnych częściach miasta. Ja dalej tkwię tutaj. 
Pieprzony nieudacznik. 
Wyciągnąłem piwo z lodówki i od razu poszedłem do sypialni. Mam dość wszystkiego. Czemu jest mi tak źle po jednej kłótni z tą małą wredną istotą?
Tak jakby to była pierwsza i ostatnia taka kłótnia. W naszym przypadku na pewno nie.
Moją uwagę przykuła torba leżąca obok mojego łóżka. Odstawiłem butelkę, ściągnąłem koszulę i ukucnąłem obok torby, Rozsunąłem ją. 
Pełno towaru dla Daniela i ludzi jego pokroju. Wziąłem torebeczkę z obiektem ich potrzeb i obróciłem ją kilka razy w dłoniach. 
Na tym polega różnica między mną a Danielem i nimi wszystkimi. 
Ja znam umiar, oni nie. 
___________________________________________________________________________________
 FUCK YEAH  I DID IT ! ♥
TAK, W KOŃCU DODAŁAM.


Naprawdę Was przepraszam. 
Szczerze?Bałam się, że mimo obstatniej obietnicy, znowu Was zawiodę, bo końcówka tego tygodnia jak do tej pory dała mi w kość tak bardzo, że lepiej nie trzeba.
Jeden z największych stresów w życiu zaliczony.
Oby było takich jak najmniej.

Cóż, jest kilka ,,znaków" w tym rozdziale, tytule, OGÓLNIE. 
Znaków odnośnie fabuły, sensu, mojego pomysłu na to opowiadanie. 

( w tym momencie w końcu wiecie na chuj ja tak pochylałam tekst w tym rozdziale xd)
Cóż, teraz wróćcie do tekstu, przeczytajcie tylko to, co pochylone.

JA TAKA TAJEMNICZA NIOCHNIOCHNIOCH


Koniec mojego pieprzenia.

Co u Was Kicie? Jak po tych 3 miesiącach w szkole?
Jak samopoczucie?
Jakie wrażenia po Night Changes i Four? *>*
Ja po pierwszych 3 miesiacach w tym technikum szczerze, zupełnie inaczej zobaczyłam życie.
naprawdę się nim cieszę, mimo że wszystko dzieje się strasznie szybko i mam bardzo mało wolnego czasu, no i cóż, łatwo nie jest.

Może ktoś pisał próbne egzaminy? Jak Wam poszło? Jak wrażenia? 

nie wiem jak z następnym rozdziałem, będę się starała nadążać.
kocham mocno ♥
@awhniallable

czwartek, 27 listopada 2014

27. I fucked up

PRZEPRASZAM

wiem, czekacie, wiem, czas leci

Krótko i na temat: nie wyrabiam się, wracam codziennie o 17 do domu, aktualnie moje życie to ciągły spontan i survival, sama nie nadążam za tym co się u mnie dzieje. 

PROSZĘ TYLKO O CIERPLIWOŚĆ
ogarnę tyłek i napiszę rozdział, tylko jeszcze trochę wytrzymajcie. Postaram sie uwinąć jakoś, ale nie podaje terminu bo jeszcze doszedł mi wolontariat i nie mam pojecia jak to wszystko się ułoży. 


W każdym razie
ŻYJĘ, PAMIĘTAM, NAPISZĘ 

Jeszcze raz przepraszam, odezwę się w najbliższym czasie

BUZIAKI <3 
@awhniallable
j

poniedziałek, 10 listopada 2014

26. Long Way Home



Dedykacja dla KochamSpongebobainicwamdotego, ktokolwiek się pod tym kryje :D 


17 000 wyświetleń stukłoooo *>*



*oczami Julie*
Wstrzymałam oddech z momentem gdy przekroczyliśmy próg Sali restauracyjnej.
Pewnie gdybym nie była tak zdenerwowana, zauważyłabym, jak urocze jest to miejsce.
Wszystkie oczy zgromadzonych momentalnie powędrowały na mnie i Harry`ego. Starałam się wyglądać naturalnie, chociaż miałam ochotę uciec z krzykiem. Skoro ja się tak czuję, to przez co teraz przechodzi Styles?
Jego dłoń mocno ściskała moją. Harry ruszył spokojnym krokiem w kierunku pustych miejsc przy jednym ze stołów. Podziwiam go, ja ledwo się ruszałam. W sumie ciężko stwierdzić co myślą o nas goście.
Większość patrzyła z obojętnym wyrazem twarzy, z ciekawością, zaskoczeniem. Odszukałam twarz Gemmy i jak przypuszczałam rodziców Harry`ego. Oni patrzyli na nas z wyraźnym poruszeniem. Jego ojciec zaciskał szczęki. To chyba nie znaczyło nic dobrego. Jego mama? Cóż, targały nia emocje, ale ciężko powiedzieć jakie. Gemma starała się nam przekazać spojrzeniem tyle wsparcia ile się tylko da. Nasze miejsca były na szczęście blisko dziadków Harry`ego. Naprzeciwko, już siedziała Gemma z jego rodzicami. To dobrze, czy źle?
-Harry, Julie. – babcia Harry`ego wstała i uśmiechnęła się do nas serdecznie. Postanowiłam odwzajemnić uśmiech.
-Siadajcie kochani. – wskazała na miejsca obok nich. Starałam się usiąść z możliwie jak największą gracją, co nie było wcale takie łatwe.
Przy stole panowała niezręczna cisza, atmosferę można by było kroić nożem.
-Więc, Harry, jak Ci się układa? – dziadek chłopaka starał się jakoś złagodzić sytuację, która była coraz bardziej napięta.
-Dobrze, dziadku. – odpowiedział Harry. Prychnięcie jakiegoś mężczyzny w wystarczający sposób pozbawił mnie nadziei na poprawę tej sytuacji.
Babcia Harry`ego spojrzała karcąco na mężczyznę i zwróciła się do mnie.
-Julie, skarbie, skąd właściwie jesteś? –wszystkie spojrzenia na mnie. Cholera. Dobrze, ze mam tyle makijażu na sobie, bo na stówę byłabym czerwona jak róże w wazonie.
-Z Brown Hill, a kiedy zaczęłam studia, przeprowadziłam się do Northland. – powiedziałam, starając się, żeby nie trząsł mi się głos.
-A co studiowałaś? – pociągnęła temat Gemma, uśmiechając się do mnie.
-Prawo. – odpowiedziałam. Tata Harry`ego zakrztusił się wodą.
-To by wyjaśniało, dlaczego niektórzy z nas są tutaj, zamiast  dawno siedzieć w więzieniu. – powiedział zgryźliwie mężczyzna, który wcześniej prychnął pogardliwie. O mój Boże. Widziałam jak Harry zaciska szczękę.
-Michael! – babcia Harry`ego była wyraźnie oburzona postawą tego faceta.
-Nie udawajmy, że jesteśmy cudowną i zgraną rodzinką mamo. – tata Harry`ego zabrał głos. Nie wierzę.
-Koniec tej dyskusji. To dla nas ważny dzień, nie będziecie się kłócić. – dziadek Harry`ego spojrzał na wszystkich surowo. To wystarczyło, żeby wszyscy zamilkli.
-Jak w pracy, Gemmo? – jedna kobieta w średnim wieku postanowiła się odezwać. Zapytana dziewczyna wyglądała na nieco zaskoczoną, ale odpowiedziała na pytanie, co pociągnęło za sobą kolejne i w końcu atmosfera przy stole zelżała pod wpływem rozmowy. Tylko ja i Harry milczeliśmy.
Właściwie jedyne co robiłam to rozglądałam się po wnętrzu restauracji, albo  próbowałam się uśmiechać do osób, które złapały moje spojrzenie.
Tylko Gemma, dziadkowie Harry`ego i jakaś para, chyba małżeństwo odwzajemniło mój gest.
Siedziałam jak na szpilkach. Moja dłoń nadal była spleciona z dłonią Harry`ego pod stołem.
W normalnych warunkach pewnie byłabym już czerwona jak burak, ale teraz jedyne na czym się skupiałam to na tym, żeby zachowywać się w miare naturalnie i nie zwymiotować ze stresu.
-…Dlatego zdecydowaliśmy się na założenie spółki. Plan wydaje się być dobry, mamy nadzieję na chociaż minimalny sukces. – powiedział wesoło mężczyzna, który zwrócił moją uwagę tym, że jako jeden z nielicznych, odwzajemnił mój uśmiech.
-Na pewno Wam się uda, wujku. – zareagowała radośnie Gemma. O, czyli to jest wujek jej i Harry`ego.
Na dobrą sprawę, przy tym stole tylko dziadkowie Harry`ego, Gemma i ta miła para zachowywali się normalnie. Tak, wesoło, naturalnie.
Poza nimi, wszyscy byli spięci. Może po większości napięcia nie było tak widać bo się udzielali i uśmiechali od czasu do czasu, ale my z Harry`m i jego rodzice siedzieliśmy praktycznie cały czas cicho.
-Gemmo, zauważyłam, że zawsze gdy Cię widzę, masz na nadgarstku tą samą bransoletkę. Jakiś talizman? – zagadnęła dziewczynę ta miła kobieta.
Gemma uśmiechnęła się szeroko.
O dziwo, u Harry`ego też zauważyłam cień uśmiechu na twarzy.
-Tak, można powiedzieć, że to mój talizman. Zawsze ją noszę od kilku ładnych lat. – powiedziała dumnie.
-Czyżby prezent od kogoś ważnego? Szykuje się jakaś uroczystość? – ta sama kobieta zagadnęła wesoło, jak to ciotki mają w zwyczaju, na temat związków, oczywiście.
Gemma się cicho zaśmiała, ale nie traciła pewności siebie i wyraźnej dumy.
Przyjrzałam się jej bransoletce, którą śmiało eksponowała, wyciągając lekko nadgarstek ku naszym oczom.  Była delikatna, srebrna. Na łańcuszku były dwie zawieszki obok siebie. Mała kuleczka z diamencikami i prosta zawieszka w kształcie malutkiego misia.
Cóż, chłopak się postarał. To znaczy, może i dziewczyna, nie wnikam.
-Właściwie to tak, to prezent od kogoś ważnego. Bardzo ważnego. Dla mnie zawsze jednego z najważniejszych.  – powiedziała z szerokim uśmiechem.
Cóż, to urocze. Naprawdę.
-To prezent od Harry`ego. – powiedziała specjalnie nieco głośniej.
Zapadła cisza. O mamo.
To dlatego Harry się tak uśmiechał. Teraz starał się zachować powagę, by wytrzymać ciężar wszystkich spojrzeń, ale jego oczy były o wiele weselsze niż przed kilkoma minutami. Już nie puste i smutne.
Ten wredny facet wymownie chrząknął. Jeśli do końca tego przyjęcia nie dostanie ode mnie w ryj to będzie cud, naprawdę.
-Oh, to urocze. – ich ciocia przerwała niezręczną ciszę. Uśmiechnęła się życzliwie w stronę tej dwójki, ale widać było, ze nie wiedziała co teraz powinna powiedzieć. Postanowiłam jej pomóc.
-Jest śliczna. – odezwałam się. Ciężar wszystkich spojrzeń uderzył we mnie jak tona cegieł. Ale uśmiechnęłam się tylko i nie spuszczałam wzroku z Gemmy, która odwzajemniła uśmiech kiwając mi dyskretnie głową w geście podzięki.
-Prawda? Uwielbiam ją. – powiedziała wesoło i wyciągnęła do mnie dłoń, żebym mogła się przyjrzeć ozdobie.
Jeju już lubie tą dziewczynę. Przypomina mi trochę Vic swoją odwagą.
Przyjrzałam się. Drobiazg był uroczy.  Spojrzałam na Harry`ego, który uśmiechał się do mnie tym razem w pełni co mnie niesamowicie uradowało.
Chyba szczerzę się jak idiotka, ale trudno. I tak mnie tu nie lubią, a przynajmniej znaczna część tego towarzystwa.
-Wiąże się z tym urocza historia, prawda Harry? – Gemma skinęła w stronę bruneta, który pokręcił z uśmiechem głową. Zrelaksowała go ta sytuacja.
-Powiedz, kochanie. – zachęciła ją do tego ta miła kobieta. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. Czy naprawdę tylko my trzy ratowałyśmy tą sytuację?
-Raczej dziecinna historyjka, jakich wiele. Tak samo jak takich nic nie znaczących błyskotek. – ojciec Harry`ego nagle się odezwał.
Lekko mnie zamurowało.
Harry zresztą zareagował podobnie. Z tym, że jego oczy natychmiast opuściła radość, a brunet na powrót stał się obojętny i surowy.
Natomiast Gemma? W jej oczach zaczeły szaleć ogniki.
Ups.
Charakterek dziedziczny, widzę.
-Może dla Ciebie, tato. Dla nas to coś wyjątkowego. – powiedziała z wyczuwalnym sarkazmem.
-Wyjątkowo głupiego przywiązywania się do rzeczy jak do symboli. – prychnął ich ojciec. Zagotowało się we mnie.
-Nie od dziś wiadomo, że dla Ciebie tato, niektóre bardzo ważne rzeczy i symbole nie mają żadnego znaczenia. Nawiasem mówiąc, bardzo ładna obrączka tato, nigdy wcześniej jakoś jej nie widziałam. – jej wesoła odpowiedź okraszona niewinnym uśmiechem ociekała ironią. Robi się gorąco. Spojrzałam na dłonie ich ojca. Nie było żadnej obrączki. On sam zrobił się nieco czerwony i zacisnał szczęki ale zamilkł.
Dopiero teraz dotarł do mnie sens wypowiedzi Gemmy. Jej ojciec nigdy nie nosił obrączki, nawet dla głupich pozorów na uroczystości rodzinnej.
Przez twarz Harry`ego przebiegł uśmiech, natomiast ich matka wyraźnie się speszyła i starała się dyskretnie położyć dłonie na kolanach, żeby nie były widoczne. Oh.
Czyli przykład kochającego się małżeństwa?
Harry nie mówił co prawda, że byli kochającą się rodziną, ale z tego co widzę to ich relacje nigdy nie były jakoś specjalnie dobre.
-Hm, i jaka to historia? – ta miła ciocia zagadnęła żeby wyraźnie odejść od tej aluzji, którą wyczuli już wszyscy.
-Harry, zaczniesz? – Gemma uśmiechnęła się szczerze do bruneta, który był wyraźnie zaskoczony.
-Oh. – mruknął. Ścisnęłam lekko jego dłoń, żeby okazać mu moje wsparcie. Uśmiechnął się słabo. – Cóż, odkąd pamiętam, miałaś swojego ulubionego misia, którego dostałaś kiedyś na swoje czwarte urodziny. Nie rozstawałaś się z nim. Nazwałaś go Kleoś. Niewiadomo skąd przyszło Ci to do głowy ale uparłaś się. Zawsze z nim spałaś, a ja zawsze się z tego śmiałem. – ciągnął Harry. – Pojechaliśmy kiedyś razem na obóz na wakacje. Miałaś jakoś koło 12 lat. I wzięłaś Kleosia. Gdy wróciliśmy do domu okazało się, że go nie masz. Zostawiłaś go albo zgubiłaś. Mimo, ze byłaś już duża, to byłaś bardzo smutna, widziałem nawet jak płaczesz po kryjomu. Nie chciałaś innego bo to była po prostu pamiątka, nie chodziło Ci o zabawkę a o znaczenie.
-I kilka dni później dostałam od Ciebie bransoletkę z zawieszką z misiem, na której z tyłu jest zaznaczona literka ‘’K’’ jak Kleoś. – przerwała mu Gemma, mówiąc wesoło.
-Aaaw, to urocze. – ta miła kobieta uśmiechnęła się szeroko.
Harry tylko pokręcił głową z uśmiechem.
-Wzruszające. – prychnął ten wredny facet, na co Gemma drgnęła.
JAK NIC DZISIAJ OBYDWIE DAMY MU W RYJ.
- I po co wiara w te symbole, skoro tylko one zostają, w przeciwieństwie do tego co symbolizują? – wtrącił nagle ojciec Gemmy i Harry`ego.
-Mówisz o swoim małżeństwie a naszej rodzinie? – odparł z ironią Harry.
Atmosfera momentalnie maksymalnie stężała.
Jego tata już miał coś odpowiedzieć cały czerwony ze złości, ale babcia Harry`ego interweniowała.
-Pamiętam tego misia Gemmy, ona nawet do prania nie chciała go oddać! – zaśmiała się nieco nerwowo.
Ta miła ciocia z wujkiem roześmiali się nieco sztucznie.
-My też mieliśmy kilka takich śmiesznych symboli. Raz… - dziadek Harry`ego zagłębił się w opowieść z ich wspólnego życia, ja natomiast przeprosiłam cicho i poszłam do toalety. Potrzebuje oddechu. Czułam na sobie wzrok wielu osób.
Zamknęłam za sobą drzwi i od razu rozejrzałam się za oknem, które szybko uchyliłam by zaczerpnąć powietrza, które choć trochę by mnie zrelaksowało.
Wzięłam kilka oddechów i spojrzałam w lustro.  Dziwne, że ci ludzie jeszcze nie uciekają na mój widok.
Nagle usłyszałam, że drzwi do łazienki się otwierają.
W lustrze zobaczyłam twarz mamy Harry`ego.
O cholera.

*oczami Gemmy*
Cała aż trzęsłam się ze złości w środku. Mój tata zachowywał się strasznie. Za to wujek Michael?
Skończony…. UGH.
Co mnie najbardziej irytowało? Postawa mamy. Milczała jak zaklęta. Nawet gdy w grę wchodziły komentarze na temat jej małżeństwa.
Chociaż w sumie, może sama jest już na tyle świadoma tego jak wyglada nasza sytuacja rodzinna i jej małżeństwo, że nawet nie zaprzecza?
Było mi niesamowicie przykro, ze tata tak zlekceważył moje najlepsze i najważniejsze wspomnienia z Harry`m.
W naszej rodzinie nigdy nie było dobrze, może poza wczesnymi latami dzieciństwa mojego i Harry`ego. Ale od pewnego momentu aż do teraz jest strasznie.
Rodzice nie zachowuję się ani trochę jak małżeństwo.
Byli dla nas zawsze surowi. Często lekceważyli to, co dla nas miało wartość. Nie zauważali małych rzeczy, które sprawiały nam radość.
A gdy w końcu nadszedł czas tej sytuacji z Harry`m i Dylanem… Było już tylko gorzej. Mało tego, straciłam brata.
A to on był dla mnie najbliższy. Właściwie przez to, ze mieliśmy taki słaby kontakt z rodzicami (a może to oni z nami) to byliśmy bardzo blisko jako rodzeństwo. Zawsze staliśmy za sobą murem. Do czasu gdy Dylan nie namieszał mi w głowie a ja byłam zbyt głupia i zaślepiona by to zauważyć.
Dziadek zaczał opowiadać jakąś historię, żeby rozładować  napięcie a Julie wstała i wyszła do toalety. Nie dziwię się. W koncu to dla niej niełatwa sytuacja. Cieszę się, że Harry ją ma. Mam nadzieję, ze to poplątane życie rodzinne Harry`ego (i nie tylko rodzinne) nie zniechęci jej.
Nagle moja mama także wstała od stołu i ruszyła w kierunku, w którym przed chwilą udała się Julie.
O cholera.
Zauważyłam spanikowane spojrzenie Harry`ego, który zaczął się wiercić na krześle.
Wiem czego się obawiał. Ba, i nawet ma czego.
Posłałam tylko cioci Ruth, która dzielnie walczyła o milszą atmosferę przy stole ze mną i Julie, błagalne spojrzenie.
Zrozumiała mnie od razu i ruszyła w ślad mamy. Odetchnęłam. Harry jednak się nie uspokoił. Ale posłałam mu łagodne spojrzenie. Odpowiedział słabym uśmiechem.
JULIE, BĄDŹ SILNA.
*oczami Julie*
Momentalnie moje serce zabiło kilkanaście razy szybciej, o ile to w ogóle możliwe.
Uśmiechnęłam się do niej niepewnie i ruszyłam do drzwi pragnąć się stąd wydostać.
-Chciałam z Tobą porozmawiać. – zatrzymała mnie. Fuck.
-Hm, tak? – mruknęłam zestresowana jak nigdy dotąd. To będzie atak? Zrozumienie? A może : ,,Nikt Cię tu nie chce”. Albo co gorsza: ,,Nikt nie chce tu was”?
A może czeka mnie niespodzianka jak ze strony Gemmy?
-Nie spodziewałam się, ze Harry w ogóle się pojawi. Tymbardziej nie spodziewałam się, że przyjedzie z kimś.
Czekałam w napięciu na dalszy ciąg jej wypowiedzi.
-W każdym razie, Julie – wzięła oddech- nie znam Cię, nie mam nic przeciwko Tobie, ale dla własnego dobra, przemyśl lepiej to co robisz.
No dobra, zamurowało mnie. Jak mam to w ogóle rozumieć?
-Co Pani ma na myśli? – wydusiłam z siebie.
Westchnęła.
-Mówiłaś, że studiowałaś prawo. Jesteś młoda i masz przed sobą wszystko, wiele świetnych możliwości. A jesteś… Jesteś z Harry`m. – powiedziała i popatrzyła mi w oczy.
Chyba jestem głupia bo nie łapię o co jej chodzi.
-Nie rozumiem… ? – mruknęłam zdezorientowana.
-Obie wiemy jaki jest Harry. I sama chyba nie zaprzeczysz, że ma niesamowity talent do ściągania na siebie kłopotów. Nie oszukujmy się, nie jest zwykłym i przykładnym chłopakiem. Powiem tak: uważam, że popełniasz błąd będąc z nim, ściągasz tylko na siebie problemy. – mówiła wręcz z troską.
A mnie wbiło w ziemię. Naprawdę po to za mną przyszła? Żeby mówić mi, że powinnam zostawić jej syna?
Wezbrała we mnie złość. Jak mogła?
-I przyszła tu Pani za mną, żeby dać mi do zrozumienia, że nie powinnam zadawać się z Pani synem? – zapytałam ze złością.
-Posłuchaj, nie chcę tylko, żebyś żałowała swoich decyzji, zwłaszcza tych związanych z moim synem. Nie chodzi mi tylko o to, ile przykrości może Cię przez niego spotkać. Harry jest agresywny. Nie chciałabym, żeby jego agresja przełożyła się na Ciebie – zawahała się chwilę- o ile już się nie przekłada. – powiedziała ostrożnie, przyglądając mi się uważnie.
Teraz to przesadziła. Sugerowała, że Harry mnie bije?!
-Harry NIGDY by mnie nie skrzywdził. – powiedziałam ze złością.
-Teraz tak myślisz. Ja kilka lat temu  myślałam, ze nam swojego syna i też nie wpadłoby mi do głowy, że Harry mógłby być zdolny do niektórych rzeczy. A jednak.
-Źle go Pani ocenia. Nie zna Pani całej prawdy. – powiedziałam ostro.
-No to jesteśmy dwie. – westchnęła.
-Nie. – zaprzeczyłam  twardo.
-Harry powiedział Ci, dlaczego atmosfera tutaj jest taka a nie inna? – zapytała.
-Tak. – potwierdziłam od razu.
-Oh i sądzisz, że powiedział Ci prawdę? – zapytała wręcz z politowaniem.
-Tak, powiedział mi prawdę. – odparłam zdecydowanie. Westchnęła na moje słowa.
-Przestałam ufać mojemu synowi już dawno, gdy okazało się, że jest zupełnie inny, niż Harry jakiego znam. Myślę, że też powinnać przemyśleć kwestię swojego zaufania jemu. Dla własnego dobra.
-A ja myślę, że powinna Pani przemyśleć sprawę tego jak państwo go traktujecie. Bo NIKT na takie zachowanie ze strony własnej rodziny nie załużył. A zwłaszcza osoba niewinna, jaką jest Harry. Nie mówię, że był czy jest święty. Ale Państwo nie znają prawdy, a zamiast jej dociekać, wysłuchać wyjaśnień, od tak go państwo zostawili i się go wyparli. Tak postępują kochający rodzice? – mało mnie tam nie rozniosło.
- Kochający rodzice zainteresowaliby się tym, że ich córka jest z przestępcą. – odparła.
-Na szczęście Harry nim nie jest. – odgryzłam się.
-Najwidoczniej nie znasz go na tyle dobrze…-zaczęła, ale jej przerwałam.
-To świetnie, że Pani go tak dobrze zna.
-Zrobisz jak będziesz chciała. Chciałam Cię tylko prosić, żebyście w miarę możliwości, szybko stąd wyjechali. Harry… - chciała coś jeszcze powiedzieć, ale dołazienki weszła nagle ta miła ciocia Gemmy i Harry`ego.
Uśmiechnęła się do nas i odezwała się do mamy Harry`ego:
-Anne, Mary Cię szukała. – powiedziała uprzejmym tonem. Anne tylko popatrzyła na mnie wymownie i wyszła.
Odetchnęłam głęboko zbierając się w duchu do wyjścia z łazienki.
-Nie przejmuj się tym, co Ci nagadała. – kobieta powiedziała nagle patrząc na mnie ze współczuciem.
Chciałam coś powiedzieć, ale zamiast tego westchnęłam tylko.
-Mam na imię Ruth. – uśmiechnęła się promiennie i wyciągnęła dłoń w moją stronę.
-Julie. – odwzajemniłam gest.
-Mój mąż, siedział obok mnie, to Daniel. –powiedziała.
-Hm, dziękuję za… za to przy stole. – powiedziałam niepewnie.
-Nie ma za co kochanie. Cieszę się, że Harry ma Ciebie. Razem z jego dziadkami martwiliśmy się o to, że został kompletnie sam i cóż, zniszczy sobie życie.
-Dziękuję. I miło wiedzieć, że Harry nie ma tutaj tylko samych wrogów. – uśmiechnęłam się do niej słabo.
-Nie. Jestem chrzestną Harry`ego, a mój mąż jest chrzestnym Gemmy. Właściwie chyba tylko z nami i jego dziadkami Harry został w kontakcie. Gemma powiedziała mi jakiś czas po całym tym zdarzeniu z Dylanem jaka była prawda. Gdy ona sama się tego dowiedziała. Cóż to dość skomplikowana historia. Ale mam nadzieję, że kiedyś wpadniecie do nas razem z Harry`m i będziemy mogli porozmawiać w normalnych warunkach. – uśmiechnęła się do mnie życzliwie.
-Z przyjemnością. – odwzajemniłam uśmiech.
Wracaj już lepiej, pewnie Harry tam już umiera ze stresu co usłyszałaś od jego własnej matki. –powiedziała z ironią.
Westchnęłam tylko, podziękowałam jej za wsparcie i wyszłam toalety. Byłam spokojniejsza wiedząc, że nie wszyscy tutaj są przeciwko nam.
Najbardziej chyba uderzyła we mnie zaciętość rodziców Harry`ego, fakt, ze chcą nas stąd wygonić i te insynuacje jego mamy, że Harry mnie bije.
Przecież on nigdy by mnie nie uderzył. To znaczy, gdybyśmy byli razem.
Bo jesteśmy.
Znaczy teraz. Znaczy tak tylko przed nimi.

Cholera, chyba za bardzo się wczuwam w rolę dziewczyny Styles`a.
Gdy pojawiłam się przy stole, od razu napotkałam zaaferowany i zaniepokojony wzrok Harry`ego i Gemmy. Uśmiechnęłam się tylko do nich uspokajająco. Może i Gemmie to starczyło, ale za to Harry tak szybko jak usiadłam, tak szybko chwycił moją dłoń pod stołem.
-Wszystko okej? – szepnął do mnie zaniepokojony.
-Tak, Harry. – posłałam mu uspokajający uśmiech po raz kolejny.
-Chyba będziemy się zbierać…? – spojrzał na mnie pytająco.
-Jak wolisz, Harry, to twoja decyzja.
-Naprawdę chciałbym już wyjść. – powiedział spokojnie, chociaż widzę, że jest mu ciężko.
-W takim razie, wychodzimy. – ścisnęłam lekko jego dłoń i wstaliśmy od stołu.
Posłałam spojrzenie Gemmie, która szybko zrozumiała o co chodzi.
Ruszyliśmy w kierunku dziadków Harry`ego.
-Coś się stało? – zapytała nas jego babcia.
-Myślę, że będziemy się już zbierać, babciu. – powiedział Harry, uśmiechając się słabo.
-Harry…- zaczęła jego babcia, ale chłopak jej przerwał.
-Jest w porządku babciu, naprawdę. Po prostu już pójdziemy. Obiecuję, że odwiedzimy Was niedługo.
Oh, okej, Harry?
-Mamy taką nadzieję. – powiedział dziadek chłopaka, uśmiechając się do nas życzliwie.
Po kolei pożegnałam się z jego dziadkami tak jak on, zapewniając ich przy tym, że jeszcze się zobaczymy, chociaż nie mam zielonego pojęcia jak to ma się wydarzyć, ale okej.
 Nagle poczułam czyjeś delikatne dłonie na mojej talii.  Odwróciłam się.
-Poczekajcie na mnie, też chcę już wyjść. – Gemma pojawiła się obok nas.
-Gem, nie musisz… - zaczął Harry.
-Ale chcę. – dziewczyna wpadła mu w słowo.
Chłopak westchnął tylko.
-To my pójdziemy się pożegnać z ciocią Ruth  wujkiem  Markiem.
O tak, z nimi musze się pożegnać.
Już po kilku minutach znaleźliśmy tą dwójkę na tarasie.
-Ciociu, wujku,  my już wychodzimy. – powiedział Harry, całując ciocię w policzek i podając rękę wujkowi.
-Wpadnijcie do nas koniecznie, kochani, - powiedział Ruth całując mnie na pożegnanie.
-Na pewno. – zapewnił ją Harry.
Oh, tylko nie wiem kiedy i jakim cudem, Harry.
-Miło było Cię poznać, Julie. – uśmiechnęli się do mnie uprzejmie.
-Mi państwa także. – odwzajemniłam gest.
-Ruth, kochanie, Ruth. – zaśmiała się krótko.
Skinęłam tylko grzecznie głową i pożegnaliśmy się. Harry odetchnął głęboko gdy znaleźliśmy się już na zewnątrz i czekaliśmy przy samochodzie na Gemmę.
-Jak się trzymasz? – zapytałam go niepewnie. Gdy nie czułam już jego dotyku na mojej skórze, czułam się tutaj niekomfortowo. O ile w ogóle tą sytuację można nazwać komfortową w jakimś stopniu.
Anyways.
- Jest w porządku, Julce. – uśmiechnał się do mnie. – I to w dużej mierze dzięki Tobie. – puścił mi oczko.
Eh, czy smutny Harry czy nie smutny, to nadal Harry Styles.
-Jestem już. – Gemma pojawiła się obok nas. – I zabieram Was teraz do mnie, oszalałbym, puszczając Was od tak wolno. – zaśmiała się wesoło.
-Gem, spotkamy się, ale teraz naprawdę Tyl wrażeń i Julie pewnie też ma już dość…
-Proszę, Harry! – jęknęła dziewczyna, powodując momentalnie milczenie u Styles`a. Hoh, nie spodziewałam się że ktoś może mieć na niego taki wpływ.
-Ale… Julie… - zaczął, ale chyba sam nie był przekonany do tego, żeby odmówić.
-Julce, kochana, błagam, oddam Ci całe moje łóżko, wszystko co chcesz…- dziewczyna doskoczyła do mnie z ekscytacją ale powstrzymałam jej zapędy.
-Pewnie, nie mam nic przeciwko, możemy iśc do Ciebie. – uśmiechnęłam się do dziewczyny.
-O Boże, kocham Cię, dziewczyno! – Gemma rzuciła mi się na szyję.
Znad jej ramienia zobaczyłam tylko wdzięczny, promienny uśmiech Harry`ego skierowany w moją stronę.
-Ty musisz kiedyś być jego żoną, nie ma innej pieprzonej opcji. – usłyszałam szept dziewczyny, skierowany tylko do mnie.
Zesztywniałam.
-Jedźmy! – zawołała wesoło puszczając mnie i kierując się do samochodu.
_____________________________________________________________
ZNOWU SPÓŹNIONAAAAAAA

moja twórczość? -----> KLIK

Helou Lejdis ♥

PISZĘ PARTOWCA Z NIALL`EM ALE CIIIII 

A jednak nie ma super wzruszającej rodzinnej zgody, ups 
Zaskoczone?
Więcej na temat DOKŁADNEJ sytuacji rodzinnej Harry`ego w następnym rozdziale :)
Jak wygląda wasze zdanie na temat zachowania rodziny? I kogo konkretnie?
Bo temu jednemu facetowi co się wtrącał co chwile to chya grupowo razem z Julce i Gemmą damy w ryj, nie? :D

A jak postać Gemmy? Lubicie?
A co sądzicie o zachowaniu Julie?
LET ME KNOW :3

DEDYKACJA:
Cóż, autorka ostatniego, 13 komentarza pod rozdziałem 25, rozłożyła mnie na łopatki :D 
ahahahah kimkolwiek jesteś, wiedz że KUWA LOVJU SO MUCH hahah wierz mi lub nie, ale dałaś mi motywację i wgl
YOU MADE MY DAY :D 

So specially for you dedykuję ten rozdział  :*


love you all
@awhniallable